„Jesuit Joe. Człowiek z dalekiej Północy i inne historie". Pratt między mitem, religią i śmiercią
Wydany przez Lost In Time album pokazuje Hugo Pratta z najbardziej onirycznej i symbolicznej strony. To trzy krótkie opowieści rozpięte między Kanadą, Brazylią i Somalią, w których liczą się nie tylko fabuła i historia, ale też rytm obrazów, cisza między kadrami i atmosfera.
„Jesuit Joe. Człowiek z dalekiej Północy i inne historie" to jeden z tych albumów Hugo Pratta, które najlepiej pokazują, jak wiele można opowiedzieć komiksem bez nadmiaru słów. Nie ma tu ścian tekstu, nie ma przesadnie rozbudowanych dialogów, nie ma prowadzenia czytelnika za rękę. Pratt ogranicza narrację do minimum i dzięki temu osiąga coś znacznie ciekawszego – zamiast tłumaczyć, sugeruje, zamiast dopowiadać, zostawia miejsce na obraz, symbol i nastrój. Czyta się to bardzo dobrze, choć jest to lektura daleka od prostego komiksu przygodowego.
W zbiorze znalazły się trzy opowieści z końca lat 70.: „Jesuit Joe", „Człowiek z Sertão" i „Człowiek z Somalii". Każda osadzona w innym miejscu, innej kulturze i innym pejzażu, ale wszystkie łączy podobna wrażliwość. To historie surowe, często brutalne, a jednocześnie dziwnie ulotne – bardziej przypominają sny albo przypowieści niż fabuły rozpisane według klasycznych reguł. I właśnie w tym tkwi ich siła.

Najmniej „magiczny" jest „Jesuit Joe". To opowieść chropowata, zimna i brutalna, rozgrywająca się na skutej śniegiem północy Kanady. Pratt buduje tu aurę niepokoju, ale robi to inaczej niż w dwóch pozostałych częściach – mniej jest mistyki wprost, a więcej napięcia i przemocy. Nawet tutaj jednak nie chodzi wyłącznie o fabułę. „Jesuit Joe" działa przede wszystkim klimatem i niedopowiedzeniem. Tytułowy bohater to postać trudna do jednoznacznego uchwycenia – nie jest zwykłym awanturnikiem, ale nie da się go też łatwo zamknąć w żadnym moralnym schemacie.

Znacznie bardziej oniryczny jest „Człowiek z Sertão", gdzie Pratt zanurza się w brazylijskiej rzeczywistości przesyconej religijnością, ludowymi wierzeniami i śmiercią obecną niemal od pierwszych plansz. Pratt bierze realne tło historyczne, ale przepuszcza je przez własną wyobraźnię, więc zamiast komiksu historycznego w prostym sensie dostajemy opowieść o przemocy, fanatyzmie i duchowym zamęcie.

„Człowiek z Somalii" jest z kolei najbardziej symboliczny i wieloznaczny. To tutaj najmocniej dochodzą do głosu mit, alegoria i metafora. Historia rozgrywa się między kolonialną rzeczywistością a czymś z pogranicza jawy, mitu i religijnej wizji. Pratt nie tłumaczy wszystkiego wprost, ale nie robi tego po to, żeby utrudnić odbiór – po prostu ufa, że obraz i rytm opowieści wystarczą.

Duże wrażenie robi to, jak różne kultury i przestrzenie spotykają się w jednym tomie. Kanadyjska północ, brazylijskie sertão i Somalia nie są tu tylko egzotycznym tłem – każde z tych miejsc ma własny ciężar, własne napięcia i własną duchowość. Pratt potrafi uchwycić odmienność tych światów, a jednocześnie nadać im wspólny ton. Dzięki temu album nie rozpada się na trzy całkiem osobne historie, tylko wbrew pozorom układa się w spójną całość.

W posłowiu Francesco Boille'a pisze o „trzech znakomitych i krótkich powieściach komiksowych, złożonych, choć pozornie prostych, stawiających pytania i fascynujących". To trafne ujęcie – opowieści Pratta wydają się lekkie, oszczędne, czasem wręcz szkicowe, ale pod tą oszczędnością kryje się sporo znaczeń. Celna jest też inna uwaga z posłowia: „Pratt nie osądza". To zdanie dobrze tłumaczy, dlaczego ten album tak dobrze działa. Autor nie podsuwa prostych ocen, nie porządkuje świata według wygodnych kategorii. Jego bohaterowie są uwikłani w religię, przemoc, kolonializm i szaleństwo, ale nie zostają sprowadzeni do jednowymiarowych figur. Dzięki temu komiks nie zamienia się w tezę ani publicystykę – pozostaje literaturą obrazkową w najlepszym sensie.

Warto zwrócić uwagę na formę graficzną. Pratt nie potrzebuje drobiazgowego realizmu, żeby budować mocne obrazy. Jego kreska bywa szkicowa, momentami jakby ledwie zarysowana, a mimo to zostaje w głowie na długo. Jedna sylwetka, jeden cień, jedna twarz potrafią tu nieść więcej niż rozbudowana plansza pełna szczegółów. W tym albumie szczególnie dobrze widać, jak dużą rolę odgrywa u Pratta pustka – białe przestrzenie nie są brakiem, lecz częścią narracji. Dają oddech, ale też budują napięcie.
Wszystkie trzy historie powstały w latach 1977–1980 dla cyklu „Un uomo un'avventura", zainicjowanego przez Sergio Bonellego. Miały to być samodzielne, gatunkowe opowieści bez powracającego bohatera. W przypadku Pratta wyszło jednak coś więcej niż sprawnie opowiedziane przygodówki – powstały trzy utwory, które można czytać jak komiksy historyczne, ale też jak medytacje o śmierci, religii i losie. Boille określa je jako „trzy bardzo symboliczne historie o 'śnie-śmierci'", co dobrze oddaje ich temperaturę.
Ciekawy jest trop religijny. W posłowiu pada określenie „trylogia o religiach", którego Pratt użył w rozmowie z Dominique Petitfaux. Rzeczywiście, wszystkie trzy opowieści obracają się wokół wiary, obłędu, rytuału i duchowości, choć każda robi to inaczej. „Jesuit Joe" jest najbardziej powściągliwy, „Człowiek z Sertão" najgłębiej zanurza się w religijną gorączkę, a „Człowiek z Somalii" przerabia to na niemal mityczną przypowieść. To jeden z powodów, dla których ten tom zostaje w głowie na długo.

„Jesuit Joe. Człowiek z dalekiej Północy i inne historie" nie jest albumem dla każdego. Kto szuka prostego, przejrzystego komiksu przygodowego, może się od niego odbić. Ale jeśli lubicie twórczość Pratta, która skręca w stronę snu, symbolu i niedopowiedzenia – dostajecie rzecz znakomitą. To komiks gęsty, dojrzały i pięknie opowiedziany obrazem, który nie krzyczy i nie popisuje się na siłę, a jednak działa mocniej niż wiele bardziej efektownych albumów.
Egzemplarz do recenzji dostarczył wydawca.
