„Farsa o Ines Pereirze" – recenzja adaptacji XVI wiecznej komedii
Komiks na kanwie sztuki teatralnej z 1523 roku brzmi jak pomysł na nudę z listy lektur. Tymczasem „Farsa o Ines Pereirze" to rzecz o kobiecie, która nie chce męża, jakiego jej wybrano, i konsekwentnie brnie w gorsze rozwiązania. Timof wydał kolejny tom ze swojej portugalskiej serii.
Zaczęło się od zakładu. Tak przynajmniej głosi tradycja: ktoś na dworze zakwestionował talent Gila Vicente, a ten odbił piłeczkę, obiecując sztukę udowadniającą prawdziwość przysłowia o ośle i koniu. Lepszy osioł, który mnie uniesie, niż koń, który mnie zrzuci. Wyszła z tego „Farsa o Ines Pereirze", pokazana po raz pierwszy przed Janem III w klasztorze Chrystusa w Tomar w 1523 roku.

Pięćset trzy lata później rzecz trafiła do polskich księgarń w dymkach. Komiksowych adaptacji literatury są setki i nikogo już nie dziwią. Szekspir, Cervantes, Zola, Dostojewski. Tyle że ten obieg kręci się głównie wokół prozy XIX i XX wieku, a im głębiej w przeszłość, tym rzadziej ktoś się na to porywa. Dramat renesansowy sprzed Szekspira, napisany wierszem, w języku odległym dla dzisiejszego Portugalczyka mniej więcej tak, jak dla nas polszczyzna Reja, to inna liga trudności. Vicente umarł, gdy Szekspirowi brakowało jeszcze prawie trzydziestu lat do narodzin.

Ines ma dość siedzenia w domu i szycia. Umie czytać i pisać, ma ambicje i konkretne wyobrażenie, kogo chce poślubić: kogoś eleganckiego, kto obieca jej lepsze życie. Matka radzi inaczej, a swatka podsuwa kandydata prostego i solidnego. Ale Inês go odprawia. Wybiera galanta, który okazuje się brutalem traktującym żonę jak inwentarz. Potem przychodzi wdowieństwo, druga szansa i mąż potulny, uboższy, gotowy na wszystko. Bohaterka zdradza go bez ceregieli i nikt jej za to nie karze.

To jest w tej sztuce najciekawsze. Vicente nie prowadzi Ines do pokuty. Pozwala jej wygrać na własnych warunkach, choć warunki są marne, a triumf polega na tym, że dała się oszukać tylko raz zamiast dwóch.
Morgado przepisał wierszowany oryginał na współczesną portugalszczyznę. Decyzja ryzykowna, bo z Vicentego zostaje wtedy fabuła i dowcip, a znika warstwa, dla której filolodzy go czytają. Album broni się jednak jako komiks: dialogi mają rytm, sceny goniące jedna drugą zachowują tempo farsy. Zadbał o to Wojciech Charchalis.

Jefferson Costa rysuje szybko i brudno, cartoonowo, bez cienia ambicji rekonstrukcyjnych. Ale w sumie w niczym to nie przeszkadza, bo farsa żyje przerysowaniem, a mimikę i gest, które na scenie robiliby aktorzy, musi tu wziąć na siebie rysownik. Brazylijczyk ma zresztą wprawę w klasyce: w 2013 roku dostał Troféu HQ Mix za komiksową „Burzę". Ale za granicą ponoć szerzej jest znany z albumu „Jeremias – Pele", nagrodzonego Prêmio Jabuti 2019.

Wydawaną po polsku przez Timofa serię w Portugalii prowadzi wydawnictwo Levoir wspólnie z publiczną telewizją RTP. Jak podaje serwis Central Comics, projekt zaplanowano na 15 tomów obejmujących 13 utworów, przy siedmiu scenarzystach, trzynastu ilustratorach i dwunastu wykładowcach odpowiedzialnych za dossiery. Model jest jawnie szkolny, bo Vicente figuruje w portugalskich rekomendacjach lekturowych. Fajnie by było zobaczyć taką serię polskich klasyków.
Uczciwe pytanie przy pięćsetletniej farsie brzmi: czy poza ciekawostką coś tu zostało? Zostało, i to więcej, niż się spodziewałem. Przecież taka kalkulacja, jakiej dokonuje Ines nie zniknęła. Zmieniła słownictwo. Dziś zamiast galanta z dworskim ogładą mamy zdjęcia z wakacji i wypasioną furę, a matrymonialne rachunki robią i panie, i panowie, tylko rzadziej mówią o tym głośno. Vicente pisał to bez zgorszenia, jako obserwację, i właśnie dlatego jego żart wciąż działa. Wybrzmiewa raczej jako komedia obyczajowa niż zabytek.
Pięćdziesiąt sześć stron, twarda oprawa, kolor, 60 złotych z okładki. Za tę cenę dostajemy dowód, że narzekanie na dzisiejsze obyczaje ma co najmniej pięć wieków.
[WSPÓŁPRACA REKLAMOWA] Egzemplarz komiksu na potrzeby recenzji dostarczył wydawca. Wydawca nie miał wpływu na moją opinię i nie czytał tekstu przed publikacją.