Monte Cassino 1944. Maj, gdy od śmierci silniejszy był gniew

Album “Monte Cassino 1944. Bitwa Dziesięciu Armii” można podać za przykład świetnego wykorzystania komiksu do edukacji historycznej. Nie jest to bowiem jeden z nudnych propagandowych PRL-owskich albumów, jakie czytaliśmy za dzieciaka. To komiks zrobiony w nowym duchu, który oprócz propagandy sukcesu, porusza trudne i niewygodne tematy.
Przez lata wpajano nam w szkołach, że Polacy odegrali bohaterską rolę w bitwie pod Monte Cassino. Nie pokazano jednak drugiego dna, czy też jak kto woli - szerszego kontekstu. Nie mówiono o tym, jak alianci traktowali Polaków (jako zdrajców chętnych do kolaboracji z nazistami), nie pokazano tego, co zrobiono z bohaterami po wojnie. Zdewaluowano ich bohaterskość, czego koronnym przykładem może być sam gen. Władysław Anders. Władza ludowa pozbawiła go honorów i uznała za zdrajcę.
Bitwa o Monte Cassino miała miejsce w maju 1944 roku - sprzymierzone armie z całego świata starały się zdobyć solidnie ufortyfikowany odcinek, by wedrzeć się do Włoch. Po licznych porażkach obcych formacji, do szturmu przystąpili Polacy. Bitwa była bardzo zaciekła i rozłożona na kilka etapów. Ostatecznie zakończyła się sukcesem - zawiesiliśmy flagę na ruinach klasztoru. Sukces został okupiony tragicznie - życie straciło blisko 1100 naszych rodaków.




W tym czasie naziści za wszelką cenę starali się odciągnąć Polaków od szturmu. Panicznie się nas bali - jako narodu, który nie bierze jeńców (choć nie była to prawda). Rozsiewali ulotki, w których przekonywali, że Alianci już przehandlowali Polskę i dogadują się z Rosjanami. Podając przykład Katynia, zachęcali do wstąpienia w szeregi ich formacji. O tym, że część z tych informacji stała się niestety prawdziwa, przekonaliśmy się już później po upublicznieniu ustaleń z Teheranu i Jałty. Siły sprzymierzone oddały Polskę pod wpływy radzieckie.
Dla wielu polskich żołnierzy powrót do Polski stał się niemożliwy. Obawiano się represji ze strony komunistycznych władz, które postrzegały weteranów z Zachodu jako potencjalnych przeciwników politycznych. Wielu polskich weteranów osiedliło się na stałe w krajach zachodnich, takich jak Wielka Brytania, Kanada czy Stany Zjednoczone. Po lekturze komiksu przekonacie się, że nasz sukces pod Monte Cassino ma słodko-gorzki wydźwięk.
Przechodząc od ogółu do szczegółu. Autorzy komiksu - zapewne dobrze Wam znany, świetnie zgrany tandem Krzysztof Wyrzykowski & Sławomir Zajączkowski - pokazali nam nie tylko ogólny zarys historyczny tamtych tragicznych dni. Pokazali nam również Polaków z bliska - jako zwykłych chłopaków, którzy trafili na moment bezwzględnej historycznej zawieruchy. Ich przyjaźń, słabości, strach i marzenia (np. jeden z nich nosił zdjęcia aktorki z nadzieją na zdobycie autografu).



Pokazali ich bohaterską postawę na placu boju, gdzie pośród fetoru rozkładających się zwłok i świszczących wokół głów pocisków niestrudzenie parli do przodu. Ich chęć niesienia pomocy szkopom, którzy mordowali ich mimo oznaczeń Czerwonego Krzyża. Ich postawę, gdy po bitwie maruderskie bandy nękały cywilów. I w końcu ich powojenne losy, aż po historyczne odsłonięcie pomnika i cmentarza pod Monte Cassino. Ich wspólne losy, które przypieczętowały te tragiczne wspomnienia z maja 1944 roku.
“Monte Cassino 1944. Bitwa Dziesięciu Armii” to bardzo dobry komiks. Zarówno pod kątem scenariusza, jak i oprawy graficznej. Kto zna inne prace Krzysztofa Wyrzykowskiego, ten wie, czego może się spodziewać. Solidna, realistyczna kreska. Gdyby moje dzieciaki interesowały się komiksem, od razu podsunął bym im ten album jako obowiązkową lekturę. Cóż, będa musiały się uczyć z nudnych podręczników do historii.
Odrobina prywaty ode mnie na zakończenie. Co prawda wychowywany byłem w patriotycznej rodzinie, ale o polityce w ogóle nie rozmawiało się w domu. Dużo czasu spędzałem jednak ze śp. dziadkiem, który przemycał mi partyzanckie piosenki podczas zabawy. Jedną, którą wryła mi się w pamięć i do dziś pamiętam jej słowa są właśnie “Czerwone maki na Monte Cassino” (słowa: Feliks Konarski, muzyka: Alfred Schütz). Zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Do tego stopnia, że zaśpiewałem ją ponoć kiedyś w szkole czy też przedszkolu, gdy wszystkie dzieciaki prezentowały utwory typu “Puszek okruszek” czy “Zielony ogórek” ;)

“Śpiewając po raz pierwszy Czerwone maki u stóp klasztornej góry, płakaliśmy wszyscy. Żołnierze płakali z nami. Czerwone maki, które zakwitły tej nocy, stały się jeszcze jednym symbolem bohaterstwa i ofiary - i hołdem ludzi żywych dla tych, którzy przez miłość wolności polegli dla wolności ludzi…”
Feliks Konarski, Historia piosenki "Czerwone maki"
[Współpraca recenzencka] Komiks został nam udostępniony przez Instytut Pamięci Narodowej. Wydawca nie wywierał wpływu na naszą opinię.