„Helen z Wyndhorn". Barbarzyńcy w wiktoriańskim salonie
Tom King i Bilquis Evely biorą gotycką posiadłość, tajemniczy las i przejście do krainy fantasy, a potem opowiadają to wszystko w stylu dziennikarskiej kroniki. „Helen z Wyndhorn" wygląda jak pulpowa przygodówka, ale w środku jest piękną opowieścią o żałobie i dziedziczeniu rodzinnych mitów.
„Helen z Wyndhorn" to produkcja na wskroś amerykańska, a bije od niej klimat, który kojarzy mi się raczej z najlepszą szkołą frankofońską. Wiktoriańska posiadłość pełna sekretów. Tajemniczy las. A w lesie ukryte przejście do krain fantasy. Wszystko podane z taką gęstością i powagą, jakiej w superbohaterskim mainstreamie zwykle się nie uświadczy. Polskie wydanie komiksu wypuścił Egmont w tłumaczeniu Tomasza Sidorkiewicza. Za scenariusz odpowiada Tom King, genialne rysunki to sprawa Bilquis Evely, a kolory (super!) położył Matheus Lopes.

O czym to właściwie jest? Rok 1935, C.K. Cole, popularny autor pulpowych opowieści fantasy o wojowniku Othanie, odbiera sobie życie w pokoju motelowym. Jego szesnastoletnia córka Helen trafia do Wyndhorn - posiadłości dziadka, Barnabasa Cole'a - pod opiekę guwernantki Lilith Appleton. I tu zaczyna się robić ciekawie, bo Helen to żadna grzeczna Alicja zagubiona w krainie czarów. To dziewczyna poobijana przez żałobę, pijąca, prowokująca, wyglądająca tak, jakby chciała rozwalić wszystko wokół siebie, zanim ktokolwiek zdąży ją zranić.

Wyndhorn to klasyczna gotycka rezydencja. Wielki dom, zakazane pokoje, nieobecny patriarcha, służba, która wie więcej, niż mówi. Ale po pierwszym spotkaniu Helen z potworem okazuje się, że fantastyka nie jest tu żadną metaforą ani dekoracją. Barnabas naprawdę zna Inny Świat. Naprawdę z nim walczył. I to właśnie z jego wypraw ojciec Helen ulepił swoje książki o Othanie. Reszta to historia dziewczyny, która w tej fantastycznej krainie szuka dla siebie sensu - i odkrywa, że eskapizm potrafi działać jak kolejny nałóg.

Cała historia jest opowiadana w formie wspomnień byłej guwernantki: dziennikarz przeprowadza wywiad ze starą już Lilith Appleton, a my oglądamy przeszłość przez jej wspomnienia. Dodatkowo dostajemy materiał o dzieciaku, który zakupił taśmy z archiwalnymi nagraniami dotyczącymi sprawy (to chyba wróci w kolejnym tomie).
„Helen z Wyndhorn" to jeden z najpiękniej narysowanych komiksów amerykańskich, jakie ostatnio przeszły mi przez ręce. Warstwa graficzna to tu nie żadna „ładna oprawa do scenariusza Kinga", tylko równorzędny współautor. Evely w jednej sekwencji potrafi przejść od dusznego, brązowego mroku posiadłości do szerokiej, niemal malarskiej przygodowej fantastyki. A kolory Lopesa dosłownie rozdzielają dwa porządki świata - przygaszoną, ciężką rzeczywistość Wyndhorn i nasyconą, wręcz halucynacyjną przestrzeń Innego Świata. I co w tym najlepsze: ten eskapizm jest narysowany tak ślicznie, że na chwilę zapomina się, że dla Helen prowadzi on w bardzo ciemne miejsce. Tu drobna ciekawostka - Evely zgarnęła za „Helen" Eisnera za najlepsze rysunki, a to nie jest nagroda, którą rozdaje się za ładne tła.

A skoro przy ciekawostkach jesteśmy - najważniejszym literackim cieniem nad tym komiksem jest Robert E. Howard, twórca Conana. C.K. Cole, ojciec Helen, został zbudowany na skojarzeniach z jego biografią: pisarz pulpowych opowieści, samobójcza śmierć, legenda, która żyje dłużej niż człowiek. „Helen z Wyndhorn" jest po cichu komiksem o tym, jak literatura zawłaszcza cudze przeżycia i zamienia czyjąś prywatną katastrofę w towar dla fanów.

Czego się spodziewać, a czego nie? Choć na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że to skrzyżowanie przygód Conana z Czarnoksiężnikiem Oz, to jednak bliżej temu do gotyckiej powieści rodzinnej - z wyraźnym echem „Wichrowych Wzgórz" - niż do pulpy spod znaku „Weird Tales". Choć pulpa też się pojawia, zwłaszcza w bardziej widowiskowym finale.
"Helen z Wyndhorn "
To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.
Sprawdź cenę w GildiiNie ukrywam, że King to scenarzysta, który potrafi dzielić. Bywa mocno literacki, momentami wręcz przeładowuje plansze narracją. Ja odbiłem się od jego cyklu z Batmanem. Tyle że akurat w tej historii to działa na plus.
Werdykt? Piękna, dojrzała rzecz. Miks fantasy i pulpowego komiksu grozy w klimatach przełomu XIX i XX wieku, opakowany w rysunki z absolutnie górnej półki. „Helen z Wyndhorn" wygląda jak barbarzyńska fantastyka, ale w środku jest opowieścią o żałobie, rodzinnych mitach i o tym, kto ma prawo opowiadać cudze tragedie. Polecam mocno. I czekam na tom drugi.
[WSPÓŁPRACA REKLAMOWA] Egzemplarz komiksu na potrzeby recenzji dostarczył wydawca. Wydawca nie miał wpływu na moją opinię i nie czytał tekstu przed publikacją.