„Jak będę duży, to zostanę Hadfieldem". Komiks o marzeniu, które zaczyna się od spojrzenia w niebo
Historia podboju kosmosu zwykle opowiadana jest z wielkim rozmachem. Komiks Bartka Biedrzyckiego i Błażeja Kurowskiego proponuje coś zupełnie innego. Zamiast monumentalnej kroniki dostajemy lekką opowieść o tym, skąd właściwie wzięła się ludzka potrzeba latania w kosmos.
„Jak będę duży, to zostanę Hadfieldem" jest zaskakujący już na poziomie samego pomysłu. Zamiast opowiadać historię jednego astronauty czy jednej misji, autorzy próbują zmieścić w krótkim albumie coś znacznie większego — historię ludzkiej fascynacji kosmosem.
Komiks prowadzi czytelnika przez kolejne etapy podboju kosmosu: pierwsze eksperymenty rakietowe, wyścig technologiczny między mocarstwami, loty załogowe i rozwój programów kosmicznych. Nie jest to jednak klasyczna kronika wydarzeń — autorzy traktują historię astronautyki jak materiał do opowieści pełnej skrótów, żartów i lekkiej ironii.

Najciekawsze w tym albumie jest to, że tytułowy bohater pojawia się dopiero pod koniec. Chris Hadfield, kanadyjski astronauta znany m.in. z działalności popularyzatorskiej i słynnego nagrania „Space Oddity" z pokładu ISS, staje się tu symbolem nowej epoki eksploracji kosmosu. W latach sześćdziesiątych astronauta był figurą niemal mityczną — bohaterem narodowym, elementem zimnowojennego wyścigu. Dziś jest naukowcem, ambasadorem nauki, czasem internetową gwiazdą. Hadfield idealnie pasuje do tej zmiany — i nie jest przypadkową postacią w tytule. Jest znakiem czasu.

Komiks Biedrzyckiego i Kurowskiego można więc czytać jako opowieść o tym, jak zmieniał się mit kosmosu. Dawniej — symbol potęgi państw i technologicznej rywalizacji. Dziś — przestrzeń współpracy, badań naukowych i prywatnych projektów.
W warstwie wizualnej album dobrze oddaje lekki, skrótowy charakter narracji. Styl Błażeja „Qrjusza" Kurowskiego jest lekko uproszczony i dynamiczny — rysunki nie rekonstruują realistycznie technologii kosmicznych, lecz prowadzą czytelnika przez kolejne etapy historii i utrzymują rytm opowieści. Plansze działają trochę jak wizualny montaż: kolejne wydarzenia pojawiają się szybko, niemal w formie anegdoty.

Ta dynamika jest jednocześnie największą zaletą i największym ograniczeniem komiksu. Czterdzieści stron to bardzo mało, by opowiedzieć historię eksploracji kosmosu — wiele wątków pojawia się tylko na chwilę, a czytelnik dostaje serię sygnałów zamiast rozbudowanej narracji. Jeśli jednak potraktować ten album jako komiksowy esej o marzeniu o kosmosie, taka forma zaczyna mieć sens.
W gruncie rzeczy jest to opowieść o czymś bardzo prostym. O ciekawości świata. O potrzebie przekraczania granic. O tym samym impulsie, który sprawiał, że ludzie patrzyli w gwiazdy długo przed powstaniem pierwszych rakiet.
Tytuł brzmi trochę jak zdanie wypowiedziane przez dziecko. I być może właśnie w tym tkwi jego siła. Bo niezależnie od tego, jak bardzo rozwinięta stanie się technologia, historia kosmosu zawsze zaczyna się od tego samego pytania.
Co jest tam dalej?