„Psychowersum" sprawił, że nareszcie odfoliuję „Incala". A nie czytałem go ani razu
Nie czytałem wcześniej „Incala", więc do „Psychowersum" wszedłem bez bagażu oczekiwań i porównań. I może właśnie dlatego ten album zadziałał na mnie tak mocno. To gęste, odważne i chwilami osobliwe science fiction, które potrafi jednocześnie bawić, niepokoić i wrzucać do głowy sporo ciekawych myśli.
Może trochę wstyd się przyznać, ale „Incal" stoi u mnie na półce od dobrego roku, wciąż zafoliowany, i czeka na swój moment. Zawsze trafiało się coś pilniejszego, coś bardziej aktualnego, coś, co akurat trzeba było przeczytać najpierw. Po lekturze „Psychowersum" wiem już jednak jedno: z tym odkładaniem nie ma co dłużej zwlekać. Jeśli ten album jest tylko przedsionkiem do większej całości, bardzo chcę zobaczyć, co czeka dalej.
„Psychowersum" zadziałało na mnie od pierwszych stron właśnie dlatego, że wszedłem w ten komiks ze świeżą głową. Nie miałem potrzeby porównywania go z klasyką, nie sprawdzałem, czy wszystko zgadza się z wcześniejszymi tomami, nie polowałem na różnice między pierwowzorem a prequelem. Mogłem ocenić ten album samodzielnie – po prostu jako opowieść. I w tej roli sprawdza się naprawdę dobrze.

„Psychowersum" to efekt współpracy scenarzysty Marka Russella z rysownikiem Yanickiem Paquette'em i kolorystą Dave'em McCaigiem. Polskie wydanie w przekładzie Pawła Łapińskiego ukazało się nakładem Scream Comics.

To dokładnie taki typ science fiction, jaki lubię najbardziej. Z jednej strony rozmach, dziwność, szalona wyobraźnia i świat, który nie próbuje być do końca oswojony. Z drugiej – miejsce na bohaterów, relacje, absurd i filozoficzne rozmowy, które brzmią tak, jakby dla postaci były czymś zupełnie zwyczajnym, choć czytelnik co chwilę unosi brwi. Ten charakterystyczny klimat kojarzony z Jodorowskym jest tu bardzo wyraźny. Bohaterowie potrafią w jednej chwili prowadzić dialogi ocierające się o metafizykę, a za moment wrzucić nas w coś brutalnego, groteskowego albo zwyczajnie dziwacznego.

Bardzo podoba mi się to, że „Psychowersum" nie próbuje wszystkiego tłumaczyć do bólu. Ten świat po prostu jest. Ma swoje reguły, swoje obsesje, swój język i swoją logikę – pokrętną, ale właśnie przez to intrygującą. Czasem jest w tym coś wręcz onirycznego, czasem kampowego. Autorzy podsuwają idee, które w innym komiksie brzmiałyby śmiesznie, a tu stają się naturalną częścią opowieści. Dobrym przykładem jest wątek systemu wartości Metabaronów – jeden z tych elementów, które potrafią czytelnika zszokować, ale dla bohaterów tego uniwersum są niemal oczywistością.

Sama fabuła ma w sobie sporo energii. Jest tu ruch, konflikt, napięcie i poczucie, że stawka cały czas rośnie. Jednocześnie to nie jest komiks oparty wyłącznie na gonitwie od sceny do sceny – ważne są też pomysły i atmosfera. „Psychowersum" nie boi się szaleństwa, ale nie zamienia się przez to w pusty fajerwerk. Nawet kiedy robi się dziwnie – a momentami robi się naprawdę dziwnie – wciąż czuć, że za tym wszystkim stoi jakiś zamysł.

Mocną stroną albumu są bohaterowie. Oprócz głównego, dość głupawego detektywa i jego mądrego pterodaktyla dostajemy postacie dobrze znane fanom uniwersum Jodorowsky'ego – choćby Metabarona czy Kill Psi Łeb. I to jest chyba jeden z największych atutów tego komiksu. Nawet dla kogoś, kto nie zna całej układanki, ci bohaterowie są wyraziści, mają charakter i natychmiast wnoszą na plansze odpowiednią energię. Nie ma tu wrażenia, że oglądamy figurki przesuwane po planszy dla fanowskiej satysfakcji. Każda z postaci coś wnosi: jedna imponuje, druga niepokoi, trzecia budzi rozbawienie, a jeszcze inna sprawia, że chcemy od razu sięgnąć po kolejne albumy z tego świata.
Na osobną pochwałę zasługuje warstwa wizualna. Ten komiks wygląda dokładnie tak, jak powinno wyglądać kosmiczne science fiction z pogranicza przygody, groteski i metafizyki. Kadry są dynamiczne, świat przedstawiony bogaty, a projekty postaci i miejsc mają w sobie coś jednocześnie klasycznego i świeżego. To nie jest sterylna, chłodna fantastyka – to świat gęsty od symboli, kolorów, faktur i dziwności. Taki, w którym wszystko może się wydarzyć, a jednak nic nie wydaje się przypadkowe.
Oczywiście to nie jest album dla każdego. Kto szuka science fiction uporządkowanego, twardego, precyzyjnie wyjaśnionego i logicznie rozpisanego od A do Z, może się od „Psychowersum" odbić. Ten komiks działa inaczej – bardziej płynie niż maszeruje. Chwilami świadomie wymyka się prostym kategoriom, a jego filozoficzne ciągoty jednych zachwycą, innych zirytują. Mnie jednak taka formuła kupiła. Lubię, kiedy fantastyka nie tylko opowiada historię, ale też próbuje rozepchnąć wyobraźnię i zostawić czytelnika z kilkoma pytaniami w głowie.

Najważniejsze jest jednak to, że „Psychowersum" można czytać bez znajomości serii – i mówię to jako ktoś, kto właśnie tak ten album przeczytał. Jasne, część smaczków, powiązań i kontekstów wyłapie się pewnie dopiero po lekturze „Incala", ale nie miałem poczucia zagubienia, które odbierałoby przyjemność z czytania. Przeciwnie – to był dla mnie bardzo dobry punkt wejścia do tego uniwersum. Taki, który nie tylko zachęca, ale wręcz zmusza, żeby sięgnąć po więcej.
„Psychowersum" nie jest więc wyłącznie dodatkiem dla wiernych wyznawców „Incala". To także pełnoprawna, atrakcyjna lektura dla nowych czytelników. Dla mnie ten album okazał się jednocześnie świetnym otwarciem i bardzo mocnym przypomnieniem, że niektórych klasyków naprawdę nie warto odkładać w nieskończoność. Skoro prequel potrafił mnie tak wciągnąć, to aż boję się, co zrobi ze mną właściwy „Incal".
Egzemplarz do recenzji dostarczył wydawca.
