„Black Beetle. Bez wyjścia" – noir, pulpa i zamaskowany mściciel z Colt City

Gatunek superhero jest przemielony, przewidywalny, a kolejne wielkie eventy już dawno przestały mnie kręcić. „Black Beetle. Bez wyjścia" złapał mnie jednak czymś innym. Tu jest stara pulpa, kryminał noir i estetyka tanich, ale piekielnie klimatycznych opowieści z połowy XX wieku.

„Black Beetle. Bez wyjścia" – noir, pulpa i zamaskowany mściciel z Colt City

Black Beetle to zamaskowany mściciel. Działa w cieniu, tropi gangsterów, nie ma oporów przed użyciem broni. Czytając, myślałem o Batmanie z tych bardziej pulpowych wcieleń, o Fantomie, chwilami nawet o Punisherze – choć całość siedzi mocniej w retro klimacie niż w komiksowej współczesności. To bohater zbudowany nie na psychologicznej głębi, tylko na aurze tajemnicy. I akurat tutaj to wystarcza.

Najciekawsze jest to, jak świadomie Francesco Francavilla budował tę serię jako hołd dla dawnej pulpy. Sam mówił, że rozwijał postać przez lata, zanim trafiła do Dark Horse. Black Beetle dojrzewał w krótkich historiach internetowych i ashcanach (niskonakładowych minikomisach wydawanych przed oficjalną publikacją, często w celach kolekcjonerskich), a Francavilla krok po kroku tworzył wokół niego całe Colt City – fikcyjne miasto, które jest tu równie ważne co sam bohater. Twórca mówiąc o inspiracjach wprost wskazywał na pulpowe i noir filmy z lat 30.–50., na pisarzy pokroju Dashiella Hammetta i Raymonda Chandlera.

Warstwa wizualna to uczta. Francavilla nie tylko napisał ten komiks – narysował go i pokolorował. W amerykańskich notach biograficznych pojawia się przy tytułach takich jak „Grindhouse", „Savage Sword", „Dark Horse Presents" czy „Hellboy", a do tego ma Eisnera za okładki z 2012 roku. Mówię o tym, bo „Black Beetle" nie wygląda jak przypadkowy stylizowany projekt. To dzieło autora, który naprawdę rozumie siłę plakatu, cienia, plamy koloru i odpowiednio poprowadzonej strony.

I tu dochodzimy do tego, co kupiło mnie najbardziej – stylizacja. „Bez wyjścia" wygląda chwilami jak zagubiony komiks z innej epoki, który ktoś odświeżył technicznie, ale nie odebrał mu starej duszy. Widać fascynację pulpowymi okładkami, kryminałem noir, starym kinem sensacyjnym. Francavilla opowiada obrazem. Nie przegaduje scen. Rytm buduje kadrem, światłem i montażem plansz, nie ścianą dialogów. Sam zresztą przyznawał, że pisze „wizualnie" – najpierw układa strony i sceny, a dopiero potem dopisuje dialogi. To dobrze tłumaczy, dlaczego ten komiks czyta się momentami jak stary film klasy B rozpisany na plansze.

Pulpowość ma oczywiście swoją cenę. Fabuła bywa naiwna, chwilami wręcz ostentacyjnie umowna. Black Beetle wychodzi z opresji dzięki zbiegowi okoliczności, nagłemu wejściu kogoś do pokoju, albo gadżetowi rodem z Bonda. Ale w sumie tak działają stare awanturnicze historie. One nie muszą być perfekcyjnie wiarygodne. Mają pędzić, być efektowne, zostawiać po sobie zapach prochu, dymu i nocnego miasta.

Pod klasycznym kryminałem przewija się jeszcze wątek egipski i obietnica czegoś większego – może nawet ocierającego się o pulpowy horror. Problem w tym, że w tym tomie motyw zostaje tylko zarysowany. Intryguje, ale nie dostaje satysfakcjonującego rozwinięcia. Po lekturze zostaje więc lekkie poczucie niedosytu. Nie na tyle duże, żeby przekreślić album, ale widać, że Francavilla myślał o większej mitologii. Sam zresztą zapowiadał, że świat Black Beetle ma być szerszy niż to, co pokazano w pierwszych odsłonach.

Warto tu dodać kontekst wydawniczy. Zanim ruszyło właściwe „No Way Out", istniała wcześniejsza, krótsza historia „Night Shift", drukowana w trzech odcinkach w „Dark Horse Presents". Już w 2009 roku Francavilla przygotował limitowaną, numerowaną i podpisaną do stu egzemplarzy ashcanową wersję „No Way Out". Seria miała więc swoją prehistorię, zanim trafiła do regularnej dystrybucji.

Jeśli ktoś oczekuje twardego, nowoczesnego kryminału z misterną intrygą i psychologiczną wiwisekcją bohatera – tu go raczej nie znajdzie. Ale jeśli kupujecie konwencję, lubicie pulpę i nie przeszkadza wam odrobina oldschoolowej umowności, dostaniecie naprawdę przyjemną lekturę. To nie jest komiks, który przewrócił mi świat do góry nogami. Czytałem go jednak z autentyczną przyjemnością. I chyba właśnie tak najlepiej go ustawić – nie jako objawienie, tylko jako solidny, stylowy, trochę naiwny, ale po prostu fajny komiks, który chłoniesz od deski do deski na jedno posiedzenie.

Gdybym miał zamknąć to w jednym zdaniu: „Black Beetle. Bez wyjścia" to zgrabny hołd dla pulpowego kryminału, świetnie narysowany, momentami naiwny, ale na tyle charakterystyczny, że chce się wrócić do tego świata jeszcze raz.

Informacje o komiksie
Tytuł "Black Beetle: Bez Wyjścia"
Seria "Black Beetle"
Wydawca KBoom
Scenarzysta Francesco Francavilla
Rysownik Francesco Francavilla
Kolorysta Francesco Francavilla
Tłumacz Marek Starosta
Rok wydania 2021
Format 180x275mm
Okładka twarda
Liczba stron 176
Cena okładkowa 69 zł

Komiks na potrzeby recenzji dostarczył wydawca.