„Chaos i Podróż do piekła" - zapomniany mistrz z Barcelony
Piętnaście krótkich opowieści SF i jedna dłuższa podróż w szaleństwo. Lost In Time wyciąga z archiwum hiszpańskich magazynów twórczość Auraleóna, rysownika, o którym zapomniał niemal cały świat. Niesłusznie, bo to jedna z ciekawszych komiksowych archeologii ostatnich lat na naszym rynku.
Są komiksy, które kupuje się dla fabuły, i takie, które kupuje się dla rysunku. A czasem trafia się tom, który działa na trzecim poziomie: jako wykopalisko. „Chaos i Podróż do piekła" należy do tej ostatniej kategorii. Lost In Time zebrało w jednym wydaniu dwie rzeczy, które w Hiszpanii ukazały się osobno, i podało je polskiemu czytelnikowi z całym dobrodziejstwem twardej oprawy oraz porządnej czerni i bieli. Uwielbiam takie ramotki. Powiem więcej: im jestem starszy, tym bardziej doceniam komiksy z epoki, w której nikt nie planował dziesięciotomowych sag, a historia musiała się zamknąć na czterech stronach albo wcale.

Przyznam też od razu na wstępie: przed lekturą nazwisko Auraleóna nic mi nie mówiło. A że lubię wiedzieć, co trzymam w rękach, i skąd się to wzięło, zanim usiadłem do pisania, poszperałem trochę na zagranicznych forach i blogach. I wyszperałem kilka smaczków, którymi grzech się nie podzielić.
Urzędnik, któremu znudziło się biuro
Zacznijmy od autora. Rafael Aura León, podpisujący prace pseudonimem Auraleón, był barcelońskim samoukiem. Jak podaje Lambiek Comiclopedia, rysować nauczył się sam, a karierę zaczął od porzucenia posady biurowej po spotkaniu z Josepem Toutainem, legendarnym agentem, który przez agencję Selecciones Ilustradas eksportował hiszpańskich rysowników na cały świat. Najpierw był rynek brytyjski: westerny, wojenki dla „Commando", romanse. Potem, od 1971 roku, Ameryka.

Auraleón narysował dla Warren Publishing 69 historii, co według angielskiej Wikipedii daje mu czwarte miejsce wśród wszystkich rysowników tej oficyny. Wyprzedzili go tylko José Ortiz, Esteban Maroto i Luis Bermejo, czyli absolutna czołówka hiszpańskiej emigracji ołówkowej. Publikował głównie w „Vampirelli", trochę w „Creepy" i „Eerie", a scenariusze pisali mu ludzie pokroju Douga Moencha i Bruce'a Jonesa.

A teraz ciekawostka z innej baczki. Według Javiera Alcazara z wydawnictwa Isla de Nabumbu, bratem rysownika był Ernesto Aura, jeden z najsłynniejszych hiszpańskich aktorów dubbingowych. Facet przez lata był w Hiszpanii głosem Arnolda Schwarzeneggera (zdubbingował go w 18 filmach, rekord w kraju), a przy okazji Morfeuszem z „Matriksa". Przyznam szczerze, że nie znalazłem dodatkowego potwierdzenia tej ciekawostki, ale zakładam, że Alcazar się nie myli.
Co dostajemy w środku?
Polski tom skleja dwie odrębne pozycje. Pierwsza część, „Chaos", to piętnaście krótkich opowieści fantastycznonaukowych, które Auraleón publikował w magazynie „1984" (hiszpańskim odpowiedniku „Heavy Metalu") między 1982 a 1983 rokiem. Według Tebeosfery, to jedyny moment w całej jego karierze, kiedy pracował jako autor kompletny: sam pisał i sam rysował. Każda historia ma od dwóch do sześciu stron, jednowyrazowy tytuł i pointę, która ma uderzyć w ostatnim kadrze.

I właśnie za to kocham ten format- krótka forma nie wybacza. Nie da się tu niczego rozwodnić, przegadać ani odłożyć na następny zeszyt. Autor ma kilka plansz na zbudowanie świata, wprowadzenie bohatera i wyprowadzenie ciosu. Auraleón radzi sobie z tym reżimem znakomicie. Jego futurystyczne wizje są ponure: planety spustoszone wojną i głodem, obce cywilizacje traktujące ludzkość jak insekty, bohaterowie dalecy od heroizmu. Trafiają się typy niepewne siebie, okrutne, pogubione. Czasem z krwi i kości, czasem ze śrubek. Brzmi ciężko, ale na papierze ratuje to specyficzne poczucie humoru autora i absurd, który co jakiś czas rozbraja cały ten pesymizm.

Czy każda z piętnastu historii to perła? Nie. Kilka twistów widać z daleka, a parę humorystycznych point trąci myszką mocniej niż reszta. Tak to już bywa z antologiami. Ale średnia jest wysoko, a najlepsze opowieści zostają w głowie na długo.
Rozbitek, czyli mistrzostwo
Druga część tomu to „Podróż do piekła", pięcioodcinkowa seria z hiszpańskiego „Creepy" z 1984 roku, tym razem według scenariusza Carlosa Echevarríi. I to jest, moim zdaniem, mistrzostwo.
Fabuła w jednym zdaniu: astronauta zostaje sam na dryfującym wraku statku kosmicznego. Żadnych potworów wyskakujących z szybów wentylacyjnych, choć klimat mocno spod znaku „Obcego" sugerowałby co innego. Prawdziwym przeciwnikiem jest tu głowa bohatera. Izolacja, głód, wspomnienia nieudanego życia i powoli pełznące szaleństwo. Do tego zimna kalkulacja dowództwa, które nie kwapi się z misją ratunkową, bo rachunek ekonomiczny się nie spina. Jak na rozrywkowy magazyn z 1984 roku, kawał odważnej, gorzkiej opowieści.

„Podróż do piekła" była ostatnim komiksem Auraleóna. Po jej ukończeniu odszedł z zawodu. Jak podają Lambiek i Tebeosfera, autor od lat zmagał się z problemami psychicznymi, które wymagały nawet pobytów w placówkach leczniczych, a w 1993 roku odebrał sobie życie. Historia o człowieku samotnie dryfującym w stronę szaleństwa jako pożegnanie z komiksem. Co prawda scenariusz napisał Echevarría, ale trudno czytać ten album bez tego kontekstu.
Długa droga do polskiego wydania
Po śmierci Auraleóna jego twórczość zniknęła kompletnie. Nigdy nie doczekała się wydań albumowych, a po upadku czasopism Toutaina przestała istnieć w obiegu. Dopiero w 2018 roku hiszpański badacz komiksu, wspomniany wyżej Javier Alcázar założył miniwydawnictwo Isla de Nabumbu w jednym celu: żeby przywrócić Auraleóna czytelnikom. W wywiadzie dla portalu Zona Negativa opowiadał, że autora badał od 2009 roku i przez dziewięć lat nie zdołał odnaleźć żadnego żyjącego krewnego rysownika (brat już nie żył).
Był też problem czysto techniczny. Oryginalne plansze przepadły. Hiszpańskie tomy (a za nimi polski) powstały z żmudnej cyfrowej rekonstrukcji stron zeskanowanych z pożółkłych czasopism, kadr po kadrze.
Komu to polecam?
Odpowiedź oczywista: fanom starych magazynowych opowieści SF i fantasy, ludziom wychowanym na antologiach grozy i krótkiej formie. Jeśli macie na półce "Świat Sarvan", „Miasto", „Czarną serię" czy „Opowieści z niedalekiej przyszłości", bierzcie w ciemno.
Odpowiedź mniej oczywista: nie tylko im. Te historie mówią o rzeczach, które nie mają terminu ważności. O samotności, o cywilizacji, która traktuje jednostkę jak pozycję w budżecie, o człowieku przegrywającym z własną głową. Kostium jest z epoki, rakiety i roboty wyglądają jak z lat 80., ale przekaz nie zdążył osiwieć. Oldschool w najlepszym możliwym znaczeniu tego słowa.
Cieszę się, że Lost In Time sięgnęło po autora, którego nazwiska nie znałaby u nas pewnie garstka najbardziej zaprawionych weteranów. Sam byłem do niedawna jednym z nieświadomych. Takie wydawnicze archeologie to loteria, a ta akurat okazała się wygraną. Oby seria hiszpańskich wykopalisk trwała dalej.
[WSPÓŁPRACA REKLAMOWA] Egzemplarz komiksu na potrzeby recenzji dostarczył wydawca. Wydawca nie miał wpływu na moją opinię i nie czytał tekstu przed publikacją.