„Krwawe gody" – recenzja komiksowej adaptacji Lorki od Losu Kraba
„Krwawe gody" od Losu Kraba to komiksowa adaptacja słynnego dramatu Federica Garcíi Lorki. Album Henrika Rehra i Cava Bøgelunda stawia na mrok, symbolikę i oniryczny klimat zamiast realistycznej narracji.
Polski czytelnik mógł już kiedyś trafić na album o tym samym tytule — Egmont opublikował „Krwawe gody" Jeana Van Hamme'a i Hermanna. Tamten komiks opowiadał jednak zupełnie inną historię. Wydanie od Losu Kraba to co innego: bezpośrednia adaptacja dramatu Federica Garcíi Lorki, próba przełożenia klasycznej tragedii na język komiksu.
I trzeba przyznać, że to przełożenie wypada dobrze. To nie jest komiks, który na siłę uwspółcześnia Lorkę albo zamienia jego dramat w dynamiczną opowieść rozpisaną pod współczesnego odbiorcę. Twórcy zostawiają tu miejsce na ciszę, napięcie i nieuchronność. Od początku czuć, że ta historia prowadzi ku katastrofie, która wisi nad bohaterami jak fatum.
Najmocniejszą stroną albumu jest klimat — lekko senny, momentami wręcz oniryczny. Ogromną rolę odgrywają spersonifikowane postacie księżyca, gwiazd i śmierci. Kiedy na planszy pojawia się figura z ludzką sylwetką, ale z księżycem zamiast głowy — od razu wiadomo, że nie mamy do czynienia z realistycznym dramatem obyczajowym. Te figury wnoszą do opowieści coś niepokojącego i zarazem poetyckiego. Dzięki nim komiks zaczyna przypominać rytualny teatr obrazów, w którym symbole są równie ważne jak sami bohaterowie.

To dobrze pasuje do Lorki. Ten dramat nigdy nie był zwykłą historią o miłosnym trójkącie — to opowieść o pożądaniu zderzonym z obyczajem, o pamięci przemocy, o świecie, w którym człowiek może próbować wymknąć się przeznaczeniu, ale i tak zostaje przez nie dopadnięty. Warto dodać, że Lorka napisał tę sztukę zainspirowany prawdziwymi wydarzeniami w Níjar w prowincji Almería z 22 lipca 1928 roku, gdzie doszło do zbrodni.

„Krwawe gody" nie próbują udawać kina — to komiks świadomie teatralny, oparty na geście, symbolu i starannie budowanym nastroju. Widać to też w rysunkach. Są oszczędne, czarno-białe, momentami surowe, ale właśnie dzięki temu dobrze współgrają z dramatem. Nie ma tu nadmiaru ozdobników. Jest za to chłód, geometryczność, pewna sztywność kadrów i twarzy, która jednym będzie przeszkadzać, a innym wyda się atutem. Ja zaliczam się do tej drugiej grupy — ta forma nie odbiera emocji, zmienia sposób ich wyrażania. Zamiast realistycznej ekspresji dostajemy poczucie obcowania z tragedią rozgrywaną poza czasem, niemal jak dawny mit albo przypowieść.

„Krwawe gody" nie wyglądają na adaptację przygotowaną z obowiązku. Czuć, że twórcy potraktowali materiał poważnie i szukali dla niego odpowiedniego języka. Nie zamieniają Lorki w łatwo przyswajalny produkt — pozwalają tej historii pozostać trudniejszą, bardziej duszną, miejscami niejednoznaczną. A mimo to komiks nie jest hermetyczny. Da się w niego wejść, nawet jeśli ktoś zna dramat tylko pobieżnie.
Album dla czytelników, którzy lubią, kiedy forma i treść są ze sobą mocno związane. Kto oczekuje wartkiej narracji i psychologii podanej prosto i współcześnie, może poczuć chłód. Kto jednak szuka nastroju, symboliki i poczucia nieuchronnej tragedii — „Krwawe gody" mogą naprawdę wciągnąć. Polecam.