„Haerelands" – trzy opowieści, które rozbudziły mój apetyt na więcej
„Haerelands" nie robi wielkiego hałasu wokół siebie, ale po lekturze zostaje w głowie. To starannie narysowany polski komiks fantasy — trzy krótkie opowieści o śmierci, przemijaniu i świecie, który dopiero zaczyna się przed nami otwierać.
Lubię komiksy, które nie próbują od razu udowodnić, że są wielkim wydarzeniem. Nie krzyczą rozmachem, nie zasypują czytelnika lawiną nazw własnych i nie udają, że już w pierwszym tomie muszą stworzyć epopeję. „Haerelands" działa inaczej — skromniejszy w tonie, spokojniejszy, ale właśnie dzięki temu całkiem intrygujący.


Na album składają się trzy historie. Każda rozgrywa się w innych realiach, każda ma własny klimat. Pierwsza prowadzi nas na ziemie przypominające średniowieczną Anglię, druga przenosi akcję w rejony kojarzące się z Marokiem, trzecia zaś toczy się na skutej lodem wodzie, w przestrzeni surowej i niegościnnej. Scenerie bardzo różne, ale łączy je wyraźna nić — wspólnym mianownikiem tych opowieści jest śmierć.
I chyba właśnie ten motyw spaja „Haerelands" najmocniej. Śmierć nie jest tu prostym finałem ani dekoracją mroczniejszego fantasy. W każdej historii przybiera trochę inną postać — raz wisi nad bohaterami jak fatum, raz staje się częścią drogi, której nie da się ominąć, a innym razem niemal fizycznie przenika całe otoczenie. Dzięki temu album nie sprawia wrażenia zbioru trzech przypadkowych nowelek wrzuconych pod jedną okładkę. To raczej trzy spojrzenia na podobny temat.

Podoba mi się też, że te historie nie są przegadane. Twórcy nie próbują wszystkiego objaśniać, nie dopisują nadmiaru dialogów, nie tłumaczą świata na siłę. Czyta się to bardzo dobrze — opowieść płynie gładko, a kolejne sceny mają odpowiedni ciężar. Jest w tym sporo zaufania do czytelnika. Trzeba samemu dopowiedzieć sobie pewne rzeczy — i właśnie to uważam za zaletę.

Graficznie „Haerelands" wypada solidnie. Komiks jest ładny, przejrzysty i starannie narysowany, choć raczej klasyczny — bez formalnych fajerwerków ani popisów, które miałyby same w sobie przykuć uwagę. Dla mnie to akurat plus: wszystko jest czytelne, dobrze rozplanowane i podporządkowane historii. Rysunki budują klimat, ale nie próbują za wszelką cenę wychodzić na pierwszy plan. Widać, że twórcy wiedzą, jaki efekt chcą osiągnąć, i konsekwentnie się tego trzymają.

Jednocześnie nie jest to jeszcze komiks, który mnie całkowicie porwał. Bardziej widzę w nim obietnicę niż spełnienie — początek świata, który może się ciekawie rozwinąć, ale na razie dostajemy raczej zaproszenie niż pełną deklarację siły. Nie przeszkadza mi to szczególnie, bo ten pierwszy krok jest zrobiony uczciwie i z wyczuciem.
„Haerelands" dobrze wpisuje się też w coraz ciekawszy obraz polskiego fantasy komiksowego. Po omawianej już przez nas „Bruździe" dostajemy kolejny albumowy projekt rodzimych autorów, który próbuje budować własny świat i własny ton, zamiast tylko odtwarzać ograne schematy. I nawet jeśli ten album nie uderza z taką siłą, by od razu ogłaszać wielki sukces, to widać tu pomysł, warsztat i cierpliwość.
Ostatecznie mam wobec tego komiksu dość proste odczucie: to rzecz ciekawa, starannie przygotowana i na tyle dobrze pomyślana, że warto dać autorom kredyt zaufania. Nie wszystko musi od razu powalać na kolana rozmachem. Czasem wystarczy, że komiks potrafi zasiać w czytelniku przekonanie, że warto czekać na dalszy ciąg. W przypadku „Haerelands" właśnie tak to działa.
Komiks na potrzeby recenzji udostępnił wydawca.