Ćma. Poznajcie opowieść o superbohaterze z Warszawy lat 20-tych

Komiks ten krążył od pewnego czasu wokół mojej głowy niczym natrętna ćma zwabiona blaskiem żarówki. Lekturę odkładałem na później, bo mam przesyt superhero. Musiałem jednak ściągnąć myślami Tomasza Grodeckiego, bo pewnego dnia zapytał się mnie, czemu jeszcze nie przeczytałem jego “Ćmy”.
Zarumieniłem się niczym speszony nastolatek i pospiesznie zabrałem się za nadrabianie zaległości. Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że “Ćma” nie jest typowym komiksem superbohaterskim. Owszem, główny bohater biega po mieście w kostiumie, ale problemy, z którymi się boryka mają pewien aspekt - z braku lepszego słowa powiem - “filozoficzny”. To krótkie, raptem kilkustronicowe opowiastki, które zostają w głowie i skłaniają do pewnych przemyśleń.
Na uwagę zasługuje ciekawy świat przedstawiony. Niby mamy Warszawę z 1926 roku, ale problemy z lat obecnych. Pozwolę sobie tu zacytować autora, który opisuje miejsce akcji w ten sposób: “Dominujący jest tu retrofuturyzm. Warszawa łączy w sobie architekturę XX wieku, problemy i wyzwania wieku XXI, jak i zaawansowaną technologię wieku XXII. Jest to zderzenie trzech epok, trzech XX-leci, z tym że dwudziestolecia przyszłe i przeszłe zawierają się w warstwie graficznej, a teraźniejszość wyłącznie w fabule”.


Mamy więc budynki z minionej epoki, stare pojazdy, panie w pięknych retro-sukniach i panów w garniturach z obowiązkowymi kapeluszami. A w ich rękach smartfony. Specyficzny miks, tworzący unikalny klimat. Autor fajnie puszcza oko do czytelników. Mamy np. buszujących po mieście zombiaków. Ale w pewnym momencie jeden z nich potrzebuje powerbanka do telefonu. Ja zombiakami nazywam swoich synów, gdy za długo scrollują TikToka.
Jeśli chodzi o samego bohatera, to nie ma on super-mocy. Nie ugryzła go napromieniowana ćma, ani nie jest ostatnim potomkiem planety owadów. Nie lubi światła. Śmiga po mieście w białym kostiumie, a jego akcesoria przywodzą na myśl retro-Batmana spod pióra Mignoli czy Nixey’a.
Jeśli chodzi o technikalia, to Grodecki dobrał do projektu doborowych rysowników. W zasadzie trudno się tu do czegoś przyczepić - rysunki są czytelne, kadry ciekawie rozplanowane, proporcje postaci prawidłowe. Wszystko trzyma przysłowiowy pion i poziom. Każdy z zeszytów narysował inny artysta. Rafał Bąkowicz, Rafa Jankowski, Grzegorz Kaczmarczyk, Kacper Wilk.
Panowie stanęli na wysokości zadania i pokazali swój kunszt. Co ciekawe, nie wahali się eksperymentować z różnymi formami. Mamy tu klasyczną kreskę superbohaterską, historię napisaną w stylu średniowiecznych rycin, ślady inspiracji komiksami Franka Millera czy łączenie fotografii z rysunkiem. W zasadzie nie wiadomo, czym zaskoczy rysownik w każdym kolejnym zeszycie.


Urzekła mnie jeszcze jedna rzecz - każdy zeszyt otwiera strona stylizowana na starą gazetę. Znajdziemy w niej ciekawe, wymyślone newsy z minionej epoki. Bardzo fajny zabieg stylistyczny, który wprowadza nas w świat Ćmy, oszczędzając przy tym kolejnych stron na budowanie klimatu i przedstawianie historii obrazem.

Jak wspomniałem, na tę chwilę zeszytów jest pięć. Każdy z nich opowiada krótką, osobną historię. Dla jednych może być to wada, dla innych zaleta. Ja osobiście lubię krótkie formy (i wszelkiej maści antologie), gdzie autor ma tylko kilka stron na opowiedzenie historii, która chwyci czytelnika za jaja. Nie lubię rozwleczonych do przesady tasiemców (i seriali). Oczywiście nie miałbym nic przeciwko temu, by pojawiła się dłuższa opowieść ze świata Ćmy. Ale Panie Grodecki mam apel: trzymaj się swojego klimatu i nie idź w stronę telenowel w stylu Marvela czy DC. Robisz dobrą robotę!
Reasumując. Kto jeszcze nie czytał “Ćmy”, powinien nadrobić zaległości. Niby to pozycja o superhero, ale w zupełnie innym klimacie, niż moglibyście się spodziewać. Warto się zapoznać. “Blog o komiksach” poleca!
Zdjęcia do tekstu: Tomasz Grodecki