Ergün tułacz - Didier Comès. Poznajcie klasykę europejskiego SF, czyli historię sprzed pół wieku

Ergün tułacz - Didier Comès. Poznajcie klasykę europejskiego SF, czyli historię sprzed pół wieku

Przed Wami absolutna klasyka belgijskiego komiksu science fiction, czyli “Ergün tułacz” autorstwa Didier Comès’a (1942-2013). Od debiutu przygód kosmicznego wędrowca mija właśnie właśnie pół wieku. Sprawdziłem, jak po latach broni się wizja galaktycznej tułaczki nakreślona na początku lat 70-tych.

W skład wydanego przez Lost In Time albumu zbiorczego wchodzą dwie opowieści: “Żyjący bóg” oraz “Władca ciemności”. Pierwsza z nich zadebiutowała w 1973 roku w magazynie “Pilote Belgique”, a rok później doczekała się albumowego wydania w Belgii oraz Francji. Druga została narysowana w 1974 roku, ale na swoją albumową premierę musiała poczekać aż sześć lat. Wynikało to z faktu, że wydawca zgubił ponad dwadzieścia plansz komiksu i Comes musiał je ponownie narysować opierając się na kilku zarchiwizowanych fotokopiach. W 1980 roku autor otrzymał nagrodę Yellow Kid dla najlepszego zagranicznego artysty na Festiwalu w Lukce we Włoszech.

Obie historie opowiadają o przygodach skazanego na kosmiczną tułaczkę Ergüna, ziemskiego wygnańca, który nie chciał brać udziału w nieustannych wojnach toczonych na naszej planecie. Jak się jednak przekonał na własnej skórze, przemoc nie była wyłączną domeną Ziemian.

Po awarii statku kosmicznego trafił na planetę, którą rządzi bezlitosny “żyjący bóg”. Planetę ową zamieszkiwały przez wieki pokojowo nastawione plemiona długowiecznych kobiet-kwiatów i mężczyzn-motyli. Od czasu pojawienia się boga, który przybył z gwiazd, sytuacja się zmieniła - bóstwo zaczęło porywać kobiety do swojej fortecy chronionej przez armię żołnierzy. Bohater podjął się więc próby pomocy uciśnionemu ludowi.

Druga z opowieści ma zupełnie inny klimat. W wyniku pewnego wypadku dusza Ergüna opuszcza ciało, a tułacz próbuje za wszelką cenę zespolić oba byty. Odbywa więc podróż między światami żywych i umarłych, by odzyskać władzę nad swoim ciałem.

Nie da się ukryć, że obie historie nadgryzł swoim zębem czas. Wszak mówimy o dziełach, które mają na karku 50 lat. Widać to po sposobie prowadzenia narracji czy rysunkach.

Co ciekawe, mimo tego iż wizja kosmicznych podróży przedstawia wyobrażenia z perspektywy ówczesnych utworów popkultury, to jednak nie odbiega ona daleko od tego, co zaprezentowali nam autorzy europejskich komiksów w kolejnych dekadach. Co więcej, obie opowieści stanowić mogły inspiracje dla takich pozycji jak “Yans” czy “Thorgal” (o czym piszę trochę dalej). Nie mówiąc już o klasycznych space operach spod znaku “Storma”.

Z kolei dla Comesa inspiracją mogły być takie pozycje jak “Valerian”, “Luc Orient” czy teorie von Däniken’a (które możecie znać z cyklu “Ekspedycja” Bogusława Polcha). W utworach Didier’a widoczne są też wpływy pacyfistycznego ruchu “flower power”, który pod koniec lat 60-tych dotarł na kontynent europejski.

Wspomniałem o “Yansie” i “Thorgalu” nie bez przyczyny. Podczas lektury “Żyjącego boga” odniosłem mocne wrażenie, że niektóre wątki poruszone w opowieści zostały później wykorzystane w powyższych seriach. Na przykład motyw “motylich” wojowników w “Więźniu wieczności”. Nie chcąc spojlerować Wam za dużo, przywołam tu jedynie hasłowo “Zdradzoną czarodziejkę”, sagę w krainie Qa, “Trzech starców z kraju Aran” czy chociażby opowiadanie o Thorgalu “Rajska grota”. Ale być może posuwam się za daleko w tej ocenie. Ciekaw jestem Waszych opinii po lekturze - mieliście podobne skojarzenia?

“Żyjącego boga”, mimo upływu czasu, wciąż czyta się całkiem nieźle. Komiks - np. w odróżnieniu od amerykańskich zeszytów z lat 70-tych - nie jest przeładowany tekstem narracyjnym i dialogami. Rysunki stoją na wysokim poziomie - są pełne detali, co widać zwłaszcza w elementach architektury pałacu tytułowego bóstwa.

Jak wspomniałem wyżej, druga z opublikowanych w tomie opowieści (“Władca ciemności”) ma już inny klimat. To psychodeliczny trip po zaświatach, w którym wszystkie chwyty wydają się być dozwolone. Mieszają się tu różne motywy - od science fiction, przez mity i religie po wątki historyczne. W tym przypadku autor położył większy nacisk na kwestie “filozoficzno-egzystencjalne”. Mimo tego historia jest dość spójna i ma całkiem ciekawy, zaskakujący finisz.

Trudno mi wystawić jednoznaczną ocenę dla komiksu “Ergün tułacz”, tak by nie wprowadzić Was w błąd. Dla mnie to perełka, bo lubię klasyczne, europejskie komiksy SF sprzed kilku dekad (np. wspomniane “Stormy”, “Valeriany” czy “Luc Orienty”). Dla młodszego czytelnika może to być natomiast ramotka, od której się odbije. Wydaje mi się, że to raczej komiks dla koneserów gatunku, którzy zdają sobie sprawę, czego mogą się po nim spodziewać. Jeśli bliżej Wam do mojego punktu widzenia, to powinniście dać szansę Ergünowi i zapoznać się z tym albumem. Nie powinniście się zawieść.

[Współpraca reklamowa]. Komiks został mi przekazany nieodpłatnie przez wydawnictwo Lost In Time w celu przygotowania recenzji. Wydawca nie wpływał na moją ocenę albumu.