„Potworna kolekcja" - Niles i Wrightson budują świat potworów. Recenzja
Martwy detektyw, federalny agent o posturze monstrum Frankensteina i nastoletni geniusz od duchów. Trzy historie, jeden świat i czarno-biała kreska Berniego Wrightsona w najlepszej formie. „Potworna kolekcja" od KBOOM to pulpa najwyższej próby.
Zacznę od skojarzenia, które dopadło mnie już na pierwszych stronach. Jeśli oglądaliście „The Bondsman" z Kevinem Baconem - tam zamordowany łowca nagród wraca zza grobu i poluje na demony - to otwierająca ten album historia „Stwierdziła: zgon" wykorzystuje bardzo podobny motyw. Prywatny detektyw Joe Coogan budzi się rano i odkrywa, że jest martwy. Zamiast położyć się z powrotem, robi to, co detektyw umie najlepiej: rusza rozwiązywać własne morderstwo. Tyle że czas gra tu przeciwko niemu w sposób wyjątkowo dosłowny, bo ciało zaczyna gnić. Steve Niles wpadł na ten pomysł kilkanaście lat przed serialem Prime Video i w komiksowej wersji ta koncepcja smakuje jeszcze lepiej. Czarny humor w czystej postaci.

„Potworna kolekcja" zbiera trzy miniserie, które Niles i Bernie Wrightson stworzyli dla IDW w latach 2008–2011: „Stwierdziła: zgon", „Ghula" i „Doktora Makabrę". Na Zachodzie ten materiał wyszedł w jednym tomie dopiero w 2018 roku jako „The Monstrous Collection" - i to właśnie tamto wydanie, z rysunkami pozbawionymi koloru, dostajemy od KBOOM.
Na zagranicznych forach czytałem, że to dobra decyzja. Oryginalne zeszyty były kolorowane cyfrowo i fani kręcili nosem, że kolor tylko brudzi kreskę Wrightsona. A w czerni i bieli ta kreska rzeczywiście robi wrażenie. Widać każde pociągnięcie pędzla, każdą fakturę, każdy cień. Na deser dostajemy jeszcze galerię prac artysty, w tym rysunki sięgające lat 60. i 70.
Druga opowieść to „Ghul". I tu drugie skojarzenie, którego nie dało się uniknąć: ten wielki, szary agent federalny w prochowcu to jakby ktoś skrzyżował Hulka z Hellboyem. Ghul pracuje dla FBSI – Federalnego Biura Śledztw Nadnaturalnych - i zostaje wypożyczony miejscowemu gliniarzowi do sprawy, która wykracza daleko poza policyjną rutynę. Za oceanem zarzucano tej serii wtórność wobec Mignoli i coś w tym jest - łącznie z tym nieszczęsnym trenczem. Tylko że mnie to kompletnie nie przeszkadza. To jest dokładnie ten rodzaj pulpowej zabawy, po którą lubię sięgać po ciężkim dniu.

Trzecia historia, „Dr Makabra", poszła u mnie od razu w stronę „Ghostbusters" pomieszanych z Dylan Dogiem. Nastoletni geniusz bez żadnych mocy poza mózgiem i niezdrową ciekawością, robot-pomocnik, egzorcyzmy na fakturę (bez faktury taniej 😉). Najlżejsza i najkrótsza z trzech opowieści, fabularnie prosta jak konstrukcja cepa – ale z drugiej strony - plansze są tu chyba najgęstsze i najbardziej dopracowane w całym tomie.

No i teraz to, co w tym albumie podoba mi się najbardziej: te trzy historie się zazębiają. Postacie przechodzą między opowieściami, mijają się, wpadają na siebie – nie zdradzę gdzie i jak, bo wyłapywanie tych połączeń to spora część przyjemności. Uwielbiam takie zabiegi: powolne budowanie wspólnego świata z pozornie osobnych klocków.

I tu ciekawostka, którą wygrzebałem z bloga samego Nilesa: to nie był przypadek, tylko plan. Wszystko zaczęło się od serii „Miasto Innych" (też wydanej u nas przez KBOOM), która miała zaludniać jedno mroczne uniwersum, ale padła po czterech zeszytach. Niles i Wrightson przenieśli koncept do IDW, a docelowo szykowali serię grupową „The Moorpark Rejects", w której ich bohaterowie mieli w końcu działać razem. Niles opisywał na blogu, jak omawiali fabuły przy cotygodniowych wieczorach Scrabble - mieszkali w Los Angeles kilka przecznic od siebie, o czym dowiedzieli się dopiero po latach, poznając się na konwencie w Dallas. Wrightson dorzucał do scenariuszy własne zachcianki: gigantyczne mrówki w „Stwierdziła: zgon" wzięły się stąd, że przy drugim zeszycie po prostu oznajmił, że chce je narysować.

„Moorpark Rejects" nigdy nie powstało. Wrightson zmarł w 2017 roku po walce z nowotworem mózgu, a amerykańskie wydanie zbiorcze ukazało się kilka miesięcy później. Dla samego artysty te serie znaczyły zresztą sporo: „Stwierdziła: zgon" była jego powrotem do pełnego rysowania i tuszowania po ponad dwóch dekadach, a Niles pisał wprost, że Bernie uważał te prace za jedne z najlepszych w karierze. Patrząc na te plansze - gęste, upiorne, rysowane w duchu starych komiksów EC, na których Wrightson się wychował - trudno się kłócić.

Czy scenariusze dorównują rysunkom? Nie, i nie ma co udawać. To proste, przewidywalne historie w duchu weird fiction i starych filmów klasy B, pisane trochę pod rękę rysownika. Ale właśnie w tym tkwi ich urok. Niles nie sili się na literaturę, tylko serwuje pulpę z mocnym przymrużeniem oka i cynicznym humorem, a Wrightson zamienia każdą stronę w małą galerię grozy. Jedyne, czego po lekturze żałuję, to że tego świata jest tak mało. Zapowiadana drużyna została na papierze, uniwersum urwało się w pół zdania. Cholernie szkoda - bo ja bym w nim został na dłużej.
Na pocieszenie: polski czytelnik ma dziś u KBOOM praktycznie cały ten świat w komplecie - „Miasto Innych", „Potworną kolekcję" i „Frankenstein żyje, żyje!". A Europa dopiero nas goni: jak podaje ComicsBlog.fr, Francuzi zbierali pieniądze na swoje wydanie tych historii jesienią 2025 roku, z premierą w 2026.
[WSPÓŁPRACA REKLAMOWA] Egzemplarz komiksu na potrzeby recenzji dostarczył wydawca. Wydawca nie miał wpływu na moją opinię i nie czytał tekstu przed publikacją.