"DC Absolute Noir" - Batman bez kasy, Diana bez raju, Superman bez Kentów. Wszyscy bez koloru
Egmont wydał „DC Absolute Noir", czarno-biały pakiet startowy do nowej linii DC. Trzy ikony odarte z mitologicznej wyściółki, trzy świetne otwarcia, trzy cliffhangery zamiast finałów. Pomysł na Absolute genialny, tylko czy B&W to dobra droga, żeby go poznać?
Wiem, że recenzje powinno się zaczynać inaczej, ale od razu kładę karty na stole: czarno-białych edycji nie kupuję, kolor lubię i nie zamierzam się tego wstydzić. „Absolute Batmana" #1 czytałem już w kolorze, więc świetnie wiem, co tracę.
A co dostajemy? 128 stron w twardej oprawie, trzy pierwsze zeszyty z linii Absolute - „Absolute Batman", „Absolute Wonder Woman", „Absolute Superman" - wszystkie w czerni i bieli. Egmont opisuje to jako „wyjątkowe wydanie w czerni i bieli pierwszych zeszytów ze świata Absolute". Premiera 20 maja 2026, cena siedem dyszek.
Bez owijania w bawełnę: to chwyt marketingowy. Całkiem zręczny zresztą, bo Egmont zapowiedział wcześniej osobne wydania „Absolute Batman", „Absolute Wonder Woman" i „Absolute Superman", więc albumik w B&W jest po prostu wabikiem na te serie. Sprawdź, daj się złapać, dokup kolorową wersję. Logika robi swoje. Pytanie tylko, czy ten wabik ma rację bytu jako samodzielna lektura.
Absolute, czyli DC robi sobie elseworld
W samym pomyśle Absolute siedzi coś, co mi się naprawdę podoba. Linia wystartowała w ramach inicjatywy „DC All In" jako punkt wejścia dla nowych czytelników – osobne uniwersum, w którym klasyczne ikony przepisano od początku. Brzmi znajomo? No bo to jest - z lekkim mrugnięciem - elseworld w formacie ongoingu.

A elseworldów jestem fanem i pisałem już o tym na blogu nie raz. Wykasuj postaci mitologiczne podpórki: pieniądze, wyspę, dom. Sprawdź, co z bohatera zostaje, kiedy zabierzesz mu scenografię. Niby pytanie banalne, ale w praktyce wychodzą z tego naprawdę dobre historie. Problem w tym, że Absolute świetnie się czyta jako wielomiesięczny eksperyment. „DC Absolute Noir" pokazuje go w wersji slajdowej.

Batman wreszcie robotniczy
„Absolute Batman" Scotta Snydera i Nicka Dragotty to mój zdecydowany faworyt z tej trójki. Bruce Wayne ma 24 lata, dorastał w Crime Alley, kasy nie ma, kamerdynera w klasycznym wydaniu nie ma, R&D z laboratoriów Wayne'ów – tym bardziej. Ma za to wkurw, mięśnie i inżynierską głowę. Snyder przesuwa ten ciężar dokładnie tak, jak trzeba: z miliardera na chłopaka z klasy pracującej, który robi sobie Batmana z tego, co znalazł. Dragotta rysuje go jak budynek.

Ten Batman nie ślizga się po dachach, on po nich tupie. I tu czerń z bielą boli najmniej w całym albumie – brutalność, ciężar bryły, gangsterski sznyt, to wszystko w B&W działa. Tylko że „działa" to nie to samo, co „jest lepsze". Kolorowe wydanie, prowadzi oko czytelniej, scenom akcji daje wyraźniejszy impet, a tu zdarza mi się mrużyć oczy nad kadrem, żeby się zorientować, kto z kim się bije. Pod koniec zeszytu Snyder rzuca taką zapowiedź Jokera, że automatycznie chce się dokupić następny tom.
Diana z piekła
„Absolute Wonder Woman" Kelly Thompson i Haydena Shermana ma chyba najodważniejszą zmianę punktu wyjścia. Diana nie wychowuje się na Themyscirze – zostaje oddana Circe i dorasta w piekle. Bez Amazonek, bez raju, bez klasycznego wychowania w misji pokoju. A Thompson znajduje sprytny punkt: rzecz nie w tym, czy piekło Dianę zepsuło. Nie zepsuło. Jej dobroć w tej wersji jest świadomym wyborem, nie odziedziczonym ustawieniem. Dobre. I tu robi się boleśnie, bo ten komiks chce wyglądać obłędnie. Magia, ogień, piekielne tła, kreska Shermana, kolory Jordie Bellaire, o których DC sporo opowiadało przy promocji.

„DC Absolute Noir" upycha to wszystko w B&W. Kreska Shermana broni się sama, owszem, tylko z całego pakietu tracimy tu chyba najwięcej. Trochę jak słuchanie klasyka metalu na akustyku. Ciekawe, czasem imponujące technicznie, ale po co.

Superman wkurzony
Z trójki zostaje jeszcze „Absolute Superman" Jasona Aarona i Rafy Sandovala. Krypton nie jest tu wyłącznie utraconym rajem nauki, tylko społeczeństwem z podziałami klasowymi, a na Ziemi Kal-El nie ląduje w sielance u Kentów. Superman wkurzony, klasowy, znacznie mniej cierpliwy wobec systemu. Pomysł kupuję od ręki.

Wykonanie też w porządku, ale to jest najbardziej slow-burnowy z trzech zeszytów, sporo ekspozycji, niewiele fajerwerków. B&W boli tu inaczej niż u Wonder Woman – nie pozbawia komiksu uderzeń, bo uderzeń w pierwszym zeszycie nie ma za wielu, za to odbiera trochę kosmicznego, kryptońskiego rozmachu, który w kolorze daje wizualnego kopa.

Trzy cliffhangery z rzędu
Sumarycznie? Absolute jako linia jest naprawdę zajebistym pomysłem, trzy historie są mocne, a same zeszyty otwierające – jak na otwarcia – świetne. Niestety każdy z nich kończy się dokładnie w tym momencie, w którym fabuła wjeżdża na piąty bieg. Nie żartuję, każdy. Po trzecim cliffhangerze automatycznie kartkuje się dalej, żeby się przekonać, że tam już nic nie ma. I tu wraca pytanie sprzed kilku akapitów: po co kupować „DC Absolute Noir", skoro w kolorze będzie to samo, tylko ładniej i z domkniętymi historiami w pełnych tomach?
Komu polecać?
Powiem szczerze. Kolekcjonerom, którzy lubią zamknięte formaty i nie przeszkadza im, że za chwilę będzie kolor. Tym, którzy chcą tanio sprawdzić, o co w ogóle chodzi w Absolute, zanim zainwestują w trzy osobne tomy. Fanom czarno-białych edycji jako gatunku, bo tacy też są i tu mają swoje. Krótko mówiąc: „DC Absolute Noir" to ładne, drogie demo płyty, którą i tak będziecie chcieli mieć w studyjnej wersji.
[WSPÓŁPRACA REKLAMOWA] Egzemplarz komiksu na potrzeby recenzji dostarczył wydawca. Wydawca nie miał wpływu na moją opinię i nie czytał tekstu przed publikacją.
To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was i tak pozostaje bez zmian.

