„Mały palec pod gilotynę”. Recenzja komiksu

„Mały palec pod gilotynę”. Recenzja komiksu

Pod koniec lat 80. jako siedmiolatek na swój dziecięcy sposób przeżywałem zmiany ustrojowe. Nie rozumiałem wtedy jeszcze wielkiej polityki, mechanizmów gospodarki, końca komunizmu ani tego całego dorosłego języka, którym objaśniano nam świat z telewizora. Ale pamiętam bardzo konkretne rzeczy. Pamiętam, że nagle w godle znowu miał pojawić się orzeł w koronie. Pamiętam, że ludzie na ulicach jakby stali się trochę radośniejsi, choć bieda dookoła wcale nie znikała, a wielu ludzi dopiero zaczynała naprawdę dociskać do ściany. Pamiętam też, że w moje ręce trafiały „obce” komiksy, choćby te pamiętne tytuły z Pegasusa, jak „Ian Kaledine”, „Vasco” czy „Tetfol”, a ja cieszyłem się nimi jak głupi, bo nagle zza tej naszej szarej zasłony zaczynało przebijać coś innego. Kolorowego. Dziwnego. Nie do końca zrozumiałego, ale cholernie pociągającego.

Tylko że dzieciństwo z tamtego czasu nie było wyłącznie katalogiem małych zachwytów. Obok tych komiksów, zachodnich obrazków i pierwszego poczucia, że świat może być większy niż osiedle, szkoła i kolejka w sklepie, były też rzeczy dziwne, brudne i złe. Była m.in. zapaść Rumunii. Były telewizyjne obrazy końca dyktatury Nicolae Ceaușescu i jego rozstrzelania razem z żoną. Były wiadomości, których jako dziecko nie potrafiłem poukładać, ale które zostawały gdzieś pod skórą. Moje dorastanie pozostawiło we mnie mocne odbicie. Takie negatywy pamięci, do których wracam od czasu do czasu, a one same wywołują w mojej głowie kolejne obrazy.

Dlatego „Mały palec pod gilotynę” Marii Rostockiej od początku interesował mnie nie tylko jako autobiograficzny komiks o dzieciństwie na obczyźnie. Interesował mnie jako próba złapania właśnie tego momentu, w którym dziecko widzi wielką historię, ale jeszcze nie zna do niej instrukcji obsługi. Widzi zmianę świata, lecz rozumie ją przez przedmioty, strachy, językowe potknięcia, zachwyty i obrazy, które zostają w głowie czasem na całe życie.

I to naprawdę bardzo fajne, pozytywne uczucie, że dzięki Kulturze Gniewu mogłem zapoznać się z tą opowieścią. Ciekawostką jest, że ten komiks ukazał się najpierw we Francji jako „Le petit doigt sous la guillotine” nakładem Éditions FLBLB w lutym 2026 roku

„Mały palec pod gilotynę” Marii Rostockiej zabiera nas do końcówki lat osiemdziesiątych, kiedy kilkuletnia Maria wyjeżdża z rodzicami do Francji. Dla dorosłych taki wyjazd może być decyzją życiową, polityczną, rodzinną, może nawet trochę pragmatyczną. Dla dziecka to jednak kompletny przewrót stolika. Wszystko nagle jest inne: język, ludzie, szkoła, sklepy, zachowania dorosłych, drobne społeczne rytuały, których nikt wcześniej nie objaśnił. Maria trafia na półkolonie, uczy się francuskiego w biegu, próbuje odnaleźć się wśród dzieci, które mówią, reagują i myślą według zupełnie innych zasad. I właśnie te małe sytuacje - niezręczność, zawstydzenie, brak słów, dziecięca bezradność wobec obcego świata - stają się pierwszym, bardzo czytelnym poziomem tej historii.

Autorka nie zatrzymuje się jednak wyłącznie na emigracyjnej codzienności. Cały czas zestawia Francję z Polską, Zachód ze Wschodem, dziecięce zachwyty z historycznym ciężarem, który dorosłym nie pozwala tak po prostu odciąć się od przeszłości. W głowie małej Marii mieszają się więc francuskie reklamy, plastikowe rzeczy, wycieczki, nauka języka i obchody dwusetlecia rewolucji francuskiej z obrazami wojny, ruin Warszawy, opowieściami o Polsce Ludowej, Stalinem, nazistami, Okrągłym Stołem. Najciekawsze jest to, że wszystko oglądamy oczami dziecka, które nie ma jeszcze dorosłego aparatu pojęć, ale ma świetny radar na absurd, niesprawiedliwość i obcość. Dzięki temu „Mały palec pod gilotynę” nie jest suchą lekcją historii ani typową opowieścią o emigracji, tylko zapisem tego, jak wielkie wydarzenia odbijają się w dziecięcej głowie - czasem śmiesznie, czasem boleśnie, a czasem zupełnie niepokojąco.

Najciekawsze w sposobie opowiadania Marii Rostockiej było dla mnie to, że autorka nie próbowała upiększać dziecięcej perspektywy ani robić z niej słodkiej naiwności. Dziecko w tym komiksie nie było mądrzejsze od dorosłych, nie wygłaszało po cichu wielkich prawd o świecie, nie stawało się małym filozofem. I bardzo dobrze. Mała Maria często rozumiała za mało, czasem rozumiała coś krzywo, czasem zatrzymywała się na szczególe, który dorosły pewnie wyrzuciłby z pamięci po pięciu minutach. Właśnie w tym twórczyni znajdowała najlepszy materiał. W niezrozumiałym słowie. W zabawce na wystawie. W krępującej sytuacji. W sposobie odbierania zmian zachodzących w świecie. To nie była wielka psychologia rozpisana na monologi. To była psychologia drobnych ukłuć. Dzięki temu komiks przeczytałem szybko i bez zmęczenia.

Ale właśnie przy tej oszczędności zaczęło mnie coś uwierać. Sceny często miały dobry punkt wyjścia, trafiały w konkretną emocję, po czym zostawały zamknięte, zanim zdążyły wybrzmieć mocniej. Widziałem sytuację, rozumiałem jej sens, czułem zawstydzenie albo zagubienie bohaterki, ale brakowało mi tego, co dzieje się chwilę później. Tego echa po scenie. Tego momentu, kiedy dziecko zostaje samo z własnym niezrozumieniem, z obcym słowem, z poczuciem pomyłki, której nie umie jeszcze nazwać. Autorka bardzo sprawnie pokazywała samo ukłucie, ale rzadziej zatrzymywała się przy śladzie, jaki po nim zostawał.

Nie chodziło mi o większy dramatyzm ani dopisywanie cierpienia tam, gdzie go nie ma. Bardziej o pogłębienie kilku stanów, które w tym albumie zostały zaznaczone, ale nie zawsze rozwinięte: samotności, zawstydzenia, fascynacji, pierwszego poczucia bycia kimś nie do końca „u siebie”. W takich miejscach czułem, że opowieść mogłaby jeszcze mocniej wejść pod skórę. Materiał był na to przygotowany, bo osobiste doświadczenie autorki miało ciężar, którego nie trzeba było sztucznie pompować. Wystarczyłoby czasem zostać przy bohaterce dwie, trzy plansze dłużej. Bez tłumaczenia. Bez wielkich słów. Po prostu pozwolić czytelnikowi pobyć z nią w tej niepewności.

Dlatego moje odczucia po lekturze są dość niejednoznaczne. Z jednej strony dostałem rzecz bystrą, komunikatywną i naprawdę dobrze uchwyconą w detalach. Twórczyni miała świetne wyczucie dziecięcego zdziwienia i potrafiła prowadzić narrację tak, żeby nie ugrzęzła w ciężkim komentarzu. Z drugiej strony album wydał mi się za krótki wobec tego, co próbował objąć. Niektóre wątki pojawiały się jak mocne szkice do większej opowieści, ale nie zawsze stawały się pełnoprawnym przeżyciem. I właśnie z tego wziął się mój niedosyt. Nie z obojętności. Przeciwnie - z poczucia, że chciałem dostać więcej tej historii, bo jej najlepsze fragmenty pokazywały, że było z czego czerpać.

No i jeszcze co nieco o tym, co dobre dla oka. Jeśli chodzi o rysunki, to Maria Rostocka stawia na prostą, lekko szkicową kreskę, która dobrze pasuje do autobiograficznego charakteru opowieści. Nie ma tu popisywania się detalem ani rysunkowego efekciarstwa. Jest za to czytelność, swoboda i pewna pamiętnikowa miękkość. Postacie są uproszczone, twarze dość umowne, ale emocje da się z nich odczytać bez problemu. Ta oszczędność sprawia, że całość nie odciąga uwagi od wspomnieniowego tonu historii. Rysunki raczej zapisują sposób, w jaki po latach wracają obrazy z dzieciństwa: trochę wyraźne, trochę przetworzone, czasem zabawne, czasem dziwnie chłodne.

Kadrowanie jest klasyczne i podporządkowane płynnej lekturze. Autorka prowadzi oko czytelnika spokojnie, bez formalnych wygibasów, dzięki czemu album czyta się szybko i bez zgrzytów. Czerń, biel i odcienie szarości budują tu nie tyle efektowny kontrast, ile nastrój wspomnienia. Wizualnie to komiks skromny, ale spójny. Nie zachwyca rozmachem, tylko konsekwencją. I chyba właśnie dlatego dobrze pasuje do tej opowieści.

Podsumowując, „Mały palec pod gilotynę” to komiks dobry, wart przeczytania. Nie wybitny, nie kompletny, nie taki, który wyciska z własnego tematu wszystko do ostatniej kropli. Dobry - i uczciwie trzeba powiedzieć, że to nadal sporo. Maria Rostocka przygotowała album osobisty, przystępny i ciekawy, który może zadziałać zarówno na czytelników pamiętających tamten czas z własnego dzieciństwa, jak i na tych, którzy znają go już tylko z rodzinnych opowieści, archiwalnych nagrań i podręcznikowych skrótów.

Szkoda tylko, że autorka nie wykorzystała ogromnego potencjału, który był w tej historii. Pod powierzchnią tej lekkiej, szybko płynącej opowieści czuć bowiem materiał na rzecz mocniejszą, bardziej dotkliwą i odważniej wchodzącą w psychikę dziecka wracającego po latach jako wspomnienie dorosłej osoby. Został mi więc po lekturze niedosyt, ale nie obojętność. A to ważna różnica. Bo obojętny komiks odkłada się na półkę i zapomina. Do tego, mimo wszystkich zastrzeżeń, jednak chce się jeszcze przez chwilę wracać myślami.

Okładka komiksu
Polecana lektura

"Mały palec pod gilotynę"

To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.

Sprawdź cenę w Gildii
Informacje o komiksie
Tytuł „Mały palec pod gilotynę”
Wydawca Kultura Gniewu
Scenarzysta Maria Rostocka
Rysownik Maria Rostocka
Rok wydania 2026
Format 165×235 mm
Okładka miękka
Liczba stron 88 (cz-b)
Cena okładkowa 59,90 zł

[Współpraca reklamowa] Komiks do przygotowania recenzji otrzymałem od wydawnictwa Kultura Gniewu. Wydawnictwo nie miało żadnego wpływu na moją ocenę.

Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.