Belzebubs. JP Ahonen. Recenzje komiksów

Belzebubs. JP Ahonen. Recenzje komiksów

Czy ktoś z Was pamięta jeszcze taką serię dla dzieci „Poczytaj mi Mamo”? To były całkiem przyjemne opowieści, które lubiłem czytać, gdy miałem 3–4 lata. I to były absolutne sztosy do wspólnych czytelniczych przygód z mamą. Wiadomo jednak, że dziecko – a zwłaszcza chłopak – prędzej czy później przechodzi pod większe wpływy ojca. Pewnie jakaś seria typu „Poczytaj mi Tato” powstała już dawno temu. Ale czy można by pójść bardziej po bandzie i wspólnie z tatą poczytać coś naprawdę odjechanego? Cóż, gdyby nie to, że omawiane przeze mnie niżej komiksy nie są niestety dla najmłodszych, to seria Belzebubs zdecydowanie byłaby moim numerem jeden na takie wspólne czytelnicze posiedzenia!

A co to są w ogóle te „belzebuby”? Dawno temu, za siedmioma lasami, za siedemdziesioma jeziorami i jednym morzem, była taka fińska osada – Tampere – w której żył sobie niejaki JP Ahonen. Nie był skoczkiem narciarskim. Ów jegomość rysował komiksy i pewnego dnia dopadło go wypalenie zawodowe oraz depresja. A co jest najlepsze na takie kiepskie stany psychiczne? Praca nad sobą, między innymi poprzez artystyczne wyrażanie samego siebie. Ahonen, który wyraźnie lubował się w mrocznej muzyce, wymyślił więc satanistyczną rodzinkę i wstawił ją w konwencję komiksowego sitcomu. Na początku były krótkie, improwizowane paski publikowane w internecie. Te bazgrołki okazały się jednak tak popularne, że z mało znaczących „belzebubków” zaczęły wyrastać BELZEBUBY!


Z niewinnego internetowego żartu narodziła się mała kultowa bestia. Komiks o blackmetalowej rodzinie szybko zdobył setki tysięcy czytelników, doczekał się wydania albumowego, animowanych klipów, a nawet… wirtualnego zespołu muzycznego, który nagrał i wydał prawdziwą płytę. Tak – fikcyjna kapela z komiksu zaczęła istnieć również w świecie rzeczywistym. Do tego cała masa różnego rodzaju merchandisingu, który zalał świat swoim belzebubowym przesłaniem. Od koszulek po skarpetki.

Dzięki wydawnictwu Diablaq polscy czytelnicy mogli wejść do tego niesamowitego świata i poznać szalone perypetie Sløtha i spółki. Dostaliśmy dwa tomy: „Belzebubs” oraz „Belzebubs. Złego diabli nie biorą”. W formacie przypominającym właśnie wspomniane książeczki „Poczytaj mi Mamo”, choć zdecydowanie obszerniejsze i – no właśnie – absolutnie nie dla małych dzieci!

Trzon historii stanowi rodzina, która mogłaby być bohaterem klasycznego sitcomu. Tyle że zamiast typowego, spokojnego domu rodzinnego (nie boję się napisać: przeważnie chrześcijańskiego) mamy do czynienia z osobnikami, którzy ubierają się na czarno, malują twarze charakterystycznym dla zespołów blackmetalowych corpse paintem, czczą Szatana i potwory, a wszystko to robią w bardzo pogodnym, wręcz radosnym nastroju.

Na czele stoi Sløth, frontman blackmetalowego zespołu Belzebubs. W teorii jest charyzmatycznym liderem sceny undergroundowej. W praktyce… kurem domowym, ojcem na pełen etat i człowiekiem nieustannie zmagającym się z twórczą stagnacją, problemami finansowymi oraz logistyką rodzinnego życia.

Jego żona Lucyfer to postać absolutnie dominująca. Elegancka, inteligentna, sarkastyczna i w wielu sytuacjach znacznie bardziej kompetentna od męża. Prowadzi karierę zawodową, ogarnia rodzinę, a przy okazji potrafi jednym spojrzeniem zmrozić przeciwnika ostrzej niż gitarowe tremolo.

Ich dzieci również nie odstają od rodzinnej tradycji.

Lilith, nastolatka, przechodzi klasyczny bunt młodzieńczy – tyle że jej emocje manifestują się nie w słuchaniu głośnej muzyki, lecz w manipulowaniu mrocznymi energiami i w skomplikowanych relacjach z chłopakiem Samem. Problem polega na tym, że Sam zostaje… perkusistą zespołu jej ojca.

Jest też Lewiatan, młodszy syn, który paradoksalnie okazuje się najbardziej „normalny” w tej całej galerii piekielnych osobliwości. To spokojne dziecko próbuje funkcjonować w świecie, gdzie szkolne projekty naukowe mogą obejmować demoniczne przywołania, a zabawy z rówieśnikami czasem kończą się portalem do innego wymiaru. Co więcej, młodzieniec zaczyna interesować się… Bogiem i wiarą chrześcijańską, co u pozostałych członków rodziny wywołuje niemałe zmieszanie.

Kapitalną drugoplanową rolę odgrywa Babcia, która nie potrafi pogodzić się ze śmiercią męża. Nie spocznie bez niego. Według niej słowa „dopóki śmierć nas nie rozłączy” to tylko tania wymówka dla pozerów.

Oczywiście swoje trzy grosze dorzucają także członkowie zespołu Belzebubs oraz inne barwne postacie przewijające się przez historię.

Dynamika między tomami rozwija się niezwykle płynnie, tworząc logiczną ciągłość wydarzeń. W pierwszym albumie obserwujemy, jak kapela Sløtha przechodzi przez bolesną pauzę. Muzycy szukają nowego perkusisty, próbują nie zbankrutować, a my śledzimy rozpaczliwe miłosne podchody Lilith. Dziewczyna smali cholewki do Sama – totalnego, bezczelnie normalnego nerda, który na pierwszy rzut oka nie ma absolutnie nic wspólnego z ideologią „trve kvlt”.

Czas jednak płynie. Dzieci dorastają, a pozory zaczynają pękać. W tomie „Złego diabli nie biorą” status quo zostaje dosłownie zrównane z ziemią. Sam – ku zaskoczeniu wszystkich – staje się nowym bębniarzem zespołu.

Nowy tom uderza w zupełnie inne nuty. To już nie jest tylko radosne przetrwanie. Lucyfer dobija do ściany korporacyjnego wypalenia, balansując na cienkiej granicy między złożeniem wypowiedzenia a morderstwem z premedytacją. Sløth z kolei zaczyna gubić się w żonglowaniu niespełnionymi marzeniami o blackmetalowej dominacji i sprawdzaniem ułamków w zadaniach domowych syna.

Fabuła gęstnieje. Dostajemy nieudane randki, zderzenia z bezdusznym systemem szkolnictwa, a w wolnej chwili… romantyczną wycieczkę all-inclusive do samych czeluści piekła. Kto by pomyślał, że w komiksie o satanistach można pokazać tak genialny, ewolucyjny portret rodziny? O finał się nie martwcie – nie będę psuł zabawy.

Narracja momentami przeskakuje między różnymi okresami życia bohaterów – od codziennych epizodów po retrospekcje wyjaśniające, jak Sløth i Lucyfer w ogóle się poznali. Ten zabieg pozwala stopniowo budować portret rodziny i pokazuje, że za groteskową fasadą kryje się coś zaskakująco… ludzkiego.

I w tym właśnie tkwi pułapka tej historii.

Czytelnik przychodzi po żart o satanistach. A wychodzi z opowieścią o rodzinie.

Największym triumfem scenariusza Ahonena jest jego bezczelna szczerość. Autor bierze cały zestaw stereotypów związanych z black metalem – corpse paint, pentagramy, nihilizm, demony – i zderza je z banalnością codziennego życia.

Efekt bywa absolutnie komiczny.

Bo kiedy Sløth próbuje wyglądać jak mroczny prorok apokalipsy, a jednocześnie zastanawia się, czy starczy pieniędzy na rachunki… magia pęka. Zostaje tylko człowiek.

Komiks świetnie operuje kontrastem. Z jednej strony mamy estetykę skrajnego ekstremum – demoniczne symbole, okultystyczne rytuały, muzykę wywodzącą się z najbardziej radykalnych nurtów metalu. Z drugiej strony wszystko to funkcjonuje w kontekście problemów, które zna każdy dorosły: praca, dzieci, kredyty, kryzys twórczy, relacje małżeńskie.

Ahonen rozumie kulturę metalową lepiej niż większość twórców popkultury. Nie traktuje jej jak egzotycznej ciekawostki ani obiektu szyderstwa. Jego humor przypomina raczej żarty opowiadane wewnątrz sceny – ironiczne, autoironiczne i pełne drobnych szczegółów, które dla fanów ekstremalnej muzyki są absolutnie czytelne.

Scenariusz działa jak sprytnie skonstruowana pułapka. Najpierw przyciąga czytelnika prostym gagiem. Potem dorzuca kolejne warstwy – relacje rodzinne, satyrę na przemysł muzyczny, komentarz o subkulturach.

W rezultacie „Belzebubs” staje się czymś więcej niż komedią. To opowieść o pasji, która zderza się z dorosłością. O marzeniach, które nie chcą umrzeć mimo rachunków, obowiązków i życia w świecie, który raczej nie rozumie ludzi malujących twarze na biało i czarno.

Czy to historia o demonach? Trochę tak. Ale przede wszystkim o tym, jak trudno być dorosłym.

Styl rysunkowy Ahonena to osobna historia.

Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda… uroczo. Postacie mają duże głowy, miękkie kształty i ekspresyjne twarze. Trochę jak bohaterowie kreskówki dla dzieci.

Po chwili orientujesz się jednak, że te sympatyczne postacie właśnie odprawiają rytuał przywołania demonów.

I wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa.

Czarno-biała stylistyka działa tu perfekcyjnie. Ahonen znakomicie wykorzystuje kontrast między czernią a bielą, świadomie budując dramaturgię. Cienie tworzą atmosferę, a jednocześnie podkreślają groteskę scen.

Kadry są niezwykle czytelne. Autor często stosuje rytm przypominający komediowy timing stand-upu: setup w pierwszym panelu, rozwinięcie w drugim, puenta w trzecim. Ten mechanizm działa bezbłędnie – żarty trafiają dokładnie tam, gdzie powinny.

Jednocześnie w ilustracjach kryje się masa drobnych detali. Tła pełne są symboli, plakatów, gadżetów metalowych i wizualnych odniesień do kultury ekstremalnej muzyki. Dla uważnego czytelnika każdy kadr jest małym polem archeologicznym.

Najbardziej fascynujący pozostaje jednak kontrast estetyczny.

Postacie wyglądają jak bohaterowie rodzinnej kreskówki. Ich świat przypomina okładkę płyty blackmetalowej. To zderzenie działa jak perfekcyjny żart wizualny.

Największą zaletą obu tomów jest inteligentny humor. To komedia, która nie polega wyłącznie na gagach, lecz buduje atmosferę ironicznego dystansu do całej subkultury.

Na ogromny plus działa także konstrukcja bohaterów. Postacie są przerysowane, ale jednocześnie zaskakująco autentyczne. Ich problemy brzmią znajomo nawet wtedy, gdy towarzyszy im demoniczna ikonografia.

Komiks imponuje również spójnością świata. Wszystko – od dialogów po detale w tle – pracuje na rzecz budowania tej absurdalnej, ale logicznej rzeczywistości.

Jeśli chodzi o słabsze strony, momentami epizodyczna struktura pierwszego tomu może sprawiać wrażenie fragmentarycznej. Niektóre wątki rozwijają się powoli, a czytelnik przyzwyczajony do klasycznej narracji może potrzebować chwili, by złapać rytm tej opowieści.

Drugi tom jest bardziej spójny fabularnie, ale jednocześnie mniej „czysto gagowy”, co dla części odbiorców może oznaczać nieco inną dynamikę humoru.

To jednak drobiazgi. Piekielnie małe drobiazgi.

No i oczywiście muszę wspomnieć o bardzo dobrym przekładzie Marii Jaszczurowskiej. Tłumaczka świetnie wpasowała się w konwencję komiksu, a teksty w jej interpretacji wielokrotnie wywoływały u mnie łzy śmiechu i napady komicznych drgawek.

Komiksy z serii „Belzebubs” pozytywnie mnie rozłożyły na łopatki. Klimatem częściowo przypominają mi „Blixę i Żorżetę” Prosiaka.

„Belzebubs” i „Złego diabli nie biorą” to przykłady komiksu działającego na kilku poziomach jednocześnie. Można czytać go jako serię absurdalnych gagów o satanistycznej rodzinie. Można też zobaczyć w nim subtelną satyrę na kulturę muzyczną i społeczne stereotypy.

Największą siłą tych albumów jest jednak coś innego.

Ciepło.

Tak, dobrze czytacie.

Pod całym tym pentagramowym humorem kryje się historia o ludziach, którzy mimo chaosu i dziwactw po prostu się kochają.

I może właśnie dlatego ten komiks działa tak dobrze.

Jeśli szukacie rozrywki i nie boicie się „mayhemowych szatanów”, to śmiało polecam Wam obie pozycje. Diablaq trafił mnie idealnie w serce. I zapewne w najbliższym czasie sięgnę również po inny komiks JP Ahonena - „Perkeros” .

Informacje o komiksie
Współpraca recenzencka (redakcja otrzymała bezpłatny egzemplarz) Tak
Tytuł „Belzebubs”
Wydawca Diablaq
Scenarzysta JP Ahonen
Rysownik JP Ahonen
Tłumacz Maria Jaszczurowska
Rok wydania 2024
Format 178x165 mm
Okładka miękka
Liczba stron 128 (cz-b)
Cena okładkowa 66,60 zł

Informacje o komiksie
Współpraca recenzencka (redakcja otrzymała bezpłatny egzemplarz) Tak
Tytuł „Belzebubs. Tom II: Złego diabli nie biorą”
Wydawca Diablaq
Scenarzysta JP Ahonen
Rysownik JP Ahonen
Tłumacz Maria Jaszczurowska
Rok wydania 2025
Format 178x165 mm
Okładka miękka
Liczba stron 144 (cz-b)
Cena okładkowa 66,60 zł

Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych i promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.