Bushidō po francusku, czyli o tym, jak Europejczycy opowiedzieli historię samuraja lepiej niż niejedno anime. „Samuraj" #1 - recenzja
Kto oglądał na Netfliksie „Niebieskookiego samuraja” albo inne samurajskie anime, ten wie, że motyw samotnego wędrowca z kataną i komicznym towarzyszem u boku to schemat stary jak filmy Kurosawy.
Ronin szukający odpowiedzi, zdrajca u władzy, tajemnicze dziecko – to wszystko już było. A jednak „Samuraj” Jean-Francois Di Giorgio i Frederica Geneta potrafi zaskoczyć. Nie innowacyjnością fabuły, lecz czymś, czego w japońskich opowieściach o samurajach często brakuje – ludzkością głównego bohatera.
„Samuraj” to frankofońska seria, która ukazuje się we Francji od 2005 roku nakładem wydawnictwa Soleil. Scenariusz pisze Francuz Jean-Francois Di Giorgio – weteran europejskiego komiksu, autor kilkunastu serii, fan zarówno tematyki azjatyckiej, jak i westernowej. Rysunki wykonał Belg Frederic Genet, absolwent brukselskiego Institut Saint-Luc, który w dziewięciu tomach serii głównej stworzył to, co zagraniczni recenzenci zgodnie nazywają jedną z najpiękniejszych serii komiksowych na rynku.

Jak możemy przeczytać w zagranicznych serwisach, droga serii na rynki anglojęzyczne była nietypowa. W 2008 roku sam Marvel Comics podpisał umowę z Soleil i wydał „Samuraja” w USA obok takich tytułów jak „Sky Doll” – jako część strategii importu europejskiego komiksu. Później prawa przejął brytyjski Titan Comics, który w 2015 roku wydał zbiorczy album z pierwszymi czterema tomami, a do jednego z wydawnictw alternatywną okładkę narysował David Mack (znany z „Daredevila” i „Kabuki”). Polskie wydanie Egmontu daje nam więc materiał, który został już przetestowany na kilku rynkach.

Fabuła przenosi nas do średniowiecznej Japonii. Generał Akuma potajemnie dąży do obalenia cesarza. Równolegle Takeo, samuraj bez pana (ronin), wędruje ze swoim niezdarnym uczniem Shiro w poszukiwaniu zaginionego brata. Po drodze ratują grupę podróżnych, wśród których jest mała dziewczynka Natsumi. Gdy ta niewinnie rozwiązuje zagadkę o głębokim religijnym znaczeniu, bohaterowie stają się celem mrocznych sił gotowych na wszystko, by ją pochwycić (podobny motyw jak w komiksie „Trzech starców z krainy Aran”). Rozpoczyna się ucieczka, która wciągnie Takeo w wir politycznych intryg, tajnych kultów i konfrontacji z własną przeszłością.

Nie ma co udawać, że „Samuraj” odkrywa Amerykę. Samotny ronin z mroczną przeszłością? Jest. Groźny generał-zdrajca? Jest. Komiczny pomocnik? Oczywiście. Tajemnicze dziecko z przeznaczeniem? Tak. Każdy, kto oglądał jedną z licznych anime dostępnych w serwisach streamingowych, rozpozna ten schemat natychmiast.
Ale właśnie tu objawia się paradoks tego komiksu: to, że napisali go Europejczycy, a nie Japończycy, zmienia ton opowieści w sposób, którego się nie spodziewamy. Takeo jest inny niż typowi samurajowie z anime. Nie jest maszyną do zabijania, która prąc do celu, nie oglądając się na nic. Jest bardziej ludzki – waha się, pomaga obcym nie dlatego, że tak nakazuje kodeks, ale dlatego, że widzi cierpienie.

W anime bohater samurajski często jest zakładnikiem swojej determinacji – nie może się zatrzymać, nie może odpuścić, bo honor nie pozwala. To daje dramatyzm, ale też sprawia, że po paru odcinkach wiemy dokładnie, co zrobi w każdej sytuacji. Takeo jest mniej przewidywalny. Europejska wrażliwość scenarzysty pozwala mu być bardziej wielowymiarowym – mieć poczucie humoru, okazywać słabość, reagować emocjonalnie tam, gdzie bohater japoński zachowałby kamienne oblicze. To może być największy atut tego komiksu.
Frederic Genet to gwiazdor tego albumu. Jego styl jest realistyczny, niezwykle szczegółowy i wybitnie kinematograficzny. Kadry, ujęcia pejzaży, zbliżenia, marsz wojsk itp. - przypominają układ znany z filmów. Warto przy tym zauważyć, że styl Geneta czerpie zarówno z tradycji europejskiego komiksu, jak i z mangi – dynamiczny montaż paneli, gagi, ekspresja twarzy rodem z japońskich komiksów. To hybryda, która działa zaskakująco dobrze.
„Samuraj” nie rewolucjonizuje gatunku. Ale jeśli oglądasz samurajskie anime na Netfliksie i szukasz czegoś wizualnie oszałamiającego w formie komiksu, czegoś co bierze znane motywy, ale opowiada je z europejską wrażliwością – mniej patosu, więcej człowieczeństwa – to jest pozycja obowiązkowa. Genet rysuje jak mówią zagraniczni recenzenci „jedne z najpiękniejszych plansz na rynku”, a Di Giorgio pisze bohatera, przy którym nie wiadomo, co zrobi w następnym kadrze. A to w świecie samurajskich opowieści, gdzie honor zwykle dyktuje każdy krok, jest warte każdej złotówki.
Ja wchodzę w tę serię i czekam z niecierpliwością na kolejne tomy.