„Kroniki Czarnego Księżyca. Tom 2" – oldschoolowe fantasy w wojennym transie
Drugi tom zbiorczy „Kronik Czarnego Księżyca" porzuca beztroską awanturę i rusza w stronę krwawej wojennej odysei. Klasyczne, brudne i efektowne heroic fantasy dla tych, którzy lubią, gdy świat trzeszczy od magii, polityki i stali.
„Kroniki Czarnego Księżyca" pachną starym fantasy. I to nie jest zarzut. To komiks z czasów, gdy heroic fantasy nie musiało udawać eleganckiej dekonstrukcji gatunku. Półelf może iść po władzę. Demony mogą ryczeć nad polem bitwy. Czarownicy mogą snuć swoje plany. A nad wszystkim wisi poczucie, że historia zmierza ku czemuś wielkiemu, krwawemu i niekoniecznie rozsądnemu.

Tom obejmuje albumy „Kiedy syczą węże", „Szkarłatny taniec" oraz „Korona cieni" – i to właśnie tutaj Olivier Ledroit przekazuje pałeczkę Cyrilowi Pontetowi.
Fabularnie jesteśmy już daleko od prostej wyprawy drużyny. Wismerhill i spółka wpadają w wielką rozgrywkę między Imperium, Czarnym Księżycem, zakonami, armiami i siłami, które zdecydowanie nie mieszczą się w zwykłej polityce. Sojusze zmieniają kształt, frakcje ustawiają się do walki, a bohater przestaje być tylko zdolnym wojownikiem – staje się narzędziem i symbolem.

Zmiana tonu względem pierwszego tomu jest wyraźna. Tamten miał jeszcze energię kampanii RPG – bohaterowie wpadali w tarapaty, zbierali dziwacznych sprzymierzeńców i jakoś szli dalej. Tutaj beztroskiego łazikowania jest mniej, a zdrad, mobilizacji armii i rozmów prowadzonych przez istoty myślące w kategoriach strategii, nie przygody – więcej. To nadal komiks efektowny, brutalny i chwilami niemal operowy, ale ciężar historii wyraźnie rośnie.

Dargaud przypomina, że scenarzysta François Froideval był jedną z ważniejszych postaci francuskiego środowiska gier fabularnych – współtworzył magazyn „Casus Belli", pracował przy TSR i był związany z materiałami do „Advanced Dungeons & Dragons". Czuć to niemal w każdej scenie. Świat jest rozpisany jak wielka kampania: frakcje, rangi, artefakty, sojusze, zdrady. Wismerhill zdobywa kolejne poziomy wpływu szybciej niż czytelnik zdąży poukładać wszystkich graczy na planszy.

Najbardziej widowiskową częścią tomu jest „Szkarłatny taniec". To miejsce bezwzględnej batalii zajmującej połowę albumu - komiksowa jatka w wielkiej skali, pełna szarż, potworów, magii i śmierci. Niekoniecznie przejrzysta, niekoniecznie subtelna, ale robiąca wrażenie rozmachem.
I właśnie rysunki są tym, za co ten tom warto kupić w ciemno. Ledroit ma styl, który aż prosi się o słowo „barokowy". Plansze są gęste, mroczne, napompowane detalem i teatralnym gestem. Jest w nich coś z ilustracji do podręcznika RPG, coś z metalowej okładki płyty i coś z komiksowej przesady. Miejscami przywodziło mi to na myśl Simona Bisleya ze „Slaine'a" – podobna energia, podobny brud, podobna malarską dzikość w przedstawianiu ciał i chaosu bitwy.

Zmiana rysownika przy „Szkarłatnym tańcu" jest wyczuwalna, choć nie wpływa na odbiór tomu. Cyril Pontet przejmuje serię z trudnym zadaniem: wchodzi w komiks o bardzo rozpoznawalnej tożsamości wizualnej. Według Dargaud stał się nowym rysownikiem sagi w 1995 roku i prowadził ją do końca pierwszego cyklu. Przez chwilę widać, że próbuje wejść w cudzą zbroję – ciężką, ozdobną i trochę niewygodną. Ale radzi sobie lepiej, niż można by się obawiać. Jego plansze są bardziej zdyscyplinowane, mniej szalone, ale utrzymują monumentalny ton.
Na marginesie warto wspomnieć o growym epizodzie „Kronik". W 1999 roku Cryo Interactive wydało „Black Moon Chronicles" – strategię, w której gracze wcielali się w Wishmerilla i prowadzili wojska w świecie inspirowanym komiksem. Była to strategia fantasy w stylu RTS, ale wydaje mi się, że nie przebiła się przez „Warcrafty" i inne marki epoki. Ja wówczas o niej nie słyszałem. Widzę, że nadal jest dostępna, a na serwisach typu Kinquin można ją wyhaczyć za grosze i podpiąć do Steam.
Drugi tom zbiorczy „Kronik Czarnego Księżyca" dla czytelnika przyzwyczajonego do współczesnego tempa, klarownej narracji i psychologicznego niuansowania postaci może mieć za dużo wszystkiego: nazw, frakcji, armii, bitew, patosu i wielkich deklaracji. Froideval potrafi rozstawiać na planszy tyle pionków, że sam zaczyna bardziej fascynować się mapą konfliktu niż emocjami konkretnych bohaterów.
Ale w tym szaleństwie jest metoda. „Kroniki Czarnego Księżyca" nie udają czegoś, czym nie są. Jeśli ktoś lubi fantasy rozbuchane, ciemne i wojenne - ten tom ma w sobie mnóstwo charakteru. Może i chwilami trzeszczy pod własnym ciężarem, ale gdy już rusza do bitwy, trudno nie patrzeć.
Egzemplarz komiksu na potrzeby recenzji dostarczył wydawca.