„Wyprawa do wariatkowa”. Recenzja komiksu

„Wyprawa do wariatkowa”. Recenzja komiksu

Wszyscy jesteśmy wariatami. Bez wyjątku. A jeśli w głębi duszy wciąż kurczowo trzymasz się myśli, że ciebie to nie dotyczy, to być może problem polega tylko na tym, że nikt jeszcze nie postawił ci właściwej diagnozy.

Wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy wypuściło właśnie komiks „Wyprawa do Wariatkowa”, którego autorką jest tajwańska artystka Pam Pam Liu. To tytuł nagradzany, głośny, mający wiele bardzo dobrych opinii, a zarazem pozycja, która już na starcie budzi naturalną ciekawość. I właśnie dlatego sięgnąłem po niego z ogromnym zainteresowaniem. Chciałem sprawdzić nie tylko, jak smakuje ten komiks, ale przede wszystkim, czy rzeczywiście niesie w sobie ciężar, o którym tyle się mówi. Niesie. I to więcej, niż można się spodziewać.


Już sama okładka działa jak zimny dotyk. Niby prosta. Oszczędna. Dwukolorowa. A jednak jest w niej coś, co niepokoi od pierwszego spojrzenia. Nie krzyczy, tylko czeka. Wabi. Siedzi cicho, aż człowiek sam podejdzie bliżej. Na dodatek autorka rzuca czytelnikowi na dzień dobry ukryte zdanie na okładce, które działa jak zapalnik: „Cały świat to szpital wariatów”. To obietnica. Ostrzeżenie. Mała szczelina, przez którą zaczyna sączyć się paranoja.

Wziąłem ten komiks do ręki wieczorem. I przepadłem.

Naszym przewodnikiem po historii jest bezimienny mężczyzna z zabandażowaną dłonią. Po jednej z rodzinnych awantur trafia do nowoczesnego ośrodka psychiatrycznego, z inicjatywy własnej siostry. Szpital z miejsca zaskakuje. Pacjenci nie mają kaftanów bezpieczeństwa, nie ma tu krzyków rozrywających noc, nie ma upiornej, gotyckiej scenerii rodem z trzeciorzędnych horrorów. To miejsce jest współczesne, uporządkowane, pozornie spokojne. Nie ma tu lekarzy, nie ma pielęgniarek, nie ma systemu, który miałby kogokolwiek leczyć. Jest za to grupa postaci tak bardzo dziwacznych, że od razu chcecie wykrzyczeć, że to oni są tutaj tymi prawdziwymi szaleńcami. Na pierwszy rzut oka niemal neutralne. I właśnie dlatego tak niepokojące.

Bohater od początku jest święcie przekonany, że trafił tam przez pomyłkę i wkrótce odzyska wolność. W jego oczach to inni są problemem. On sam widzi siebie wyłącznie jako ofiarę niefortunnego zbiegu okoliczności, rodzinnego nieporozumienia, może chwilowego załamania. Tyle że bardzo szybko zaczynamy dostrzegać rysy na tym obrazie. Mężczyzna ma skłonność do gwałtownych wybuchów przemocy, których później nie pamięta albo pamiętać nie chce. Uparcie wypiera własną odpowiedzialność. Trzyma się swojej wersji wydarzeń zdesperowanego człowieka.

W ośrodku poznajemy też innych pacjentów. I to właśnie oni sprawiają, że ten komiks zaczyna pulsować. Jest tu człowiek podający się za telewizyjną gwiazdę i zachowujący się tak, jakby szpital był jedynym miejscem, w którym naprawdę chce zostać. Jest Debeściak - przeintelektualizowany prymus, przekonany o własnej wyjątkowości, nieomylności i niemal mesjańskim znaczeniu. Jest Ting-ting, z pozoru eteryczna, delikatna, niemal przezroczysta, a jednak nosząca w sobie mroczną tajemnicę. Jest też kobieta podająca się za sprzątaczkę, natrętna, niepokojąca, naruszająca cudze granice w sposób, który od początku budzi dyskomfort. Na papierze mogliby to być po prostu „dziwacy”. Galeria osobliwości. Zbiór ekscentryków do szybkiego osądu. Ale Liu robi coś znacznie trudniejszego. Najpierw pozwala czytelnikowi tak pomyśleć, a potem z zimną precyzją wybija mu to z głowy. Bo ci ludzie nie są potworami. Są poranieni. Przetrąceni. Naznaczeni tak głęboko, że ich zachowania stają się tylko ostatnim, widocznym objawem czegoś znacznie starszego i straszniejszego.

Istotną rolę odgrywa także siostra głównego bohatera. Samotna matka w kolejnej ciąży. To właśnie wokół niej kumulują się rodzinne napięcia, zmęczenie, bezradność. Nie jest jedynie kimś „z zewnątrz”, kto odwozi brata do placówki i znika z opowieści. Wręcz przeciwnie - jej obecność uświadamia, że ta historia nie dotyczy wyłącznie zamkniętego ośrodka, ale pęknięć rozchodzących się po całej rodzinie. Skutków, które nie zatrzymują się na jednej osobie. Tego, jak przemoc, gniew i tłumione urazy potrafią przechodzić dalej, czasem niemal niezauważalnie, aż w końcu odciskają się również na dzieciach. Ważnym elementem tej układanki pozostaje także jej mała córka - dziewczynka, w której jak w soczewce skupia się cały ten domowy ciężar. Z czasem zaczynają ujawniać się u niej impulsywne zachowania niepokojąco przypominające reakcje jej wujka.

Fabuła rozwija się dwutorowo. Z jednej strony śledzimy rytm życia w placówce: codzienne napięcia, starcia charakterów, grupowe spotkania, dziwne zasady, małe upokorzenia, niezręczności, czarny humor i tę przedziwną mieszaninę nudy oraz niepokoju, która potrafi zamienić każde zamknięte miejsce w psychiczny tygiel. Z drugiej strony opowieść schodzi coraz głębiej w głąb samego bohatera. I to zejście jest naprawdę świetnie rozegrane. Powolne, ale nieustępliwe. Liu najpierw podsuwa czytelnikowi kilka obrazów, które wydają się niejasne, porozbijane, może nawet przypadkowe. Później uruchamia wspomnienia, rozedrgane skojarzenia, halucynacyjne przebłyski, luki pamięci. W pewnym momencie codzienność zaczyna mieszać się z dzieciństwem, wstydem, lękiem i przemocą, której ślady wcale nie zniknęły. Nauczyły się milczeć.

I właśnie wtedy ta historia wbija się mocniej pod skórę.

Fabuła przyspiesza wtedy, gdy czytelnik najmniej się tego spodziewa. Sceny z pozoru zwyczajne, uporządkowane, niemal ospałe, nagle zaczynają pękać. Z bohaterów schodzą kolejne warstwy pozorów, wyparcia i latami ćwiczonych masek. Im dalej w tę historię, tym trudniej uchwycić granicę między tym, co realne, a tym, co przepuszczone przez lęk, leki, pamięć i psychiczną zapaść. I to działa znakomicie.

Im dalej, tym więcej wychodzi na jaw - rzeczy brudnych, bolesnych i latami trzymanych pod zamknięciem. A bohater, który do tej pory chował się za milczeniem i wyparciem, w końcu zostaje przyparty do ściany przez własną przeszłość.

Pam Pam Liu napisała scenariusz, który tylko z pozoru opowiada o człowieku zamkniętym w szpitalu psychiatrycznym. Tak naprawdę jest to historia o bólu, któremu przez całe życie odmawia się prawa do istnienia. O cierpieniu, którego nikt nie przeżył do końca, więc zostało zepchnięte na dno, przykryte milczeniem i w końcu zaczęło wracać w coraz bardziej wynaturzonej formie. Przemoc nie zatrzymuje się tu na jednej osobie - przechodzi dalej, z pokolenia na pokolenie. Zmienia kształt. Chowa się pod gestami, które z zewnątrz mogą wyglądać jak troska, dyscyplina albo zwykłe rodzinne napięcie. I dopiero po czasie dociera do człowieka, że od początku wszystko było tu skażone.

Jedną z najmocniejszych decyzji Liu jest to, komu oddaje głos. Przez długi czas patrzymy na bohatera jak na człowieka skrzywdzonego, może pogubionego, może po prostu wrzuconego w sytuację, której nie kontroluje. Dopiero później zaczyna się odsłanianie rzeczy znacznie mniej wygodnych. Bez prostych podziałów, bez bezpiecznych etykiet. Nikt nie jest tu kryształowy, ale też nikt nie zostaje sprowadzony do roli potwora. To opowieść o ludziach poranionych, wściekłych, pełnych wstydu i żalu, którzy ranią innych, bo sami od dawna noszą w sobie pęknięcie. Najmocniej wybrzmiewa tu jednak nie sam szpital, lecz dom. Rodzina. To tam wszystko zaczyna się psuć: w źle wypowiedzianych słowach, w przemilczeniach, w napięciu, które z roku na rok gęstnieje, aż w końcu nie ma już czym oddychać.

Liu świetnie nadaje rytm tej opowieści. Potrafi w jednej chwili wrzucić czytelnika w absurd, czarny humor albo scenę balansującą na granicy groteski, a zaraz potem bez ostrzeżenia docisnąć go czymś dusznym i zwyczajnie przykrym. Ten komiks ma w sobie momenty, przy których odruchowo się uśmiechasz, ale ten uśmiech bardzo szybko gaśnie. Bo po chwili dociera, co tak naprawdę kryło się pod spodem.

Autorka nie ustawia tej historii według prostego podziału na „normalnych” i „chorych”. I bardzo dobrze, bo byłoby to najłatwiejsze, a przez to najmniej prawdziwe. W tym komiksie ból nie trzyma się jednej strony muru. Krąży między ludźmi, wraca, zmienia kierunek, zostawia ślad na każdym, kto znajdzie się zbyt blisko. I właśnie to niepokoi najbardziej. Nie sam szpital. Nie diagnozy. Tylko to, jak szybko człowiek zaczyna rozpoznawać w tej opowieści rzeczy dobrze sobie znane.

Dlatego „Wyprawa do Wariatkowa” zostawia po sobie taki ciężar. Pam Pam Liu nie robi z kryzysu psychicznego atrakcyjnego tematu ani dekoracji do mrocznej historii. Interesuje ją coś znacznie trudniejszego: to, w jaki sposób krzywda przenosi się z człowieka na człowieka. Przez słowa rzucone od niechcenia. Przez lekceważenie. Przez wstyd. Przez milczenie. Nie skupia się na samej diagnozie, tylko na tym, co było wcześniej i co przez lata po cichu doprowadzało do rozpadu.

Liu pokazuje, jak takie rzeczy naprawdę wyglądają: nikt nie chce widzieć problemu, dopóki da się go jeszcze przykryć milczeniem. W rodzinie łatwo wmówić sobie, że to tylko gorszy okres, trudny charakter, chwilowe zachwianie. Łatwo też odsunąć kogoś na bok, żeby nie burzył porządku. Dlatego ten komiks nie jest o żadnych „świrach” odgrodzonych od świata. Jest o ludziach, którzy wolą udawać, że nic się nie dzieje, nawet kiedy wszystko już dawno zaczęło się sypać.

I może właśnie dlatego ta historia tak dobrze trzyma za gardło. Liu nie dopisuje do niej żadnej otuchy, nie próbuje niczego łagodzić. Zostawia czytelnika sam na sam z czarnym humorem, który raz daje krótkie rozluźnienie, a zaraz potem obraca się przeciwko niemu. Tu nawet śmiech potrafi zaboleć. Dzięki temu ten komiks nie zamienia się w suchą opowieść o traumie, tylko żyje własnym, nerwowym rytmem.

Nie da się też uciec od skojarzeń z popkulturą. Gdzieś w tle wracają obrazy z „Lotu nad kukułczym gniazdem” czy „12 małp”. Autorka nie idzie jednak ich śladem wprost. Raczej odbija się od tych stereotypów i buduje coś własnego: bardziej intymnego, bardziej psychicznie lepkiego, mniej widowiskowego, a przez to chyba jeszcze bardziej przejmującego.

A wszystko to zamknięte jest w kresce tak niepozornej, że aż podstępnej. Styl Pam Pam Liu jest minimalistyczny, uproszczony, miękki, chwilami wręcz zwodniczo łagodny, ale nie wolno się na to nabrać. To nie jest rysunek naiwny ani przypadkowy. Tu wszystko zostało przemyślane. Kreska nie epatuje realizmem, lecz znakomicie wychwytuje stan psychiczny postaci. Twarze, gesty, układ ciał, sposób prowadzenia spojrzeń - wszystko podporządkowane jest emocjonalnemu napięciu. Kadrowanie działa na czytelnika bardzo mocno. Potrafi zacisnąć przestrzeń, przydusić, wywołać niepokój, a po chwili otworzyć planszę i wpuścić do niej coś złudnie spokojnego, tylko po to, by zaraz znów zepchnąć nas w głąb czyjegoś rozchwiania.

Kolory w tym komiksie potrafią być zwodnicze. Pastele niby zmiękczają obraz, ale to tylko pozór, bo zaraz wszystko podgryzają chłodne szarości i przybrudzone tony. I nagle nawet spokojniejszy kadr zaczyna budzić nieufność. Poszczególne akcenty barwne służą uwypukleniu stanu psychotycznego, podbijając temperaturę i szok wywoływany przez dany rysunek.

„Wyprawa do Wariatkowa” to lektura obowiązkowa dla tych, którzy nie boją się spojrzeć w lustro. To nie jest zwykły komiks. To doświadczenie. Pam Pam Liu prowadzi czytelnika spokojnie, niemal czule, podsuwając mu rysunki, które na pierwszy rzut oka wydają się niegroźne, by później uderzyć z pełną siłą, prosto w splot słoneczny.

Jeśli więc wciąż zastanawiasz się, czy warto sięgnąć po to tajwańskie, mroczne cudo, odpowiedź brzmi: tak. Zdecydowanie tak. Ale wejdź w ten album świadomie. To nie jest historia, która ma ci poprawić nastrój. To historia, po której patrzy się inaczej na rodzinę, na własne wspomnienia, na pojęcie normalności. I nagle zaczyna do człowieka docierać, że mury widoczne na stronach komiksu nie są wyłącznie murami szpitala. To także mury, które codziennie budujemy wokół siebie. Żeby się ochronić. Żeby nic nie czuć. Żeby nie oszaleć. Albo właśnie po to, żeby oszaleć razem z resztą świata.

To nie jest komiks dla dzieci. To historia na wskroś dojrzała, gęsta od emocji i znaczeń, które nie od razu układają się w całość. W gruncie rzeczy to opowieść o nas wszystkich, bo w tym wielkim wariatkowie każdy nosi w sobie własny zamknięty pokój, własny lęk, własne przemilczenia. I trudno wyjść z tej lektury bez śladu. Bez emocji.

A kiedy już zamkniesz ten komiks, warto zadać sobie jedno pytanie: po której stronie muru naprawdę stoisz? Bo jeśli wciąż wydaje ci się, że to historia wyłącznie o tych „innych”, to znaczy, że Pam Pam Liu celuje właśnie w ciebie.

Komiks na potrzeby recenzji dostarczył wydawca.

Informacje o komiksie
Tytuł „Wyprawa do wariatkowa”
Wydawca Timof i cisi wspólnicy
Scenarzysta Pam Pam Liu
Rysownik Pam Pam Liu
Kolorysta Pam Pam Liu
Tłumacz Agnieszka Walulik
Rok wydania 2026
Format 160x220 mm
Okładka miękka
Liczba stron 336 (kolor)
Cena okładkowa 99,00 zł

Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych i promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.