Prosto z piekła. Edycja kolorowa. Recenzja komiksu
Jesień 1888 roku. Whitechapel – mroczna, gnijąca dzielnica Londynu. Mary Ann Nichols. Annie Chapman. Elizabeth Stride. Catherine Eddowes. Mary Jane Kelly. Pięć imion. Pięć ciał znalezionych w kałużach krwi, z rozprutymi brzuchami i wyciętymi organami. I jeden oprawca – Kuba Rozpruwacz (oryg. Jack the Ripper) – postać bez twarzy, bez biografii, bez grobu. Cień, który wślizgnął się do historii i już nigdy z niej nie wyszedł. Przez dekady stał się paliwem dla literatury, kina, komiksu, teorii spiskowych i obsesji. Od brukowych gazet po akademickie rozprawy. Od tandetnej sensacji po najwyższej próby grozę.
Wydawnictwo Wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy po raz czwarty oddaje w nasze ręce fenomenalne dzieło duetu Alan Moore i Eddie Campbell – „Prosto z piekła”. Ten powrót cieszy tym bardziej, że trzy wcześniejsze edycje od dawna są nieosiągalne w regularnej sprzedaży, a ich ceny na rynku wtórnym osiągają groteskowe pułapy. Najnowsze wydanie również nie jest tanie, ale tym razem otrzymujemy wersję kolorową, w twardej oprawie, dopracowaną i ciężką – jak sama opowieść. To edycja solidna, niemal monumentalna.
O tym komiksie napisano już niemal wszystko. I trudno się dziwić. Tytuł zgarnął najważniejsze nagrody branżowe – Eisnera, Harveya, wyróżnienia krytyków w Angoulême. Trafił na listę bestsellerów „New York Timesa”. Z czasem urósł do rangi jednego z najwybitniejszych komiksów w historii medium. Czy potrzeba mocniejszej rekomendacji?
Miałem już kiedyś okazję czytać ten album w pierwotnej, czarno-białej wersji. Na edycję kolorową czekałem z niecierpliwością od momentu ogłoszenia premiery. Po raz kolejny przez kilka wieczorów zanurzyłem się w XIX-wiecznym Londynie. I powiem wprost – tej podróży nie da się odbyć jednym haustem. Lepiej dawkować ją rozdziałami. Inaczej przytłoczy.
Historia przedstawia wydarzenia z 1888 roku oraz ich późniejsze echo. Jednak to tylko wierzchnia warstwa.
Moore swoją wizję w znacznej mierze oparł na książce Stephena Knighta „Jack the Ripper: The Final Solution”. Według tej teorii Rozpruwacz nie był samotnym maniakiem, lecz narzędziem w rękach władzy – pionkiem w grze, której stawką była reputacja Korony i stabilność monarchii.




Inspiracja Knightem jest wyraźna, ale Moore idzie znacznie dalej. Rozbudowuje teorię spisku, splatając ją z refleksją nad patriarchatem, imperializmem i narodzinami nowoczesnej epoki.
Moore pracował nad „Prosto z piekła” niemal dziesięć lat. Przekopał archiwa, raporty policyjne, mapy, pamiętniki. Z drobiazgową dokładnością odtworzył topografię Londynu, realia społeczne i język epoki. Zrekonstruował nie tylko fakty, ale mentalność wiktoriańskiej Anglii – jej mizoginię, klasową przemoc, obsesję postępu i jednoczesny strach przed moralnym rozkładem.
W finalnym wydaniu znajdziemy dodatek liczący aż 46 stron przypisów, które same w sobie stanowią fascynującą lekturę.
Jeśli chodzi o samą historię zawartą w komiksie, to w centrum tej konstrukcji stoi sir William Gull — autentyczna postać historyczna, nadworny lekarz królowej Wiktorii. Zimny, metodyczny, przekonany o własnej misji. U Moore’a staje się kimś więcej niż człowiekiem. Jest kapłanem porządku patriarchalnego. Fanatykiem wierzącym, że Londyn to świątynia zbudowana na geometrii, symbolach i masońskiej tradycji. Gull w komiksie to nie tylko zabójca. To wizjoner. Uważa, że jego czyny są rytuałem mającym przywrócić „boską hierarchię”.
Skąd motyw? W wersji Moore’a młody książę Albert Victor wikła się w romans z kobietą z niższych sfer. Dochodzi do potajemnego małżeństwa. Rodzi się dziecko. Tajemnica grozi kompromitacją monarchii. Kobiety z Whitechapel wiedzą za dużo. Władza musi zadziałać.
Gull otrzymuje zadanie „uciszenia” niewygodnych świadków. Towarzyszy mu woźnica John Netley – człowiek prosty, wciągnięty w machinę zdarzeń, które go przerastają. To przez jego przerażone spojrzenie obserwujemy eskalację przemocy.
Moore znakomicie rekonstruuje codzienność ofiar – kobiet z Whitechapel. Prostytutek zepchniętych na samo dno społecznej drabiny, w policyjnych raportach sprowadzonych do numerów i lakonicznych opisów obrażeń. Tutaj odzyskują twarze, relacje, lęki, marzenia. Autor buduje między nimi sieć zależności, małych solidarności i konfliktów, podkręcając napięcie nie poprzez epatowanie makabrą, lecz poprzez świadomość nadchodzącej katastrofy.
W tle toczy się śledztwo prowadzone przez inspektora Abberline’a. Policja nie jest tu bohaterem. To instytucja zagubiona, spóźniona, krążąca po omacku w labiryncie półprawd, plotek i politycznych nacisków. System bardziej troszczy się o wizerunek imperium niż o sprawiedliwość.
Jednym z najmocniejszych fragmentów są rozdziały poświęcone „wycieczce” Gulla po Londynie. To nie jest zwykłe zwiedzanie miasta, lecz ezoteryczny wykład o architekturze władzy. Gull prowadzi Netleya przez ulice stolicy, tłumacząc symbolikę budowli, geometrię arterii, ukryte znaczenia pomników. Londyn staje się żywym organizmem – masońskim diagramem. Zbrodnia nie jest przypadkiem. Jest wpisana w plan.
Moore i Campbell sugestywnie pokazują podzieloną metropolię – West End tonący w złocie i jedwabiach oraz East End, zwłaszcza Whitechapel, pogrążony w brudzie, głodzie i rozpaczy. To przestrzeń zapomniana przez Boga i przez władzę. Autorzy nie pokazują tylko miejsc – obnażają brutalne rozwarstwienie społeczne, z mocnym akcentem położonym na klasę żyjącą poniżej wszelkich standardów godności.




W narracji pojawiają się także „goście” – historyczne postacie wplecione w gęstą sieć zależności. Aleister Crowley, malarz Walter Sickert (sam podejrzewany o bycie Rozpruwaczem), czy Joseph Merrick, znany jako Człowiek Słoń.
Opowieść rozwija się powoli, metodycznie, zgodnie z biegiem rzeczywistych wydarzeń przefiltrowanych przez wizję Moore’a. I choć każdy wie, że sprawy nigdy nie rozwiązano, twórca potrafi zaszczepić autentyczny niepokój. Bo jego historia nie dotyczy wyłącznie pytania „kto?”. Dotyczy pytania „dlaczego system na to pozwolił?”.
Lektura nie jest łatwa. Gęstość tekstu, stylizacja językowa, mnogość wątków – to wymaga skupienia. Poprzeczka zawieszona jest wysoko i nie ma tu taryfy ulgowej. Na szczęście polski przekład został szczegółowo omówiony w posłowiu tłumaczy, co pozwala lepiej zrozumieć przyjęte rozwiązania.
No i teraz przejdziemy do warstwy graficznej. Dlaczego Eddie Campbell postanowił zmienić oryginalną wersję? Pierwotnie czarno-białe plansze Campbella miały surowość dziewiętnastowiecznej ryciny prasowej. Linie drżały, bywały szkicowe, momentami chropowate. Ta brudna kreska doskonale oddawała smród i beznadzieję slumsów. Po latach artysta zdecydował się na kolor oraz subtelne korekty.
Oryginalna wersja – choć wybitna – miejscami bywała nieczytelna. Gęste kreskowania zlewały się w czarne plamy, ukrywając detale. Układ kadrów pozostał niezmieniony, lecz dzięki kolorowi dynamika plansz wyraźnie się zmieniła. Oko czytelnika łatwiej wychwytuje drugi plan, architektoniczne niuanse, subtelną mimikę twarzy. Campbell poprawił również niektóre rysunki – anatomię i perspektywę.




Kolor pozwolił pełniej oddać halucynacyjne wizje Gulla. Przejścia między szarym, brudnym Londynem a ognistymi, proroczymi majakami stały się bardziej sugestywne. Oczywiście użyte kolory w znacznym stopniu to przygaszone i stonowane barwy, idealnie oddające klimat poznawanej historii. I choć purystom może brakować czarno-białej surowości, to moim zdaniem wersja kolorowa pogłębia doświadczenie i sprawia, że komiks jest jeszcze lepszy w odbiorze.
„Prosto z piekła” to dzieło totalne, choć nie dla każdego. Komiks dla dorosłych – pod względem treści i formy. Brutalny, nihilistyczny, momentami przytłaczający. Encyklopedyczność bywa mieczem obosiecznym – bez przypisów można przeoczyć znaczną część znaczeń. Ekspresyjna, szkicowa kreska – nawet w kolorze – może odstraszyć fanów sterylnej estetyki amerykańskich superhero. To również pozycja wymagająca odporności psychicznej – beznadzieja i przemoc są tu wszechobecne.
Wydanie od Timof to wydarzenie, obok którego nie można przejść obojętnie. Czwarte podejście do tego tytułu w Polsce przynosi wreszcie edycję, która domyka całość. Czy warto wracać, jeśli zna się czarno-białą wersję? Zdecydowanie tak. To jak powrót na miejsce zbrodni po latach – dostrzegasz szczegóły wcześniej niewidoczne, a kolor sprawia, że krew na bruku wydaje się wciąż świeża.
„Prosto z piekła” to komiksowy odpowiednik „Zbrodni i kary” splecionej z najmroczniejszymi teoriami spiskowymi. Dzieło definiujące komiks jako medium dla dorosłego, wymagającego odbiorcy. Podróż w głąb szaleństwa bez łatwych odpowiedzi – za to z pytaniami, które zostają pod skórą.
Zdecydowanie polecam!
Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.