Diabeł o mojej twarzy. Recenzja komiksu.

Diabeł o mojej twarzy. Recenzja komiksu.

Ile razy oglądałeś "Egzorcystę" o północy? Czy pamiętasz swoje przerażenie, gdy patrzyłeś jak Regan odwraca głowę o 180 stopni i chichocze? A może pamiętasz jak w "Egzorcyzmach Emily Rose", demoniczny głos wtrącał się pomiędzy modlitwy? W horrorach, gdzie motywem przewodnim jest opętanie, w widzu często budzi się pierwotny strach. I to niezależnie czy jest osobą wierzącą czy niewierzącą.

Komiks "Diabeł o mojej twarzy" czerpie z tej tradycji pełnymi garściami, ale nie poprzestaje na samym straszeniu. Historia tu opowiedziana, podważa kanon znany nam z wielu innych opowieści. Diabeł nie musi atakować z przeraźliwym krzykiem, rozrywającymi się łańcuchami i pluciem jadem dookoła. Może po prostu uśmiechać się Twoimi ustami i czekać, aż zacznie cię to bawić. Szalone? Sam się o tym przekonaj!

A najłatwiej Ci będzie, gdy sięgniesz po prostu po komiks "Diabeł o mojej twarzy”, który został niedawno wydany przez wydawnictwo Shock Comics. Niniejszy tytuł zawiera 160 stron w kolorze. Został wydany w miękkiej oprawie i w formacie 170x260mm. Niby nieduży, a jednak ma w sobie spory ciężar. Autorem scenariusza jest David Pepose. Za rysunki i kolory odpowiedzialni są Alex Cormack i Justin Birch. Natomiast na język polski całość przetłumaczyła Paulina Braiter.

O czym jest niniejsza opowieść? W dużym skrócie. Mamy rok 1740. W jednym z hiszpańskich zamków jesteśmy świadkami opętania i nieudanych egzorcyzmów, podczas których ginie kilku księży. Akcja następnie przenosi się do Rzymu. Poznajemy Ojca Franco Vieriego. To ksiądz, który zaczyna mieć ogromne wątpliwości co do swojego powołania. Jako jeden z lepszych egzorcystów zostaje wysłany z misją do wspomnianego wcześniej hiszpańskiego zamku, by uratować opętanego syna miejscowego szlachcica. Vieri jednak nie spodziewa się, że wkrótce sam stanie się ofiarą największego bluźnierstwa.

strona komiksu "Diabeł o mojej twarzy"
strona komiksu "Diabeł o mojej twarzy"
strona komiksu "Diabeł o mojej twarzy"

Ksiądz wierzy, że do walki z Szatanem wystarczy mu jedynie święcona woda oraz kilka wersów Pisma Świętego. Niestety srogo się myli. Podczas rytuału rzeczywistość rozdziera się na strzępy. Opętany mężczyzna uśmiecha się – nie jak człowiek, ale jak coś, co tylko udaje człowieka. I zanim Vieri zdąży się zorientować, zostaje wyrwany ze swojego ciała i wrzucony w coś obcego, zimnego, zbrukanego grzechem. Teraz to on leży przykuty do ściany. A diabeł? Diabeł nosi jego twarz. I z imieniem Legion rusza do Rzymu po swoje. A że jest charyzmatyczny i mądrzejszy niż ktokolwiek wokół, to wie, jak może złamać każdego człowieka – nie tylko przemocą, ale i słowem.

Natomiast Vieri pozostaje w koszmarnym mroku, uwięziony w ciele potępionego. Nikt mu nie wierzy. Wszyscy widzą w nim tylko potwora, który zasługuje na śmierć. Vieriemu udaje się mimo wszystko uciec i wrócić do Rzymu. Ścigają go zarówno inkwizytorzy, jak i jego własne wątpliwości. Czy kiedykolwiek był świętym człowiekiem? A może zasłużył na to piekło? Czy dobro wygra ze złem? Jak potoczy się dalej ta historia, dowiecie się po przeczytaniu całego komiksu.

David Pepose jako scenarzysta nie boi się eksperymentować. Śmiało sięga po coś nowego, niepokojącego. Mimo że tematem przewodnim są znane każdemu egzorcyzmy, to zamiast powielać znane schematy , zbudował historię, która wdziera się pod skórę i nie chce odejść. Czuć tu inspiracje nie tylko wspomnianymi we wstępie klasycznymi horrorami, gdzie mamy do czynienia z mrocznymi historiami opętań, których Kościół nigdy oficjalnie nie potwierdził. Pepose sięgnął również do średniowiecznych kronik, do zeznań inkwizytorów i przestudiował tajne dokumenty Watykanu. To nie jest zwykła fikcja i poszukiwanie taniej grozy i sensacji – to przypomnienie, że w najgłębszej ciemności wciąż czai się coś, czego lepiej nie budzić.

Pepose chciał stworzyć horror, który nie tylko straszy, ale również wywołuje uczucie niepokoju jeszcze długo po zakończeniu lektury. W świecie pełnym błyskotek i jednorazowych dreszczyków, ten komiks działa jak zaklęcie – raz przeczytany, zostaje w twojej głowie na zawsze.

I powiem Wam, że to całościowo daje radę. Komiks czytało mi się naprawdę dosyć przyjemnie i bez jakiegokolwiek zniechęcenia. Akcja jest płynna a bohaterowie sprawnie napisani. Wiadomo, że nie jest to filozoficzny traktat czy kryminał najwyższych lotów, ale całkiem dobra rozrywka na wieczór z muzyką w tle.

Jeśli chodzi o warstwę graficzną to Alex Cormack nie rysuje – on rzeźbi z ciemności. Jego kreska jest brudna, surowa, jakby każda strona została wydarta z zakazanej księgi. Cienie są gęste jak krew, twarze skrywają coś, czego nie chcesz zobaczyć. Sceny opętania? Nie patrz za długo. Możesz dostrzec coś, co nie powinno tam być.

strona komiksu "Diabeł o mojej twarzy"
strona komiksu "Diabeł o mojej twarzy"
strona komiksu "Diabeł o mojej twarzy"

Dynamika akcji to teatr strachu – kadry wąskie i duszne, potrafią nagle rozszerzać się w panoramiczne piekło, gdy diabeł przejmuje kontrolę. Ujęcia nagłe, rwane, jakbyś był świadkiem opętania na żywo oraz uczestnikiem tej koszmarnej symfonii.
Justin Birch natomiast bardzo fajnie to wszystko pokolorował. Użyte barwy żyją, ale i potrafią gdzieniegdzie schłodzić nasze spojrzenie. Wszystko to podbija mocna czerń. Czerwień? To nie tylko krew, to demoniczny szept, który przebija się przez mrok. Każdy odcień ma swoją historię – zieleń gnijącego ducha, złoto kuszącej herezji, fiolet szaleństwa. To wizualna uczta dla tych, którzy nie boją się koszmarów.

Jaki jest ostatecznie "Diabeł o mojej twarzy"? Nie pytaj mnie, czy warto go przeczytać. Zapytaj siebie – czy jesteś gotowy? Bo jeśli go otworzysz, coś spojrzy na Ciebie ze środka. I może mieć Twoją twarz.

Komiks nie jest przeznaczony dla dzieci.

[Współpraca reklamowa] Komiks do przygotowania recenzji otrzymałem od wydawnictwa Shock Comics. Wydawnictwo nie miało żadnego wpływu na moją ocenę opisanego komiksu.