Pingwin #2: Wszystko, co złe. Tom King i Rafael de Latorre. Recenzja
Oswald Cobblepot wraca do Gotham i rozpoczyna krwawe porządki. Wbrew temu, co mogłaby sugerować okładka, Pingwin nie jest tu groteskowym złoczyńcą znanym z kart historii Batmana, ale zyskuje status pełnoprawnego, bezlitosnego gangstera.

W pierwszym tomie King zaskoczył czytelników, pokazując Oswalda Cobblepota w nowej roli – człowieka, który został wypchnięty z miasta, odarty z imperium i zmuszony do życia w ukryciu. W jego miejsce szybko pojawili się ludzie, którzy zechcieli wprowadzić nowe zasady w półświatku. W interesie pewnych grup leżało więc, by Pingwin wrócił na swoje miejsce i uporządkował sprawy w Gotham. Drugi tom „Wszystko, co złe” stanowi naturalną kontynuację tej historii, koncentrując się na odzyskiwaniu przez Oswalda dawnej pozycji w świecie przestępczym Gotham.

Przedstawiony w opowieści Pingwin nie jest jedynie groteskowym złoczyńcą znanym z poprzednich historii o Batmanie. To pełnokrwisty gangster, który sięga po najbardziej radykalne środki - od manipulacji i szantażu, po bezwzględną przemoc. Ukazany na nowo, staje się całkiem fascynującą postacią (podobnie jak w serialu o tym samym tytule).
Rysownik Rafael de Latorre, wspierany przez kolorystę Marcelo Maiolo, tworzy świat Gotham jako brudne, mroczne miasto pełne cieni i klaustrofobicznych przestrzeni. Realistyczna kreska, wyraziste sylwetki i sugestywne kadrowanie sprawiają, że każda scena emanuje napięciem. To komiks, który wizualnie doskonale oddaje surową naturę Pingwina i klimat świata, w jakim przyszło mu walczyć o władzę.

Scenariusz jest się dobrze przemyślany, aczkolwiek drugi tom wydaje się mniej angażujący od pierwszego. Początek opowieści przyniósł nam świeże spojrzenie na Oswalda i skłaniał do zadawania pytań dotyczących jego przyszłości, relacji z Batmanem oraz służbami. W drugim tomie mamy już "klasyczny powrót złola" i nowe porządki w Gotham. Ciężar opowieści przesuwa się bardziej w stronę brutalnej konfrontacji niż budowania klimatu.
Jest pewien element, który mocno mnie irytował w całej opowieści. Chodzi o dymki narracyjne umieszczone w poszczególnych kadrach. Są one charakterystyczne dla twórczości Toma Kinga, ale - przynajmniej w moim przypadku - wybijają z rytmu i dezorientują. Autor umieszcza w nich przemyślenia różnych bohaterów, nie zawsze wyraźne sugerując, kto je wypowiada. Są też one najczęściej "oderwane" od tego, co dzieje się na poszczególnych kadrach. W trakcie lektury miałem wrażenie, że czytając obrazek dostaję równocześnie dwa zupełnie różne wątki.

Być może lepszy efekt autor uzyskałby zachowując nieme kadry i operując jedynie warstwą wizualną. A tak dostaliśmy przesadnie przegadany komiks z wieloma dymkami narracyjnymi, które czasami niewiele wnoszą. W trakcie lektury przypomniałem sobie, że to samo strasznie denerwowało mnie podczas czytania komiksów o Batmanie autorstwa Toma Kinga z runu "Odrodzenie". Czasami w prostocie tkwi siła, a milczenie jest złotem.

"Pingwin" to mimo wszystko kawał porządnego kryminału w klimatach noir. Dla tych, którzy cenią mroczną, klaustrofobiczną atmosferę, psychologiczne starcie między antagonistami i charakterystyczny styl Kinga, ten album będzie fascynującym kąskiem. Równocześnie mogą jednak pojawić się czytelnicy tacy jak ja, którzy będą narzekać na brak wyjaśnień i zawiłą narrację. Niemniej jest to mroczna, intensywna jazda bez trzymanki, która pokazuje, że w świecie Batmana nie zawsze rządzi sprawiedliwość, lecz często właśnie wszystko, co złe.
[Współpraca recenzencka] Egzemplarz komiksu otrzymałem bezpłatnie od wydawnictwa Egmont. Wydawca nie wywierał wpływu na moją opinię.