Recenzja „Władzy absolutnej". Event DC, po który warto sięgnąć, nawet jeśli zgubiłeś się trzy restarty temu

Po „Władzę absolutną" sięgnąłem bardziej z poczucia, że wypada znać głośny event DC, niż z prawdziwej potrzeby. Ale pozytywnie się zaskoczyłem. Zamiast kolejnej opowieści o trykociarzach dostałem historię zaskakująco przyziemną, aktualną i przystępną dla niedzielnego czytelnika DC.

Recenzja „Władzy absolutnej". Event DC, po który warto sięgnąć, nawet jeśli zgubiłeś się trzy restarty temu

Z komiksami superbohaterskimi mam dziś taki problem, że coraz częściej widzę w nich recykling tych samych chwytów. Wielkie zagrożenie, wielkie starcie, wielki reset i jeszcze większa obietnica, że tym razem wszystko naprawdę się zmieni. Po „Władzę absolutną" sięgnąłem więc z ciekawości podszytej sceptycyzmem. Wokół tego tytułu narósł spory hype, mówiono o wydarzeniu ważnym, wręcz obowiązkowym dla czytelników DC. Sam od dawna czuję się jednak bardziej zagubiony w ich rozrośniętej mitologii niż zainteresowany kolejnym przetasowaniem. Łatwiej byłoby mi dziś pewnie rozpisać zależności między bohaterami serialu „Klan" niż bezbłędnie odtworzyć, kto z kim i z czego wyrósł w aktualnym uniwersum DC.

A mimo to „Władza absolutna. Pozbawieni mocy" mnie kupiła. W centrum tej historii nie stoi kosmiczny bóg, demon z innego wymiaru ani kolejny wszechmocny byt – stoi Amanda Waller. Człowiek z krwi i kości, który rozpętuje wojnę z metaludźmi nie dzięki cudownej sile, lecz dzięki planowi, manipulacji, technologii i politycznemu instynktowi. Waller od lat budowała tę operację, a jej ofensywa w polskim wydaniu Egmontu opiera się nie tylko na brutalnej sile Failsafe'a i Brainiac Queen, ale też na dezinformacji i systematycznym rozbijaniu społecznego zaufania do bohaterów.

I tu jest sedno tego, co w tym komiksie działa najlepiej. Zamiast prostego „kto komu przyłoży mocniej" – opowieść o tym, jak można zniszczyć nawet Supermana, jeśli odbierze mu się nie moce, ale wiarygodność. Motyw deepfake'ów i AI nie jest tu ozdobnikiem. To fundament całej historii. Mark Waid mówił na panelach promujących event, że zależało mu na zagrożeniu, którego nie da się po prostu uderzyć pięścią. Bohaterowie pozbawieni przewagi, zmuszeni do trudniejszych, bardziej ludzkich decyzji. Roboczy tytuł cyklu brzmiał zresztą „Powerless" – i dobrze oddaje, o co tu chodzi.

Oczywiście, to nadal event osadzony w dużym uniwersum, pełen twarzy, które stali czytelnicy rozpoznają szybciej niż ktoś wpadający tu od czasu do czasu. Tyle że historia pozostaje przejrzysta. Da się zrozumieć, kto rozdaje karty, kto jest ofiarą, kto próbuje się ratować i o co toczy się gra – nawet bez rozpisanych w zeszycie wcześniejszych zależności. Scenariusz utrzymuje kierunek i nie zamienia się w hermetyczny zlot wtajemniczonych. Polski tom ma tu zresztą przewagę nad samym amerykańskim rdzeniem eventu, bo Egmont zebrał nie tylko główną miniserię, ale też materiały wprowadzające i poboczne, które pomagają lepiej wejść w całość.

Nie znaczy to, że wszystko jest idealnie domknięte. Czuć, że „Władza absolutna" jest częścią większej układanki i że niektóre emocje mają mocniejsze zaplecze w innych seriach. Najbardziej odczułem to przy wątkach związanych z „Failsafe". Nie czytałem tego cyklu z „Batmana" i momentami miałem wrażenie, że pewne rzeczy powinny wybrzmieć mocniej, niż wybrzmiewają u mnie. To nie wykoleja lektury, ale jest lekką rysą – widać, że coś mi tu umyka. Z drugiej strony, nawet bez pełnego zaplecza da się tu wejść i dobrze się odnaleźć, a przy eventach superbohaterskich to wcale nie jest takie oczywiste.

Duży plus za warstwę wizualną. W albumach tego typu łatwo o wrażenie chaosu, bo kiedy przez historię przewija się wielu rysowników, całość potrafi się rozjechać. Tutaj tego problemu niemal nie ma. Dan Mora jest gwiazdą tego komiksu i nie bez powodu - prosto, czytelnie, realistycznie, konkretnie.

Reasumując – ten komiks po prostu broni się jako samodzielna lektura. Nie dlatego, że wywraca stolik w historii superbohaterów – aż tak daleko bym nie szedł. Raczej dlatego, że bierze dobrze znane motywy i podaje je w formie, która znowu wydaje się świeża. Zamiast kolejnych potężnych ikon, które jak zawsze wygrają, mamy historię o kruchości, bezradności i o tym, jak łatwo zniszczyć symbol, jeśli uderzy się w zaufanie. Waller jako przeciwniczka jest naprawdę przekonująca, a współczesne lęki związane z manipulacją obrazem i technologią zaskakująco dobrze pracują w ramach komiksu superbohaterskiego.

Sięgałem po ten tom trochę z obowiązku, trochę z ciekawości. Dostałem historię, która nie tylko mnie nie zmęczyła, ale zachęciła do dalszej lektury. Żałuję tylko, że wcześniej nie nadrobiłem „Failsafe" – pewnie lepiej wyłapałbym część odniesień. Mimo to pierwszy tom „Władzy absolutnej" działa także bez takiego przygotowania. A to w przypadku współczesnego DC komplement większy, niż mogłoby się wydawać.

Po kolejną część sięgnę już nie z obowiązku.

Informacje o komiksie
Tytuł "Władza absolutna. Pozbawieni mocy. Tom 1"
Seria "Władza absolutna"
Wydawca Egmont
Scenarzysta Mark Waid
Rysownik Dan Mora
Kolorysta Dan Mora
Tłumacz Tomasz Sidorkiewicz
Rok wydania 2026
Format 17.0x26.0cm
Okładka twarda
Liczba stron 336
Cena okładkowa 139,99 zł

Komiks na potrzeby recenzji dostarczył wydawca.