„Bat-Man: Pierwszy rycerz”. Recenzja komiksu
Z obecnie pisanym i wydawanym Batmanem mam niemały problem. To nadal mój ulubiony superbohater - w zasadzie chyba ostatni, którego jeszcze w miarę regularnie czytam - ale nowe historie coraz rzadziej naprawdę mnie do siebie przyciągają. Ba, częściej mnie męczą, zniechęcają i odpychają. Dlatego na wiadomość, że Egmont wyda u nas „Bat-Mana. Pierwszego rycerza”, zareagowałem z autentyczną radością. Śledząc amerykański rynek gackowych nowości, miałem ten tytuł na oku od chwili, gdy tylko się pojawił.
Zmęczył mnie już świat, w którym Bruce Wayne może właściwie wszystko, Batman jest nietykalny, wokół niego kręci się ogromna Bat-rodzina, a same opowieści coraz częściej sprowadzają się do czystej akcji z ledwie zaznaczoną linią detektywistyczną. Do tego dochodzą kosmiczne absurdy, fabuły kompletnie niewiarygodne, tysięczna konfrontacja z tymi samymi antagonistami (zwłaszcza z Jokerem) albo kolejne przepisywanie historii rodziny Wayne’ów z kosmetycznymi zmianami. Ile można?
A gdyby tak przenieść Batmana ponad osiemdziesiąt lat wstecz? Zabrać mu zabawki, zaplecze, supertechnologię i grono wiernych sojuszników z jego Bat-rodziny? Zrobić z niego człowieka z krwi i kości, dopiero wchodzącego w bezduszny świat przestępców? Dać mu czasem solidnie oberwać? No i zabrać Jokera. O, tu już robi się ciekawie. Tak wiem, były już opowieści z Batmanem osadzone w przeszłości (chociażby świetny "Gotham w świetle lamp gazowych" czy bardzo dobry "Zagłada Gotham"), ale ta historia mimo wszystko daje coś niepowtarzalnego.



Dzięki Danowi Jurgensowi, który odpowiada za scenariusz „Bat-Mana: Pierwszego rycerza”, przenosimy się do Gotham roku 1939. Ameryka wciąż dławi się echem Wielkiego Kryzysu, świat pamięta skutki zakończonej przed laty I wojny światowej, a z Europy dochodzą coraz głośniejsze pomruki nadciągającego konfliktu i rosnącego w siłę faszyzmu. W tym gęstym od dymu, strachu i społecznego napięcia powietrzu miastem wstrząsa seria makabrycznych morderstw wymierzonych w ważne osoby publiczne Gotham.
Sprawa od początku wymyka się logice. Zbrodnie są metodyczne i brutalne, ale najbardziej przeraża fakt, że wszystkie tropy prowadzą do sprawców, którzy… niedawno zginęli na krześle elektrycznym w więzieniu Blackgate. W tym samym czasie w cieniach miasta zaczyna działać miejska legenda - The Bat-Man. Nie ma tu jeszcze zaawansowanej technologicznie Jaskini wypełnionej superkomputerami, nie ma wiernego Alfreda z tacą herbaty ani cudownych batarangów z laserowym naprowadzaniem. Jest za to Bruce Wayne: targany gniewem młody dziedzic, który nocami zakłada przerażający, amatorski kostium z ikoniczną maską o wielkich uszach. Jest też, oczywiście, jeden ostatni sprawiedliwy w policji skorumpowanej do granic możliwości - Jim Gordon.
Skala wydarzeń wydaje się początkowo kameralna, zamknięta w ramach kryminału noir, ale stawka szybko okazuje się znacznie większa. Chodzi o samą duszę Gotham, miasta stojącego na skraju instytucjonalnego upadku, zagrożonego z jednej strony przez zreanimowane monstra, a z drugiej - przez aparat władzy, który sam dawno utracił moralne prawo do wydawania wyroków.
W „Pierwszym rycerzu” Jurgens udowadnia, że potrafi pisać Batmana z dojrzałością i wyczuciem, rezygnując z bezpiecznych trykociarskich schematów na rzecz opowieści o moralnym oraz systemowym zepsuciu. Konflikt, który konstruuje, uderza w jedną z najczulszych części superbohaterszczyzny. Z jednej strony mamy nadnaturalną tajemnicę ożywionych trupów - znakomite przetworzenie pulpowego motywu Ludzi-Potworów - z drugiej brutalny realizm polityki siły, narastającego antysemityzmu i wojny, którą coraz wyraźniej widać na horyzoncie. Zreanimowani skazańcy stają się tu makabryczną metaforą: państwowy aparat przemocy, symbolizowany przez krzesło elektryczne, dosłownie powraca, by pożerać własnych twórców.
Najjaśniejszym punktem scenariusza jest jednak sposób, w jaki Jurgens prowadzi Bruce’a Wayne’a. To nie jest heros z nowoczesnego panteonu DC, człowiek zawsze mający w zanadrzu plan awaryjny schowany w zanadrzu. Ten Batman jest amatorem. Popełnia błędy, daje się podejść, a fizyczne starcia z przeciwnikami przypłaca realnym bólem i ciężkimi obrażeniami. To bohater, który musi zmierzyć się nie tylko z przestępcami, ale też z własną traumą, gniewem i poczuciem winy. Jego relacja z Gordonem oraz rabinem Jakobem Cohenem dodaje historii potrzebnego, ludzkiego wymiaru. Dzięki temu za maską wciąż widać człowieka.



Komiks z dużą dbałością o psychologię mierzy się z granicami bohaterstwa, pytając, gdzie kończy się sprawiedliwość, a zaczyna powielanie systemowej przemocy. To pytanie nie zostaje może rozpisane z pełną bezlitosnością, ale cały czas pracuje pod powierzchnią opowieści. I właśnie dlatego ta historia ma ciężar większy niż kolejna efektowna bijatyka w deszczu.
„Pierwszy rycerz” jest przy tym bardzo dobrze zbudowany. Trzy zeszyty składają się w zamkniętą, rytmiczną całość, która nie rozpada się na epizody, ale też nie udaje monumentalnej sagi na kilkanaście tomów. To opowieść zwarta, konkretna, świadoma własnego formatu. Dramaturgia prowadzona jest powoli, metodycznie, zgodnie z logiką klasycznego kryminału. Dialogi potrafią zaiskrzyć - zwłaszcza w rodzącej się, pełnej naturalnej nieufności relacji między Wayne’em a Gordonem. Oczywiście czuć tu pulpę. Nie ma co udawać, że to literatura wysoka przebrana za komiks. Tyle że ta pulpa ma smak, ciężar i wewnętrzny rytm. Potrafi przyciągnąć, zatrzymać i sprawić, że naprawdę chce się iść za tym Batmanem w kolejne ciemne zaułki.
Wizualnie ten komiks również potrafi kupić czytelnika niemal od pierwszych stron. To czyste, rasowe noir, tyle że w kolorze. Mike Perkins, operując realistyczną, niemal fotograficzną kreską, tworzy Gotham, które można poczuć pod palcami: brudne, klaustrofobiczne, tonące w cieniach, zmęczeniu i beznadziei. Jego projekt postaci to strzał w dziesiątkę. Bruce Wayne o twarzy przywodzącej na myśl młodego Gregory’ego Pecka ma w sobie klasę dawnego kina, a sam Bat-Man - z długimi, demonicznymi uszami i fioletowymi rękawicami - wygląda jak postać wyjęta prosto z koszmaru a nie z wypolerowanego komiksu superbohaterskiego.
Projekt Bat-Mana jest celowo surowy, mniej elegancki niż współczesne inkarnacje tej postaci. Kostium wygląda bardziej jak narzędzie zastraszania niż ikoniczny uniform. I bardzo dobrze. Ten bohater nie powinien jeszcze przypominać dopracowanego produktu popkultury. Powinien trochę niepokoić. Powinien mieć w sobie coś teatralnego, dziwacznego, niemal groteskowego. Perkins doskonale to czuje. Ten Bat-Man nie jest jeszcze pomnikiem. Jest strachem, który dopiero uczy się własnego kształtu.
Największą zaletą rysunków jest to, że widowiskowość nie zabija w komiksie czytelności. Perkins potrafi budować sceny akcji dynamicznie, ale bez chaosu. Starcia są ciężkie, fizyczne, często bolesne. Artysta świetnie prowadzi oko przez kadry, różnicując ich skalę, tempo i ciężar. Nie boi się też całostronicowych splashy, które - trzeba to uczciwie przyznać - wypadają tutaj naprawdę dobrze. Nie są pustą demonstracją efektu. Mają funkcję. Podbijają grozę, monumentalność albo nagłe uderzenie przemocy.



Kolory Mike’a Spicera znakomicie domykają warstwę graficzną. Gotham jest tu mroczne, przytłumione, miejscami wręcz duszne. A jednak w tym brudnym, przygaszonym świecie kolorysta nie boi się mocniejszych kontrastów, które dodają planszom charakteru i dramaturgicznego napięcia. Światło nie rozprasza mroku, tylko wydobywa z niego kolejne pęknięcia. Dzięki temu komiks ma własną temperaturę: chłodną, wilgotną, nieprzyjemną, ale dziwnie pociągającą.
Drobny, ale bardzo przyjemny element wydania stanowią również wyklejki przypominające stare gazety. To detal, lecz dokładnie taki, który pomaga wejść w klimat historii. Nie zmienia jakości samego komiksu, ale wzmacnia wrażenie obcowania z opowieścią wyciągniętą z innej epoki.
Największą siłą opowieści pozostaje atmosfera. „Bat-Man: Pierwszy rycerz” ma rzadką dziś zdolność przywoływania pulpowych korzeni superbohaterstwa bez infantylizowania materiału. Czuć tu stare kino grozy, kryminał noir, przedwojenną paranoję i narodziny amerykańskiego mitu o samotnym człowieku, który wychodzi nocą przeciw chaosowi. To komiks świadomy, że Batman nie wziął się z próżni. Powstał z miejskiego lęku, kryzysu instytucji i potrzeby sprawczości tam, gdzie oficjalne mechanizmy zawodzą.
Oczywiście „Pierwszy rycerz” nie jest wolny od wad. Bywa momentami zbyt płytki, odrobinę zbyt zapatrzony w nostalgię i nie zawsze w pełni wykorzystuje potencjał głównego antagonisty. Najciekawszym przeciwnikiem Batmana okazuje się tu tak naprawdę nie konkretna postać, lecz cała epoka: strach, przemoc, polityczna paranoja, antysemityzm, społeczna frustracja i przekonanie, że siła rozwiązuje wszystko szybciej niż prawo. Gdy komiks pracuje właśnie na tym poziomie, potrafi być naprawdę mocny. Gdy musi wrócić do mechaniki fabuły i domykania kryminalno-horrorowej intrygi, robi się bardziej przewidywalny.
„Bat-Man: Pierwszy rycerz” zostawia po sobie słodko-gorzki posmak. Jako komiks gatunkowy to kawał solidnej, rzemieślniczej roboty, podniesionej o poziom wyżej przez fenomenalną oprawę graficzną Perkinsa i Spicera. To ważna odsłona bohatera o tyle, o ile przypomina nam o jego mrocznych, pulpowych korzeniach i udowadnia, że Batman najlepiej sprawdza się jako zdesperowany człowiek w zepsutym świecie, a nie trybik w kosmicznej maszynie Ligi Sprawiedliwości.
Jeśli jednak szukacie komiksu, który wywróci mitologię Mrocznego Rycerza do góry nogami i powie coś absolutnie odkrywczego o naturze władzy, przemocy czy traumy, możecie poczuć niedosyt. To nie jest „Powrót Mrocznego Rycerza” ani „Rok Pierwszy”. To sprawny, wizualnie oszałamiający album, który ma swój ciężar, ale miejscami ugina się pod własnymi ambicjami. Zakończenie domyka historię mocnym akcentem, lecz zostawia nas z pytaniem: czy w świecie Batmana można jeszcze opowiedzieć historię, która nie będzie tylko echem przeszłości? „Pierwszy rycerz” próbuje, chwilami naprawdę pięknie, ale ostatecznie pokazuje też, że ucieczka od własnego mitu bywa trudniejsza niż pokonanie armii potworów.
Mimo wszystko ta historia przemawia do mnie mocniej niż najnowsze opowieści spod ręki Rama V. Przede wszystkim po lekturze nie czułem znudzenia ani zniechęcenia. Dostałem całkiem porządną, gęstą, atrakcyjną przygodę z gackiem w interesującej wizji Gotham. Taką, w której Batman znów ma pod oczami zmęczenie, w kościach ból, a na plecach ciężar miasta, którego nie da się łatwo uratować.
A fioletowe rękawiczki? Cóż, fioletowe rękawiczki są po prostu cudowne.
Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.