„Pieśń strzyg” wraca w wielkim stylu. Klasyk, który wciąga jak najlepsze thrillery lat 90.
„Pieśń strzyg” to absolutna klasyka i pozycja obowiązkowa na półce każdego fana thrillerów w klimatach "XIII" i "Z Archiwum X". Jeśli cenisz takie historie, to nie musisz czytać dalej - bierz w ciemno. Lost In Time oferuje pierwszy "sezon" w jednym zgrabnym integralu.
„Pieśni strzyg” to absolutna klasyka i jedna z tych pozycji, które po prostu trzeba mieć na półce, jeśli ceni się europejski komiks gatunkowy. To ten typ historii, który mimo upływu lat wciąż broni się jakością i pomysłem. Pamiętam czasy, gdy komiks wydawał Egmont w odcinkach i bardzo żałowałem, że tamta edycja urwała się, zanim opowieść zdążyła się na dobre rozkręcić. Dlatego powrót do tego świata w formie grubych integrali uważam za świetny ruch, zwłaszcza że wydawca zaczął od razu od kompletnego pierwszego cyklu.

Zanim przejdę do samej treści, warto wyjaśnić strukturę tego wydania, bo to ułatwia zrozumienie, co właściwie kupujemy. Oryginalna seria francuska, znana jako „Le Chant des Stryges”, składa się z 18 tomów podzielonych na trzy wyraźne cykle po sześć albumów każdy. Integral, który trafił do moich rąk, zawiera tomy od pierwszego do szóstego. W praktyce jest to pełny „sezon” historii. Ma on swój wyraźny początek, rozwinięcie i konkretny finał z mocnym punktem zwrotnym. To kompletna, satysfakcjonująca opowieść, która jednocześnie zostawia otwarte drzwi do dalszych etapów.
Muszę też wspomnieć o samej nazwie, bo słowo „strzyga” w naszym kraju odruchowo kojarzy się z demonami słowiańskimi, ludowymi podaniami czy nawet światem Wiedźmina. Jednak w tym komiksie autorzy grają na zupełnie innych skojarzeniach. Odwołują się do tradycji antycznej i śródziemnomorskiej, gdzie „strix” oznaczało nocnego drapieżnika. To ważne rozróżnienie, bo buduje zupełnie inny rodzaj grozy. Nie znajdziemy tu folkloru ani lokalnych wiejskich rytuałów. Zamiast tego jest opowieść o czymś, co wisi nad współczesnym światem jak cień. To groza wpisana w wielką politykę, tajne laboratoria i programy wojskowe. Te istoty nie wchodzą frontowymi drzwiami, one siedzą w martwym polu kamer monitoringu i korzystają z luk w systemach, którymi zarządzają ludzie.

Gdybym miał porównać ten komiks do innych znanych tytułów, określiłbym go jako miks „XIII” oraz „Z Archiwum X”. Z tej pierwszej serii autorzy czerpią tempo sensacji i motyw rozległego spisku. Z kolei z przygodami agentów FBI łączy go to specyficzne napięcie między racjonalnym śledztwem a czymś, co wymyka się logice. Zauważyłem jednak jedną istotną różnicę na korzyść „Pieśni strzyg”. O ile w „XIII” fabuła bywa tak poplątana, że czasem gubiłem wątek, tutaj wszystko jest podane z dużą klarownością. W odróżnieniu od lektury przygód Jasona Fly’a, przy „Pieśni strzyg” nie potrzebowałem robić notatek, by pamiętać, kto pracuje dla kogo i o co aktualnie toczy się gra.
Historia zaczyna się od wizyty prezydenta USA w rejonie pustyni Mojave, gdzie dochodzi do zamachu. Śledztwo, które rusza zaraz po tym wydarzeniu, szybko przestaje wyglądać na robotę amatora czy pojedynczego szaleńca. Pojawiają się kolejne trupy, dziwne motywacje i ludzie, którzy zachowują się, jakby byli pod wpływem siły, której nie potrafią nazwać. W tle majaczy tajna struktura zdolna sterować globalnymi zdarzeniami. Strzygi pojawiają się tu jako element nadnaturalny, ale są traktowane bardzo pragmatycznie – raczej jako narzędzie wpływu i realne zagrożenie fizyczne.
Dużą przyjemność sprawiło mi też wyłapywanie mrugnięć okiem od rysownika. Im dłużej przyglądałem się planszom, tym częściej widziałem znajome twarze. Jeden z naukowców wygląda jak Woody Allen, pewien zabójca przypomina Vincenta Vegę z „Pulp Fiction”, a prawnik ma w sobie coś z Davida Duchovnego. Takie popkulturowe cytaty były bardzo popularne w czasie, gdy ten komiks powstawał. Nie są one niezbędne, żeby zrozumieć historię, ale dla mnie stanowiły miły dodatek. To buduje klimat epoki, podobnie jak nazwisko głównego bohatera – Kevin Nivek. To prosty palindrom, gdzie „Nivek” to „Kevin” czytany od tyłu. Pewnie takich smaczków jest tam więcej.

Komiks mocno pachnie przełomem wieków i nie chodzi tylko o to, że bohaterowie używają dyskietek czy telefonów z antenkami. Chodzi o sam styl opowiadania. Narracja opiera się na szybkich cięciach, nagłych zmianach perspektywy i kończeniu rozdziałów w momentach największego napięcia. To szkoła budowania paranoi, którą pamiętam z najlepszych filmów tamtego okresu, gdzie bohater nagle zdaje sobie sprawę, że jest obserwowany przez siły znacznie potężniejsze niż on sam. Choć dzisiaj technologia pokazana na kadrach może budzić uśmiech, to sam rytm opowieści w ogóle się nie zestarzał. Napięcie działa tak samo mocno jak dwadzieścia lat temu.
Éric Corbeyran pisze scenariusz w sposób niemal serialowy. Wie, kiedy zwolnić, a kiedy podkręcić tempo, by czytelnik chciał natychmiast przewrócić stronę. Z kolei Richard Guérineau rysuje bardzo czytelnie. Kadry są przejrzyste, a akcja poprowadzona tak, że oko naturalnie podąża za wydarzeniami. To klasyka i solidna rzemieślnicza robota - nie ma tu niepotrzebnych popisów graficznych, które miałyby przykryć braki w fabule. Rysunek służy tu historii, a nie odwrotnie.
Jeśli ktoś zastanawia się, czy to tylko lokalny francuski hit, to warto zerknąć na twarde dane. Jak podaje serwis ACBD w zestawieniach przygotowywanych przez Gillesa Ratiera, seria ta osiągała bardzo wysokie nakłady. Przykładowo, raport za 2014 rok wskazuje, że 16. tom „Le Chant des Stryges” został wydrukowany w nakładzie 30 tysięcy egzemplarzy. Z kolei w raporcie z 2016 roku przy 17. tomie widnieje liczba 22 tysięcy egzemplarzy. To liczby, które pokazują, że mówimy o tytule ze ścisłej czołówki rynku franko-belgijskiego, a nie o niszowej ciekawostce dla wybranych.
Na koniec muszę przyznać, że miałem pewne obawy przed powrotem do tego tytułu. Często bywa tak, że wspomnienia koloryzują rzeczywistość, a po latach okazuje się, że dana historia straciła swój urok. W przypadku „Pieśni strzyg” tak się nie stało. Integral od Lost In Time wciągnął mnie od pierwszych stron. Dostałem dokładnie to, czego szukam w thrillerach: gęstą atmosferę, spisek, odrobinę mroku i bohaterów, którym chce się kibicować. To pewny wybór dla każdego, kto lubi historie o wielkich tajemnicach podane w dynamicznej, ale zrozumiałej formie. Po lekturze tego tomu czekam na kolejny, bo to rzadki przykład komiksu, który mimo upływu lat wciąż potrafi trzymać czytelnika w niepewności.