Czerwona planeta. Alfredo Julio Grassi i Lucho Olivera. Recenzja komiksu

Chyba nie zdziwi Was jeśli napiszę, że “Czerwona planeta” to kolejna perełka wydana przez Mandiocę. Firma przyzwyczaiła nas już do tego, że udostępnia nam wyselekcjonowane z pietyzmem arcydzieła argentyńskich artystów. Komiks z Ameryki Łacińskiej jest wciąż dla polskiego czytelnika mało znanym obszarem. A to kolebka fantastycznych opowieści.
Bartłomiej Rabij, szef Mandioki, zrobił mi przyspieszony kurs z komiksu argentyńskiego w grudniu 2024 roku. Zadzwoniłem do niego, by go pomęczyć o zapowiedzi komiksowe na 2025 rok, a nasza rozmowa zeszła później na różne inne tematy. W tym na komiksy z Ameryki Łacińskiej, o których niewiele wiedziałem. Później doczytałem interesujące mnie kwestie, a kiedy “Czerwona planeta” pojawiła się w ofercie wydawnictwa, bez namysłu wrzuciłem ją do koszyka. Przeczytałem i rzeczywiście się nie zawiodłem.
Jest to komiks autorstwa scenarzysty Alfredo Julio Grassi (1925-2018) i rysownika Lucho Olivery (1942–2005). Google podpowiada, że pierwotnie publikowany był w latach 1978-1979 na łamach magazynu "Skorpio". Jest to zbiór niepowiązanych ze sobą opowieści osadzonych na Marsie, które dotyczą różnych aspektów ludzkiej natury w kontekście kosmicznej kolonizacji.



Zapewne każdy z czytelników będzie miał inne odczucia, ale mi klimat komiksu skojarzył się z filmami takimi jak “Solaris”, “Diuna” (1984) czy nawet pierwszy “Obcy”. Chodzi o ten specyficzny niepokój i napięcie, który czai się za każdą sceną (a w tym przypadku kadrem).
Wspólnym tłem dla wszystkich opowieści zawartych w zbiorze jest Mars jako miejsce przyszłej ekspansji ludzkości. Każda historia ma zaledwie kilka stron, ale autorom udało się zmieścić na nich zagadnienia skłaniające czytelnika do głębszej refleksji. Spektrum poruszanych tematów dotyczy m.in. samotności, szaleństwa czy nadziei. Mars nie jest ukazany jako przyjazna planeta, na wzór hollywoodzkich produkcji SF. Jest to raczej ponure miejsce, odbierające ludziom energię do życia, a czasami i samo życie. Miejsce, w którym przed wiekami żyły inne cywilizacje.



Komiks jest czarno biały. Twórczość Lucho Olivery nie była mi wcześniej znana. Rysunki zawarte w “Czerwonej planecie” zrobiły na mnie jednak piorunujące wrażenie. Są szczegółowe, pełne detali i ekspresyjne. Kadry zostały ciekawie skomponowane. Niektóre z nich mogłyby uchodzić wręcz za dzieła sztuki. Autorowi udało się stworzyć nastrój tajemniczej planety, budzącej niepokój u astronautów. Warto m.in. zwrócić uwagę na statki kosmiczne, osprzęt kosmonautów czy majaczące na horyzoncie ruiny zamierzchłych cywilizacji.
Poruszona w komiksie tematyka ma na tyle uniwersalne przesłanie, że nie czuć po niej upływu czasu. A przecież “Czerwona planeta” ma już na karku ponad cztery dekady. W wizji z lat 70 jest zaskakująco mało elementów mogących dziś budzić uśmiech politowania. Wyjątek może stanowić kosmonauta, który cieszy się z odpowiedniej kliszy w aparacie, umożliwiającej rejestrowanie obrazu w niesprzyjających warunkach oświetleniowych. Ale takich kwiatków z lamusa nie ma tu zbyt wiele.
Komiks to stara, dobra szkoła science fiction. Poruszająca ponadczasowe zagadnienia związane z podróżami kosmicznymi, kolonizacją, sztuczną inteligencją oraz izolacją jednostek. “Czerwona planeta” skłania do przemyśleń nad ludzką naturą, ambicjami i konsekwencjami gwiezdnych ekspansji. Ten komiks prędko się nie zestarzeje. Poruszone tu kwestie będą aktualne i za kolejne czterdzieści lat. Mocno polecam!