„Dawnrunner”. Recenzja komiksu
Jest coś pierwotnie pociągającego w obrazie maszyny większej od budynku, która wychodzi naprzeciw czemuś jeszcze większemu. Kino i komiks dobrze znają tę obietnicę: stal, deszcz, alarmy, człowiek ukryty gdzieś głęboko w kokpicie i świat, który przez kilka sekund zależy od jednego ruchu. „Pacific Rim” zrobiło z tego czystą, widowiskową frajdę. „Dawnrunner” startuje z podobnego miejsca, ale szybko odbiera temu obrazowi prostotę. Tutaj rozmach nie służy tylko zachwytowi. Jest pierwszą warstwą czegoś znacznie bardziej niepokojącego.
Wydawnictwo Lost In Time zaserwowało nam komiks „Dawnrunner” w wydaniu zbiorczym, dając czytelnikom jedną z ciekawszych historii science fiction, jakie Dark Horse pokazało w 2024 roku. To nie jest komiks oparty wyłącznie na futurystycznej dekoracji, efektownych pancerzach i kilku mocnych hasłach o końcu świata. Ram V i Evan Cagle pokazują przyszłość zbudowaną na katastrofie, ale nie zatrzymują się na samym obrazie upadku. Interesuje ich to, co dzieje się później: jak ludzkość układa sobie życie po wielkim wstrząsie, jak próbuje nadać mu sens i jak szybko potrafi zamienić nawet walkę o przetrwanie w część większego mechanizmu.
Punktem wyjścia fabuły omawianego komiksu jest katastrofa blisko sto lat przed właściwą akcją. Nad Gwatemalą otworzył się most czasoprzestrzenny, a przez niego do naszego świata weszły Tetza - ogromne, obce istoty, wobec których zwykła broń szybko okazała się bezradna. Ludzkość odpowiedziała więc po swojemu: zbudowała jeszcze większe narzędzia przemocy. Tak narodzili się Żelaźni Królowie, gigantyczne maszyny bojowe prowadzone przez pilotów. Tyle że w świecie „Dawnrunnera” nawet wojna o przetrwanie zdążyła już stracić niewinność. Walki z Tetza są transmitowane, piloci stają się gwiazdami, a korporacje potrafią opakować strach w język oglądalności, sponsoringu i technologicznego postępu.



W centrum tej rzeczywistości stoi Anita Marr, najlepsza pilotka Żelaznych Królów. Jest twarzą systemu, ale nie jego beneficjentką. Raczej zasobem. Kimś, kogo ciało, refleks, odporność psychiczna i prywatne cierpienie można wprząc w większą maszynę zysku. Gdy Anita otrzymuje prototypowego mecha o nazwie Dawnrunner, pozornie mamy do czynienia z kolejnym krokiem w wyścigu zbrojeń. Nowy model, nowy interfejs, nowa nadzieja. Tyle że ta maszyna nie jest zwykłym narzędziem.
Dawnrunner ma pamięć.
Wraz z kolejnymi połączeniami Anita zaczyna doświadczać cudzych wspomnień. Obrazów z przeszłości. Fragmentów życia człowieka, którego oddziela od niej czas, śmierć i technologia. Ichiro Takeda nie jest tu zwykłym „duchem w maszynie” ani efektownym chwytem fabularnym. Jego obecność otwiera jeden z najciekawszych wątków komiksu: co właściwie zostaje z człowieka, gdy jego świadomość przestaje istnieć w ciele, a zaczyna funkcjonować jako zapis w systemie? Czy wspomnienia wystarczą, by mówić o osobie? I co dzieje się z Anitą, gdy jej własna psychika zaczyna mieszać się z cudzym bólem?
Najciekawszy konflikt „Dawnrunnera” nie rozgrywa się więc między ludzkością a Tetza. Ani nawet między pilotką a korporacją. Toczy się na granicy tożsamości. Anita siada w kokpicie, ale z czasem coraz mniej wiadomo, gdzie kończy się ona, a gdzie zaczyna maszyna. Technologia nie wyzwala jej z ograniczeń ciała. Przeciwnie - sięga po ciało i umysł głębiej, niż pozwalałaby na to jakakolwiek tradycyjna broń. To jedna z najmocniejszych myśli tego komiksu: technologia nie musi oznaczać wyzwolenia. Może być kolejnym narzędziem kontroli, tym groźniejszym, że nie zatrzymuje się na ciele, lecz sięga po pamięć, emocje i tożsamość.
Ram V dobrze rozumie, że prawdziwe science fiction nie polega na wymyślaniu nowych zabawek. Polega na pokazaniu, jaki porządek społeczny rodzi się wokół technologii. W „Dawnrunnerze” interfejs neuronalny nie jest gadżetem, tylko częścią systemu przemocy. Korporacje nie są dekoracją dystopii, lecz realną władzą. Wojna z Tetza nie istnieje już wyłącznie po to, by ocalić ludzkość, ale także po to, by utrzymać strukturę wpływów, pieniędzy i społecznego posłuszeństwa. Potwory przychodzą z zewnątrz, lecz najtrwalsze mechanizmy opresji powstają po naszej stronie muru.
To właśnie sprawia, że komiks działa mocniej niż wiele historii opartych na podobnym schemacie. „Dawnrunner” oczywiście prowadzi dialog z „Pacific Rim”, „Neon Genesis Evangelion” i całą tradycją opowieści o człowieku sprzężonym z maszyną. Nie da się tego nie zauważyć. Początkowo te skojarzenia są bardzo wyraźne, może nawet zbyt wyraźne. Ale Ram V stopniowo przesuwa ciężar z efektownej walki na pamięć, rodzicielstwo, samotność i cenę, jaką płaci jednostka, gdy system zaczyna traktować jej psychikę jak element infrastruktury.
Anita nie jest kolejną niezniszczalną pilotką od brudnej roboty. Ram V pokazuje ją jako kobietę zmęczoną, coraz bardziej wypychaną z własnego życia i stawianą przed wyborami, których nikt nie powinien nazywać heroicznymi. Jej relacja z córką nie służy do taniego wzruszania czytelnika. Jest w niej lęk, poczucie winy i ta paskudna świadomość, że nawet choroba dziecka nie zatrzymuje świata domagającego się kolejnej walki. Dzięki temu „Dawnrunner” staje się także opowieścią o rodzicielstwie w czasie katastrofy — bez ckliwości, ale z realnym ciężarem.



Relacja Anity z Ichiro jest najmocniejsza właśnie dlatego, że trudno ją jednoznacznie nazwać. To nie romans ani prosta więź dwojga skrzywdzonych ludzi. Bardziej przymusowe współistnienie w jednej maszynie, jednym lęku i cudzych wspomnieniach, które zaczynają wchodzić pod skórę. Ram V dobrze pokazuje, że pamięć nie zawsze daje ukojenie. Czasem tylko dokłada kolejny ciężar do tego, który człowiek już nosi.
Scenariusz ma jednak swoje słabsze strony. Pięć zeszytów to niewiele jak na świat z takim potencjałem. Korporacyjna geopolityka, medialna oprawa wojny, tajemnica Tetza, społeczne skutki życia w permanentnym stanie zagrożenia - wszystko to aż prosi się o więcej miejsca. Niektóre wątki zostają tylko zasygnalizowane. Finał ma emocjonalną siłę, ale miejscami czuć pośpiech. Jakby historia potrzebowała jeszcze kilkunastu stron ciszy, żeby jej najważniejsze pytania mogły w pełni wybrzmieć.
Od strony wizualnej „Dawnrunner” ma w sobie ciężar, którego ta historia bardzo potrzebuje. Evan Cagle nie rysuje świata gładkiego, sterylnego i efektownego tylko po to, by dobrze wyglądał na planszach. Jego kreska jest gęsta, precyzyjna, chwilami nerwowa, ale przede wszystkim bardzo materialna. Mechy nie przypominają plastikowych zabawek ani lśniących pomników technologicznego postępu. Są masywne, złożone, zużyte. Wyglądają jak broń zbudowana przez cywilizację, która nie miała już żadnego lepszego pomysłu na przetrwanie.
Tetza są narysowane zupełnie inaczej niż maszyny. Nie mają w sobie tej ciężkiej, technicznej logiki Żelaznych Królów. Są organiczne, dziwne, miejscami wręcz odpychające, jakby ich ciała składały się według zasad, których człowiek nie potrafi do końca zrozumieć. Dzięki temu nie wyglądają jak zwykłe potwory do pokonania, tylko jak coś naprawdę obcego. Cagle świetnie wykorzystuje tę różnicę skali i materii. Potrafi przytłoczyć czytelnika ogromem starcia, a po chwili zamknąć go w ciasnym kokpicie, tuż przy twarzy Anity, kablach, świetle interfejsu i ciele, które coraz mniej należy wyłącznie do niej.
Nie zawsze jednak ten wizualny rozmach pracuje bez zarzutu. W kilku scenach akcji Cagle tak mocno zagęszcza kadr, że trudniej śledzić sam przebieg starcia. Metal, ciała, błyski i ruch potrafią zlać się w jedną efektowną masę. Wygląda to imponująco, ale nie zawsze jest czytelne. To nie jest wada, która rozbija komiks. Raczej moment, w którym artysta stawia na siłę obrazu bardziej niż na przejrzystość akcji. „Dawnrunner” chce przytłoczyć skalą i najczęściej robi to świetnie, choć czasem po drodze gubi trochę klarowności.
Kolory Dave’a Stewarta i Francesco Segali bardzo dobrze uzupełniają rysunki.



Mimo tych zastrzeżeń „Dawnrunner” pozostaje jednym z ciekawszych komiksów science fiction ostatnich lat. Nie dlatego, że wywraca gatunek do góry nogami. Nie wywraca. Jego siła leży gdzie indziej: w poważnym potraktowaniu świata przedstawionego i konsekwencji, z jaką autorzy pokazują rzeczywistość po katastrofie. Taką, w której dawny porządek nie tyle się skończył, ile znalazł dla siebie nową, jeszcze brutalniejszą formę. Wojna stała się produktem, pilot - narzędziem, a pamięć - częścią maszyny.
Największa siła „Dawnrunnera” tkwi w tym, że cały ten rozmach nie zostaje tu puszczony samopas. Ram V i Evan Cagle dają czytelnikowi efektowne starcia, świetnie zaprojektowane maszyny i poczucie ogromnej skali, ale za każdym razem przypominają, że pod tym widowiskiem ktoś płaci bardzo realną cenę. To komiks, który potrafi cieszyć oko, a jednocześnie nie pozwala zapomnieć, że za każdą walką stoi człowiek wpięty w system, który chętnie wykorzysta jego ciało, lęk i pamięć.
„Dawnrunner” nie jest komiksem bez skazy. Momentami chciałoby się, żeby miał więcej miejsca na oddech, czasem plansze są przeładowane detalem, a pierwsze skojarzenia z klasyką mecha trudno zignorować. Mimo to całość ma własny ciężar i własny powód istnienia. Mechy, Tetza, transmisje, interfejsy, pamięć, macierzyństwo i korporacyjna władza nie tworzą tu przypadkowej mieszanki efektownych motywów. Każdy z tych elementów dokłada coś do pytania, które zostaje po lekturze najdłużej: ile człowieka da się jeszcze ocalić, jeśli świat nauczył się ratować jego ciało, ale coraz śmielej sięga po jego umysł?”
Mimo że po zakończonej lekturze czułem się lekko zmęczony tą historią, to nie było to zmęczenie, które zostawia człowieka z irytacją. Bardziej z uczuciem, że komiks momentami bierze na siebie trochę za dużo, ale przynajmniej próbuje dźwignąć coś naprawdę ciekawego. „Dawnrunner” nie jest dziełem idealnym. Bywa za gęsty, chwilami za szybki, miejscami aż prosi się o więcej przestrzeni. Ale wolę taki komiks niż bezpieczną, pustą wydmuszkę, która ładnie wygląda i nie ma nic do powiedzenia.
Ram V i Evan Cagle dali mi historię nierówną, ale mocną. Taką, która czasem przytłacza, czasem męczy, ale jednak trzyma za gardło. I kiedy już opada cały ten huk, kiedy znikają wielkie maszyny, potwory, światła alarmów i efektowne plansze, zostaje coś znacznie prostszego. Smutek człowieka, który chciał ocalić coś własnego, a coraz bardziej czuł, że sam przestaje należeć do siebie.
I chyba właśnie dlatego „Dawnrunner” działa. Nie dlatego, że wszystko robi perfekcyjnie. Nie robi. Działa dlatego, że pod całą tą stalą, technologią i katastrofą naprawdę czuć człowieka. Zmęczonego, przestraszonego, upartego. Takiego, który jeszcze walczy, choć coraz mniej wie, czy to nadal jego walka.
Szeroki wybór komiksów w przystępnych cenach!
Komiks na potrzeby recenzji dostarczył wydawca.
Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych i promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.
