"H.P. Lovecraft - zbiór opowiadań". Recenzja mangi
Kiedy myślicie o komiksowych adaptacjach prozy H.P. Lovecrafta, przed oczami stają wam pewnie mroczne, amerykańskie powieści graficzne. A tu psikus, bo na scenę wchodzi Gou Tanabe. Ten japoński mangaka wziął na warsztat duszny, nowoangielski nihilizm i przepuścił go przez unikalną, azjatycką wrażliwość. Dzięki wydawnictwu Studio JG dostaliśmy gruby tom zbiorczy „Kolekcja Lovecrafta: Opowiadania”, który idealnie pokazuje, co się dzieje, gdy dwa skrajnie różne światy połączą siły w imię czystego obłędu.
Jako oddany fan Lovecrafta, po prostu nie mogłem przejść obok tego tytułu obojętnie. Sięgnąłem po tę mangę z ogromną chęcią, choć – nie ukrywam – byłem jej ciekawy głównie ze względu na oprawę wizualną. Same historie znałem już przecież z książek aż za dobrze, więc to nie treść miała mnie tu zaskoczyć, ale sposób jej podania.
Powiedzmy sobie szczerze: jak narysować coś, co w książkach działało tylko dlatego, że autor uznawał to za „niemożliwe do opisania”? Przecież pokazanie palcem kosmicznego horroru powinno zabić całą tajemnicę. Tanabe jednak rzuca wyzwanie tej teorii i robi to tak bezczelnie dobrze, że człowiek podczas lektury po prostu zbiera szczękę z podłogi.

Ten konkretny tom to zbiór krótszych form Samotnika z Providence, które stanowią idealny próg wejścia w to uniwersum. Znajdziemy tu sześć utworów: „Świątynię”, „Ogara”, „Zapomniane miasto”, „Kolor z innego wszechświata”, „Dagona” oraz „Nawiedziciela mroku”. Każda z tych historii dotyka innego aspektu lovecraftowskiej paranoi.
Największy problem z rysowaniem Lovecrafta polega na tym, że on sam budował grozę niedopowiedzeniem. Jak pokazać coś, co z założenia rozrywa ludzki umysł od samego patrzenia? Tanabe znalazł na to genialny patent - postawił na chirurgiczną precyzję, detal i bezkompromisowy światłocień. Po przeczytaniu pierwszej opowieści byłem już zachwycony. Mówiąc nieco literacko, bardziej podniosłym tonem, miałem wrażenie że te plansze zostały wyryte w granicie, a nie naszkicowane tuszem. Gęstość linii, realizm twarzy bohaterów (na których maluje się tak autentyczny, zwierzęcy wręcz strach, że udziela się on czytelnikowi) oraz wszechobecna, głęboka czerń tworzą klimat absolutnego osaczenia. Kiedy w „Świątyni” ekipa zamyka się w metalowej trumnie U-Boota, kadrowanie staje się tak ciasne, że zaczyna brakować powietrza. Tanabe nie idzie na łatwiznę; dawkuje grozę z aptekarską dokładnością. Najważniejsze okazuje się to, co majaczy na granicy wzroku: w gęstym cieniu, czy w zakamarkach podwodnych ruin. I tu, przyznaję szczerze, zrobił kawał dobrej roboty. Czytając to – w sensie w książce – wyobraźnia robiła swoje i kreowała przeróżne wizje, tutaj, widząc to wszystko, wyobraźnia również robiła przeróżne fikołki, niemal ożywiając te obrazy. Nie czytałem w swoim życiu zbyt wielu mang, w sumie to było ich niewiele, ale po lekturze dwóch pierwszych opowiadań, mogę śmiało powiedzieć, że jestem fanem kunsztu Tanabe.

Twórczość Lovecrafta jest z jednej strony świetnym materiałem do przeniesienia na srebrny ekran, konsolę/komputer itp. Z drugiej, zdaję sobie z tego sprawę, nie jest to łatwe, ba, to bardzo skomplikowane zadanie. Bo to nie takie hop siup. Wielu twórców zapewne poległoby na to, że próbowaliby Lovecrafta na siłę unowocześniać – idealnym (i moim zdaniem bardzo słabym) przykładem jest tu filmowy „Kolor z przestworzy” z Nicolasem Cage’em. Inni z kolei poszliby na łatwiznę i spłycili te historie do poziomu zwykłego kina klasy B, gdzie cała groza sprowadza się do rzucenia na ekran tandetnej macki i wiadra śluzu. Tu słowem prywaty, bardziej dla gamerów, polecam remake „Alone in the dark”, „Sinking City” czy „Call of Cthulhu” – przy tych grach bawiłem się naprawdę dobrze i ograłem je póki co dwa albo i trzy razy. Ale do brzegu. Tanabe zachowuje pełen szacunek dla literackiego pierwowzoru. Dialogi są konkretne, zachowują ten specyficzny, nieco archaiczny i dystyngowany ton, ale jednocześnie brzmią naturalnie w ustach postaci.

Mimo krótkiej formy autorowi udaje się wykrzesać z postaci potężną głębię psychologiczną. Dowódca okrętu podwodnego z „Świątyni” to nie jest czarnocharakterowy kapitan z kreskówki. To dumny człowiek uwięziony w kleszczach pruskiej dyscypliny, który do samego końca próbuje racjonalizować obłęd sączący się do jego głowy. Oglądanie jego powolnej kapitulacji to czysta przyjemność. Podobnie w „Ogarze” – ucieczka przed prześladującym bohaterów monstrum nie ma nic wspólnego z hollywoodzkim kinem akcji; to raczej paranoiczne, ciche odliczanie dni do wyroku. Wyczucie tempa w tych historiach to absolutne mistrzostwo świata. Jeśli w jakiś sposób wyobrażałem sobie niektóre miejsca, wydarzenia czy potwory, o których H.P. Lovecraft pisał w swoich opowiadaniach, tak muszę przyznać, że bladły one w porównaniu z tym co zobaczyłem na stronach tej mangi.
Warto też słowo poświęcić samemu wydaniu od Studio JG. Manga uderza już samym formatem – większym niż standardowe tomiki, co w przypadku tak szczegółowych rysunków Tanabe jest decyzją zbawienną. Na mniejszym formacie te gęste linie i głębokie czernie po prostu by się zlały, tracąc połowę swojej magii. Stylowa, minimalistyczna okładka z charakterystyczną fakturą sprawia, że ten tom wygląda na półce - a co, puszczę trochę wodze wyobraźni! - jak starożytny, zakazany wolumen wyciągnięty prosto z biblioteki Uniwersytetu Miskatonic. To produkt premium zrobiony jakby przez fanów dla fanów, bez chodzenia na skróty.
„Kolekcja Lovecrafta: Opowiadania” to pozycja obowiązkowa i mówię to bez cienia przesady. Jeśli, tak jak ja, kochacie Lovecrafta, zakochacie się w tym, jak Tanabe przelał jego słowa na papier i nadał im nowy, wizualny wymiar. Jeśli nie znacie Lovecrafta, a odrzuca was czasem jego ciężki, opisowy styl w oryginale – ta manga będzie najlepszym, najbardziej przystępnym i wizualnie oszałamiającym przewodnikiem po świecie mitów Samotnika z Providence, jaki możecie sobie wyobrazić. Tu wszystko gra: od precyzyjnego planu adaptacji, przez techniczną perfekcję rysunku, aż po głęboki, egzystencjalny chłód, który zostaje pod czaszką jeszcze długo po zamknięciu tomu. Gou Tanabe udowodnił, że japoński komiks potrafi złożyć genialny hołd amerykańskiej klasyce, nie tracąc przy tym ani grama własnego, bezkompromisowego stylu. Kupujcie, czekajcie na burzę albo głęboką noc i dajcie się wciągnąć w to szaleństwo!
Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, ale to już trochę na siłę, bo to nie jest aż tak straszne - to do tego, że miejscami w "Nawiedzicielu mroku" tekst może zlewać się z tłem / obrazkiem. Ilustracje są czarno-białe, natomiast tekst nie będący w dymkach dialogowych czarny z białą oblamówką, no i bywają kadry, kiedy trzeba nieco wytężyć wzrok. Ale to mówię, przyczepiałbym się już na siłę.
Absolutny majstersztyk komiksowego horroru. Gdybym miał oceniać w jakiejś skali, to śmiało powiedziałbym że to mocne 10/10!
Iä! Shub-Niggurath!
"H.P. Zbiór opowiadań"
To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.
Sprawdź cenę w GildiiZamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.