Radiant Black #1. (Nie tak) sekretne pochodzenie. Kyle Higgins, Marcelo Costa. Opinia o komiksie

Nieoczekiwanie stałem się posiadaczem komiksu "Radiant Black". Nieoczekiwanie, bo mam przesyt opowieści o superbohaterach i nie miałem zamiaru sięgać po kolejną opowieść o trykociarzach. Jednak ku mojemu zaskoczeniu, przy lekturze bawiłem się bardzo dobrze. Może nawet kupię drugą część?
Miałem długą przerwę w czytaniu komiksów - w zasadzie od marca przeczytałem może ze dwa czy trzy albumy. Nie czytałem, bo nie miałem nastroju - spiętrzyło mi się sporo problemów osobistych, w tym choroba mojego syna. Podczas tych dziewięciu miesięcy abstynencji komiksowej, zrobiłem porządki na półkach i określiłem swoje komiksowe priorytety na przyszłość. Uzupełniłem brakujące serie, część zeszytów zaniosłem do piwnicy, pozbyłem się sporej części albumów o superbohaterach. Mam już ich przesyt, głównie dlatego, że czytam wybiórczo i gubię się w niektórych wątkach. Zaczynają mnie męczyć i tracę frajdę płynącą z lektury.
Mój plan nie zakładał otwierania się na nową serię o ludziach obdarzonych supermocami. Trafiłem jednak na korzystną cenowo promocję i wrzuciłem “Radiant Blacka” do koszyka. Kierowałem się tym, że w sumie to nowość i może z kronikarskiego obowiązku powinienem skrobnąć kilka zdań na bloga. Nie czytałem opisu ani recenzji. To był spontan. W zamierzeniu komiks miał trafić na kupkę wstydu, ale zdecydowałem się go przekartkować. Od niechcenia przeczytałem kilka pierwszych stron i… wsiąkłem. Wszedł jak nóż w masło. Na jedno wieczorne posiedzenie. Nie dlatego, że jest wybitny. Historia w zasadzie ogrywa dobrze nam znane schematy, ale czyta się ja naprawdę przyjemnie.

O czym jest fabuła? W zasadzie mógłbym ją streścić mieszcząc się w limicie znaków stosowanych przez serwis X, czyli dawnego Twittera (280): “Niespełniony pisarz wraca do rodzinnego domu. Nieoczekiwanie trafia na tajemniczy przedmiot, który obdarza go super mocami. Przybiera pseudonim Radiant Black i staje się obrońcą lokalnej społeczności. Okazuje się, że nie jest sam. A Ziemi zagraża niebezpieczeństwo z kosmosu.”
Mamy tu dobrze nam znane schematy. Młody człowiek z problemami finansowymi wraca z dużego miasta do rodzinnego domu i szuka jakiejkolwiek pracy dorywczej. Czytając komiks nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że mamy tu do czynienia z nową wersją Petera Parkera (Spider-man). Nocny rajd po barach kończy się napotkaniem dziwnego, lewitującego przedmiotu, który bez zbędnych ceregieli obdarza Nathana super mocami (w sumie nic odkrywczego).


Chłopak decyduje się stanąć po dobrej stronie mocy i wykorzystać swoje nowe umiejętności do ochrony miasteczka (też standard). Na drodze stają mu jednak postacie, które podobnie jak on zostały obdarzone nadludzka siłą. I nie wszystkie chcą wykorzystać swoje moce w szczytnych celach. Tymczasem właścicielowi kostiumu zaczynają przytrafiać się dziwne wizje ostrzegające do przed zagrożeniem z kosmosu (zieeeewwwww). Komiks kończy się cliffhangerem zachęcającym do sięgnięcia po kolejny zeszyt.
Brzmi banalnie, co nie? Ale czytało mi się tę pozycję bardzo dobrze. Z kilku względów. Po pierwsze mamy nowe otwarcie serii - wchodzimy w uniwersum, którego mitologii i historii jeszcze nie znamy (a przynajmniej ja nie znam). Zaczynamy od początku i nie jesteśmy atakowani odniesieniami do wcześniejszych wydarzeń. Po drugie - scenarzysta Kyle Higgins być może i sięgnął po ograne schematy, ale zlepił je naprawdę umiejętnie. Podał nam historię w luźnej i zgrabnej formie. Bez nadęcia, pompy i przerostu formy nad treścią.

Po trzecie - Higgins nie starał się udawać, że to komiks dla starszego czytelnika. Moim zdaniem jest to pozycja zdecydowanie dla młodzieży, czyli niejako powrót do korzeni historyjek o superbohaterach. Bo przecież te pierwotnie kierowane były do nastolatków. Po czwarte - komiks porusza nie tylko kwestie związane z ogólnopojętą superbohaterszczyzną, ale pokazuje też codzienne życie i problemy młodych ludzi. I wreszcie po piąte - został przyzwoicie zilustrowany przez Marcelo Costa. Nic specjalnie odkrywczego, standardowa amerykańska kreska, ale z lekkim sznytem cartoonowości. Ten splot wyżej wymienionych czynników stworzył fajną mieszankę, którą pochłania się z przyjemnością.
“Radiant Black” dał początek nowemu multiwersum stworzonemu przez Kyle Higginsa dla Image Comics. Mowa o Massiveverse (ang. Massive-Verse, czyli MV). To świeżynka, bo publikacje w ramach tej linii są pisane od 2021 roku. Historia Radiant Blacka zazębia się z innymi komiksami z tego uniwersum, czyli m.in. Radiant Red, Radiant Pink czy Rogue Sun. Polskiemu czytelnikowi przybliża je wydawnictwo Non Stop Comics, które oprócz omawianego tu komiksu wydało w listopadzie pierwszą część komiksu “Rogue Sun”. Mamy więc nowe otwarcie, nowe uniwersum i nowych superbohaterów. Idealny moment dla osób, które chcą poczytać coś nowego o trykociarzach, ale mają już dość niekończących się tasiemców z linii wydawniczych Marvel czy DC.
I właśnie takim czytelnikom mogę polecić komiks “Radiant Black”. A przynajmniej jego pierwszą część agregującą oryginalne zeszyty “Radiant Black” #1-6. Nic wybitnego, ale też nic na czym można psy wieszać. Całkiem przyjemny średniak. Myślę, że może się również spodobać osobom, które fascynują się Marvelem i DC lub serią “Invincible”.
***

[Wesprzyj bloga!] Poniżej znajdują się linki do księgarni, w których możecie kupić ten komiks w niezłych cenach. Jeśli skorzystacie z linku, to dostaniemy kilka groszy prowizji od kupionego egzemplarza. Grosz do grosza i za kilka lat będziemy milionerami ;)