„Kwiat, Bakteria, Bronx”. Recenzja komiksu
Lubię takie komiksy, przy których już po otwarciu pierwszych kilku plansz wiadomo, że autor nie zamierza niczego wygładzać. Że nie będzie polerowania kantów, oswajania brudu ani strojenia wszystkiego pod wygodny odbiór. Ma być momentami duszno, czasem wręcz nieprzyjemnie. I bardzo dobrze. Bo właśnie z takiego materiału najczęściej rodzą się rzeczy, które zostają z czytelnikiem na dłużej. Może właśnie dlatego najbardziej cenię komiksy, w których nadal czuć brud, wkurzenie i tę odrobinę bezczelności, dzięki której całość naprawdę żyje.
Korzystając z przerwy świątecznej, postanowiłem dzięki wydawnictwu Lost In Time wybrać się w świat stworzony przez Alberto Saichanna. Komiks „Kwiat, Bakteria, Bronx” to zebrane w wydaniu zbiorczym opowieści, które Saichann publikował przez lata m.in. w magazynach „Fierro”, „Skorpio” i „Nippur Magnum”. I muszę przyznać, że mój wybór był absolutnie trafny.
Wydanie zbiorcze składa się z trzech części: „Kwiat”, „Bakteria” i „Bronx”.
Zaczynamy od segmentu „Kwiat”, który Saichann stworzył wspólnie ze scenarzystą Ricardo Ferrarim. Lądujemy tu w samym środku wietnamskiego piekła. Azjatycka dżungla jest duszna, parna i zdradliwa. Cała ta historia krąży wokół niezwykle magnetycznej kobiety – zwanej Kwiatem. To lokalna prostytutka obdarzona przerażającym, niemal paranormalnym darem, który pozwala jej dosłownie wchodzić w umysły mężczyzn. Eksplorować ich najgłębsze, najbardziej ukryte pragnienia i koszmary. W jej lepką, niebezpiecznie hipnotyzującą sieć wpadają amerykański żołnierz Boby Quayle III, zwany Juniorem, oraz Wietnamczyk Nguyen Ho, zwany Krwawym Smokiem. Wojna tocząca się na zewnątrz powoli traci dla nich jakiekolwiek znaczenie, stając się zaledwie niewyraźnym tłem dla mrocznego, fatalistycznego trójkąta miłosnego. Napięcie narasta z każdą brutalnie przerzuconą stroną. Zdezorientowani bohaterowie bezpowrotnie tracą zmysły, wpadając w gęstą pułapkę własnych mrocznych obsesji, a my pędzimy razem z nimi ku nieuchronnej, niszczycielskiej konfrontacji.



Druga część - „Bakteria” - została oparta na scenariuszu Eduardo Mazzitelliego. Z wilgotnego lasu tropikalnego zostajemy bez litości wykopani w zimną, sterylną i przerażającą wizję przyszłości. Poznajemy niejakiego Marka Hertza. To pozornie zwykły człowiek, którego egzystencja w zdegenerowanym, hipertotalitarnym społeczeństwie w ułamku sekundy zamienia się w jawny koszmar. To świat całkowicie podporządkowany kontroli, w którym wszystko zostało rozpisane, skatalogowane i podporządkowane tzw. „programacji”, czyli odgórnie ustalonemu planowi dnia. Nie ma tu miejsca na przypadek, zawahanie czy własną wolę. Wszystko sypie się w momencie, gdy nasz bohater miał zadzwonić do przyjaciela, ale ten zginął w wypadku samochodowym. Perfekcyjny system zaczyna się zapadać, a Mark zostaje wypchnięty poza jego obręb. Zaczyna się jego walka o przetrwanie…
Na sam koniec argentyński artysta serwuje nam opisywany, tytułowy „Bronx”, gdzie sam jest już odpowiedzialny zarówno za scenariusz, jak i ilustracje. I tu następuje drastyczna zmiana narracyjnej warty. Nie jest to wielka, spójna epicka opowieść z jednym motywem przewodnim. To poszarpany zbiór krótkich form. Szybkich, celnych epizodów. Jedynym spoiwem i głównym bohaterem jest tu Nowy Jork, a dokładniej jego najpodlejsza, najbardziej gnijąca dzielnica z czasów schyłku XX wieku. Mamy tu sześć krótkich opowieści, w których poznamy m.in. plan pewnego napadu, schyłek kariery lokalnego aktora, perypetie miejscowego perkusisty, historię biznesu, w którym zostanie wykorzystany emerytowany bokser, powojenne losy bohatera wojny w Wietnamie oraz dosyć przerażającą historię o sposobie zarobienia na nowe radio dla kompana.
Ricardo Ferrari, pisząc swój wietnamski segment, absolutnie mistrzowsko, z chirurgiczną precyzją rozstawia pionki na szachownicy zwichrowanej ludzkiej psychiki. Z głośnego konfliktu w Azji robi jedynie przerażającą scenerię. Katalizator wydarzeń. Twórca ten skupia się niemal wyłącznie na całkowitej, nieodwracalnej dewastacji wewnątrz swoich postaci, dobitnie ukazując gęstą problematykę eskapizmu i usilnej ucieczki przed okrucieństwem wojny w ramiona niemożliwego, chorego wręcz uczucia. To boli. Czuć tu narastającą paranoję. Desperację. W każdej linijce tekstu czai się niszczące duszę szaleństwo. Ferrari nie opowiada przecież o samej wojnie. Wojna jest tu tylko rozgrzaną blachą, po której jego bohaterowie pełzną coraz bardziej poparzeni własnymi lękami, pożądaniem i obłędem. W tej opowieści nie ma bezpiecznego dystansu. Jest lepki niepokój, jest rozpad psychiki i jest świadomość, że od pewnego momentu nie da się już wrócić do punktu wyjścia.
Świetnie podsumowuje to Nguyen Ho, stale powtarzając:
„Amerykanie… Tak się zastanawiam, czy oni wiedzą, w co się wpakowali”.
Z kolei Eduardo Mazzitelli kreuje autorski świat, który brutalnie wgniótł mnie podczas czytania. Ta wizja autentycznie mnie przeraziła. Autor ukazuje kruchą jednostkę doszczętnie odartą z godności i intymności, permanentnie sparaliżowaną strachem przed wszechpotężnym systemem inwigilacji. Problematyka całkowitej alienacji, zaawansowanej technologicznej pułapki i miażdżącej, pozbawionej twarzy biurokracji rezonuje w tej noweli z nieopisaną mocą. Mazzitelli wbija nóż w ideę postępu, w korporacyjną kontrolę, w to, jak łatwo stać się wrogiem publicznym numer jeden za sam fakt istnienia. Jak czytałem tę historię, przypomniał mi się film z Michaelem Yorkiem - „Ucieczka Logana”. I nie chodzi wyłącznie o futurystyczną dekorację, ale o ten sam rodzaj chłodu, w którym człowiek przestaje być jednostką, a staje się wadliwym elementem systemu. Czymś, co trzeba skorygować, usunąć albo po prostu zutylizować.



W ostatniej części Saichann uderza w nas bez znieczulenia. Wielki, obiecujący amerykański sen zostaje tu z hukiem rzucony na brudny, zasikany i spękany nowojorski asfalt. Gnije i pulsuje zepsuciem na naszych oczach. Gwałtowny upadek moralny nowoczesnego społeczeństwa, absolutna znieczulica wielkiej metropolii i ślepa ulica, która niepodzielnie dyktuje własne, krwawe prawa — to wszystko zaserwowane jest z nieprawdopodobnie chłodnym, dokumentalnym wręcz autentyzmem. Autor nie idzie tu ani w tanią sensację, ani w romantyzowanie marginesu. Pokazuje ludzi, którzy próbują jakoś się utrzymać na powierzchni, a z każdą kolejną stroną coraz głębiej zapadają się w brud, frustrację i beznadzieję. Twórca świetnie czuje ten świat. Wie, jak pokazać ludzi poharatanych przez własne wybory, przez pecha, przez cudzą obojętność albo przez miasto, które dawno już przestało udawać, że kogokolwiek obchodzi.
No i oczywiście pora na crème de la crème, czyli warstwę graficzną omawianego komiksu. W końcu to przecież Alberto Saichann jest jego główną gwiazdą. Trzy osobne części i w zasadzie możemy prześledzić, jak rozwijała się kreska artysty. Taka ciekawostka: w komiksie poznajemy proces graficzny artysty od najnowszych po najstarsze rysunki.
Warstwa graficzna to zresztą osobny powód, żeby po ten album sięgnąć. Saichann robi tutaj rzeczy, które w czerni i bieli naprawdę trudno zignorować. Nie chodzi nawet o samą szczegółowość plansz, ale o to, jak pewnie operuje światłem, cieniem i plamą tuszu. Potrafi jednym kadrem zbudować ciężar sceny, przydusić nią bohatera, a za chwilę rozluźnić przestrzeń i zostawić czytelnika z niepokojącą pustką. W jego rysunkach czerń nie jest ozdobą ani tłem. Niesie emocję, brud, duszność i cały ten syf, który wylewa się z poszczególnych historii. Dzięki temu ten czarno-biały komiks ani przez chwilę nie sprawia wrażenia uboższego. Przeciwnie. Ma w sobie więcej życia, charakteru i napięcia niż niejeden współczesny komiks dopieszczony cyfrowo do granic sterylności.
Najlepiej widać to właśnie w sposobie, w jaki Saichann traktuje czerń. To nie jest zwykłe wypełnienie tła ani techniczny zabieg porządkujący planszę. Czerń u niego dusi, przygniata, odcina bohaterów od świata, czasem wręcz pożera ich od środka. W jednym kadrze potrafi zbudować nią ciężar wojennego koszmaru, w innym chłód futurystycznego systemu, a jeszcze w innym zwykły miejski brud, który oblepia człowieka jak sadza. Do tego dochodzi świetne wyczucie światła, mocne tuszowanie i naprawdę imponująca umiejętność planowania ilustracji. Saichann wie, kiedy trzeba przycisnąć detalem, kiedy rozbić rytm planszy agresywniejszym kadrowaniem, a kiedy zostawić czytelnikowi trochę oddechu. Styl nieustannie ewoluuje, gładko dopasowując się do opowiadanej w danej chwili historii jak kameleon. I właśnie ta elastyczność robi tu ogromne wrażenie.



Największą zaletą tego komiksu jest jego rozpiętość. Niewielu twórców potrafi w jednym tomie przejść od wojennego dramatu, przez dystopijne science fiction, aż po brudne miejskie miniatury, nie tracąc tożsamości. Saichann nie tylko to robi, ale robi to w dodatku bardzo przekonująco. Oczywiście jest to możliwe dzięki wydaniu zbiorczemu, które otrzymaliśmy od Lost In Time. I powinniśmy być za to wdzięczni wydawnictwu.
Na plus działa też fakt, że komiks nie jest jednolity emocjonalnie. Daje inne paliwo w każdej części. Raz rozcina wojną, raz niepokojem systemowym, raz miejskim przygnębieniem. Czytelnik nie ma szans wpaść w monotonię. Scenariusze trzymają naprawdę wysoki poziom. Oczywiście warstwa graficzna mówi sama za siebie.
Nie znaczy to jednak, że jest to rzecz całkowicie pozbawiona wad. Dla części czytelników problemem może być sama konstrukcja albumu. To nie jest jedna zwarta historia, tylko zbiór trzech odrębnych opowieści, które działają w innych rejestrach i rozkładają akcenty w różny sposób. Ktoś nastawiony na jednolitą, płynnie prowadzoną narrację może poczuć pewien zgrzyt. Szczególnie że „Bronx” siłą rzeczy bardziej opiera się na nastroju i krótkim strzale niż na pełnym, rozbudowanym dramaturgicznie rozwinięciu. Ale nawet jeśli momentami czuć tu pewne nierówności, nie są to pęknięcia, które rozbijają całość. Raczej naturalna konsekwencja tego, że obcujemy z materiałem różnorodnym, a nie jedną opowieścią szytą od początku pod wspólny rytm.
„Kwiat, Bakteria, Bronx” to bardzo dobry komiks. Nie jest on jednak dla każdego czytelnika. Sięgając po ten monumentalny tytuł, pod żadnym pozorem nie spodziewajcie się łatwej, weekendowej przeprawy podczas czytania. Momentami jest trudny, brutalny. Nie daje czytelnikowi wytchnienia ani zwykłego relaksu. Zostaje w głowie, zarówno przez opowieści, jak i przez sposoby ich przedstawienia.
To lektura, którą warto podsuwać nie tylko fanom komiksu argentyńskiego, ale w ogóle każdemu, kto szuka w komiksie czegoś więcej niż sprawnie opowiedzianej historii. Ten album ma własny ton, własny ciężar i bardzo wyraźny charakter. A przede wszystkim — ryzyko. Takie prawdziwe. Twórcze. Nieudawane. W czasach, kiedy mnóstwo komiksów wygląda pięknie, lecz po tygodniu po ich przeczytaniu nie zostaje z nich nic, Saichann przypomina, że komiks może być szorstki, lepki, nieprzyjemny, a przy tym cholernie skuteczny. I właśnie dlatego warto po niego sięgnąć.
Komiks na potrzeby recenzji dostarczył wydawca.
Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych i promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.