Jarosław Wojtasiński udowadnia, że self-publishing to nie druga liga. "Clint Northwood" - recenzja

„Clinta Northwooda" kupiłem od razu po premierze, ale jakoś ciągle odkładałem lekturę. Zawsze trafiało się coś pilniejszego. Po lekturze żałuję, że czekałem tak długo, bo Jarosław Wojtasiński zrobił komiks, obok którego nie powinno się przechodzić obojętnie.

Jarosław Wojtasiński udowadnia, że self-publishing to nie druga liga. "Clint Northwood" - recenzja

Mógłbym napisać, że jak na self-publishing to zaskakująco dobra robota. Tyle że to byłoby nieuczciwe. „Clint Northwood" nie jest dobry „jak na komiks niezależny". Jest po prostu dobry. Dopracowany, pewnie poprowadzony, narysowany przez kogoś, kto rozumie różnicę między ładnymi obrazkami a sprawnym opowiadaniem historii.

Wojtasiński ma doświadczenie — pracował wcześniej przy „Binio Billu", kontynuując serię Jerzego Wróblewskiego. I to nie jest tylko punkt w biogramie. W „Clincie" widać rękę autora, który wie, jak rozłożyć scenę, gdzie postawić akcent i jak narysować stronę tak, żeby chciało się ją przewrócić. Umie rysować, jasne, ale przede wszystkim umie opowiadać.

Pomysł jest prosty i właśnie dlatego działa. Tytułowy Clint wraca z martwych jako szkielet, nie ma pojęcia dlaczego i rusza w drogę, żeby się tego dowiedzieć. Towarzyszą mu ksiądz i dama lekkich obyczajów — co od razu ustawia ton całej opowieści. To nie jest ugrzeczniony western ani zabawa w gatunkową klasykę na poważnie. To historia bezczelna, rubaszna, momentami naprawdę brudna, ale prowadzona z wyczuciem przez cały czas.

Na okładce nie bez powodu jest sugestia, że to komiks dla dorosłych. Treści 18+ jest tu sporo — sprośne dialogi, cielesność, uszczypliwości wymierzone w kler. Ale nie ma w tym taniej prowokacji. Ten komiks od początku wie, jaki chce być, i ani przez chwilę nie udaje czegoś innego.

Ale największe wrażenie zrobiło na mnie coś pozornie banalnego — czytelność. W obiegu niezależnym to wcale nie jest takie oczywiste. Sporo zinów i komiksów autorskich grzęźnie w formalnych sztuczkach, niejasnej narracji albo rysunkach, które bardziej męczą niż pomagają wejść w historię. U Wojtasińskiego tego nie ma. Wszystko jest klarowne, sceny są logiczne, czytelnik nie musi zgadywać, co autor miał na myśli.

Właśnie za to cenię ten komiks najbardziej. Nie myli niezależności z chaosem. Nie zasłania braków konwencją. „Clint Northwood" ma własny ton, ma pazur, ale jednocześnie daje zwykłą przyjemność lektury. A to wcale nie jest takie częste.

Szczerze, aż dziwne, że po taki tytuł nie sięgnęło żadne większe wydawnictwo. Pomysł jest, warsztat jest, jakość też. Do tego bohater, którego losy chce się śledzić dalej. A to dopiero pierwszy zeszyt, więc historia ma jeszcze sporo przestrzeni.

Daję Wojtasińskiemu duży kredyt zaufania po tej lekturze. Nie z koleżeńskiej uprzejmości i nie dlatego, że lubię wspierać niezależnych. Po prostu „Clint Northwood" na to zasługuje. Jedna z najlepszych undergroundowych rzeczy, jakie czytałem w ostatnich miesiącach. Jeśli autor ma jeszcze gdzieś egzemplarze — sięgnijcie. Piszcie do niego na FB.