Ile rumu potrzeba, żeby zatopić raj? Recenzja „Libertalii" od Scream Comics
Jeśli podobała wam się „Dżakarta" od Egmontu, to koniecznie sięgnijcie po „Libertalię”. Podobny ciężar i brutalność. Zamiast romantycznej legendy o wilkach morskich dostaniecie opowieść o przemocy, rozpadzie wspólnoty i utopii, która bardzo szybko zamienia się w koszmar.
„Libertalia" jest kolejnym komiksem o piratach — ale nie takim, jakiego można się spodziewać. Nie ma tu awanturniczej egzotyki ani mitu beztroskich ludzi morza. Punktem wyjścia jest stara legenda spopularyzowana przez XVIII-wieczną „A General History of the Pyrates", wydaną pod nazwiskiem Captain Charles Johnson i od dawna przypisywaną Danielowi Defoe, choć nikt już dziś nie jest tego pewien. Z tej książki wywodzi się mit Libertalii — pirackiej kolonii na Madagaskarze, która miała być miejscem wolności, równości i życia poza porządkiem starego świata.

Frankofońska trylogia ukazywała się w Castermanie w latach 2017–2019. Odpowiadają za nią Fabienne Pigière, Rudi Miel i Paolo Grella. W katalogu Scream Comics wpisuje się w wyraźną słabość wydawcy do pirackich tematów — wcześniej był już na przykład opisywany na blogu „Black Beard" Delitte'a. Różnica między tymi tytułami jest jednak spora. „Black Beard" to klasyczna opowieść o słynnym piracie. „Libertalia" to historia o idei, która od początku nosi w sobie zalążek katastrofy.

Co robi tu największe wrażenie? Przyziemność. Nie ma błyszczącej legendy ani poczucia, że oglądamy kostiumową przygodę. Jest brud, głód, krew i nieustanne napięcie między wzniosłymi hasłami a tym, co człowiek naprawdę nosi w sobie. Dokładnie to samo czułem przy „Dżakarcie" — ten moment, gdy orientujesz się, że cienka warstwa cywilizacji pęka szybciej, niż się spodziewałeś. Tu jest tak samo.

Autorzy nie pokazują rozpadu wspólnoty wyłącznie jako efektu zewnętrznych nacisków. Są tu wielkie mocarstwa i konflikty interesów, jasne — ale prawdziwa zgnilizna pojawia się od środka. Co ciekawe, jest tu mocny wątek alkoholu, który stanowił wątek zapalny. Piraci dużo pili i pijaństwo nie służło tu budowaniu kolorytu — było jednym z motorów rozkładu. Im więcej rumu, tym mniej rozsądku. Na powierzchnię wypływała agresja, pożądanie i instynkty, które miały zostać poskromione przez nowy porządek.

Pigière, Miel i Grella nie próbują sprzedawać piractwa jako atrakcyjnego mitu. Interesuje ich moment, w którym idea wolności zaczyna odtwarzać stare mechanizmy dominacji. W tym sensie „Libertalia" to opowieść o religii, przemocy, kolonializmie i niezdolności człowieka do utrzymania utopii przy życiu — morze i statki są tylko tłem.

Rysunki Grelli mają klasyczny europejski sznyt, statki i porty wyglądają przekonująco, twarze ludzi zmęczonych walką też. Jedyna uczciwa uwaga: pierwszy tom bywa narracyjnie poszarpany i niektóre sceny dostają za mało miejsca. Wydaje się nieco chaotyczny, ale seria z tomu na tom wyraźnie dojrzewa i potem jest już wyraźnie lepiej.
Nie jest to kolejny komiks, który chce porwać samą legendą morza. „Libertalia" bardziej interesuje się momentem, gdy marzenie o nowym świecie zaczyna obracać się przeciw swoim twórcom. Piracki kostium ważny, ale nie najważniejszy. Ważniejsze pytanie brzmi, czy wspólnota zbudowana na wolności ma w ogóle szansę przetrwać, jeśli tworzą ją ludzie nawykli do przemocy i hierarchii.
Jeśli szukacie historii o morzu, która zamiast pocztówki oferuje brud, krew i rozpad utopii — tutaj to znajdziecie. Zwłaszcza jeśli „Dżakarta" zrobiła na was podobne wrażenie jak na mnie. Polecam!
Egzemplarz do recenzji dostarczył wydawca.