"Deadpool: Samuraj" - czy japońska bijatyka spod znaku Marvela to coś więcej niż głośny produkt dla fanów?
„Deadpool: Samurai” to wynik nietypowego sojuszu Marvela i platformy Shōnen Jump+. Choć komiks sprzedał się świetnie, warto zadać pytanie, czy to naprawdę wartościowa lektura, czy tylko głośny i dość powtarzalny eksperyment.
Zanim weźmiecie do ręki „Deadpool: Samuraj”, warto zrozumieć, skąd ten komiks się wziął. To nie jest zwykły zeszyt Marvela, do którego ktoś dorysował japońskie tła. To pełnoprawna manga stworzona dla cyfrowej platformy Shōnen Jump+, należącej do wydawnictwa Shueisha. W 2021 roku seria biła rekordy popularności, stając się najczęściej czytanym tytułem Marvela tamtego okresu. Jednak wysokie liczby kliknięć nie zawsze idą w parze z głębią scenariusza. Ten cyfrowy rodowód czuć na każdej stronie – komiks jest szybki, głośny i nastawiony na to, żeby co chwilę czymś nas zaatakować.

Dla czytelnika, który ceni sobie europejską szkołę komiksu, gdzie autorzy dbają o rytm, klimat i detale, spotkanie z tą mangą może być lekkim szokiem. Tam, gdzie w klasycznych albumach frankofońskich mamy czas na oddech i budowanie nastroju, tutaj dostajemy chaos. Scenariusz Sanshirō Kasamy przypomina raczej grę wideo niż literaturę. Bohaterowie nie mają tu czasu na prawdziwe rozmowy czy rozwój, bo muszą pędzić do kolejnej walki. Jeśli nie jesteście fanami japońskich komiksów akcji, gdzie wszystko opiera się na ciągłym wzroście mocy i kolejnych pojedynkach, możecie poczuć się po prostu przytłoczeni tym tempem.

Fabuła jest prosta: Deadpool trafia do Tokio, zakłada specjalny oddział i walczy. Na kartach tomu, który w polskim wydaniu Egmontu łączy dwa pierwsze japońskie tomy, pojawiają się znane twarze, jak Loki, Venom czy Hulk. Te gościnne występy mają chyba budować wspólne uniwersum, ale w praktyce wyglądają jak szybkie mrugnięcie okiem do fanów filmów. W zasadzie nic nie wnoszą. Wchodzą, robią trochę zamieszania i znikają, nie zostawiając po sobie większego wrażenia.

Dla kogoś, kto szuka w komiksie porządnej historii, taka konstrukcja będzie nużąca. Kolejne starcia zaczynają się ze sobą zlewać, a rysunki Hikaru Uesugiego, choć dynamiczne, są bardzo typowe dla masowej produkcji. Brakuje w nich autorskiego stylu, który sprawiłby, że chcielibyśmy zatrzymać się na dłużej przy konkretnym kadrze. Wszystko jest tu narysowane poprawnie, ale bez większej pasji – to rzemieślnicza robota, która ma przede wszystkim dobrze wyglądać przy szybkim przewijaniu stron na ekranie telefonu.
Trzeba jednak uczciwie przyznać, że jest jedna rzecz, która sprawia, że przez ten komiks da się przebrnąć bez ziewania. To żarty Deadpoola. Wade Wilson w japońskim wydaniu nie traci nic ze swojej bezczelności. Autorzy świetnie wykorzystali to, że bohater wie, że jest w komiksie. Deadpool drwi z tego, jak mało płaci się rysownikom, narzeka na czytelników, którzy za szybko przerzucają strony, i wyśmiewa schematy panujące w mangach. Ten specyficzny humor sprawia, że „Deadpool: Samuraj” staje się czymś w rodzaju parodii. Dzięki temu łatwiej wybaczyć mu brak sensownej fabuły czy powtarzalność walk. To trochę tak, jakby ktoś opowiadał nam głupi żart, ale robił to w tak zabawny sposób, że i tak się uśmiechamy.

Podsumowując, polskie wydanie od Egmontu to solidna porcja czystej rozrywki, ale o dość niskich lotach. Jeśli lubicie Deadpoola i nie przeszkadza Wam, że komiks to w 80% bijatyka, będziecie się bawić nieźle. Jeśli jednak szukacie czegoś więcej niż tylko głośnych gagów i chcecie poczuć, że historia dokądś prowadzi, możecie poczuć spory niedosyt. To komiks, o którym zapomina się zaraz po odłożeniu na półkę – głośny, kolorowy w treści, ale ostatecznie dość pusty w środku.