Coś złego czai się w Dunwich, „Kolekcja Lovecrafta: Zgroza w Dunwich” - recenzja

Nie ukrywam, że każda kolejna manga Gou Tanabe jest dla mnie małym świętem. Jako wielki miłośnik twórczości Howarda Phillipsa Lovecrafta z ogromną przyjemnością obserwuję, jak japoński artysta przenosi na komiksowe plansze kolejne opowieści Samotnika z Providence. Tym razem padło na „Zgrozę w Dunwich”, która na naszym rynku ukazała się nakładem wydawnictwa Studio JG w ramach znakomitej „Kolekcji Lovecrafta”. I już na wstępie zdradzę, że jestem zachwycony. Po „W górach szaleństwa”, „Widmie nad Innsmouth” czy „Cieniu spoza czasu” miałem wobec Tanabe naprawdę wysokie oczekiwania. Na szczęście po raz kolejny udowodnił, że doskonale rozumie, na czym polega groza w wydaniu Lovecrafta.
Akcja przenosi nas do Dunwich, zapomnianej przez świat osady położonej wśród ponurych wzgórz Massachusetts. To jedno z tych miejsc, do których człowiek raczej nie wybrałby się na wakacje. Podupadające gospodarstwa, nieprzyjaźni mieszkańcy, stare zabobony i atmosfera, która od samego początku sugeruje, że coś jest tutaj bardzo nie w porządku. Szczególnie złą sławą cieszy się rodzina Whateleyów, zamieszkująca odosobnioną farmę. Kiedy Lavinia Whateley rodzi syna, Wilbura, miejscowi zaczynają dostrzegać kolejne niepokojące zjawiska. Chłopiec rozwija się w nienaturalnym tempie, a jego dziadek zdaje się wiedzieć znacznie więcej, niż zamierza komukolwiek powiedzieć.
I właściwie na tym poprzestanę, jeśli chodzi o fabułę. Oczywiście doskonale znam literacki pierwowzór, więc trudno mówić o jakichkolwiek zaskoczeniach związanych z samymi wydarzeniami. Nie zmienia to jednak faktu, że ogromną przyjemność sprawiało mi obserwowanie, jak Tanabe interpretuje kolejne sceny. Szczególnie że „Zgroza w Dunwich” należy do tych opowiadań Lovecrafta, w których autor nie ogranicza się do sugerowania istnienia czegoś niewyobrażalnego. Tutaj koszmar stopniowo nabiera bardzo konkretnego, choć zdecydowanie nieludzkiego kształtu.
Największą zaletą mangi pozostaje oczywiście atmosfera. Tanabe znakomicie oddaje charakter prowincjonalnej Nowej Anglii, w której pozornie zwyczajne miejsca potrafią budzić autentyczny niepokój. Stare domostwa, zarośnięte ścieżki, kamienne kręgi i opuszczone zabudowania wyglądają tak, jakby skrywały tajemnice znacznie starsze od ich mieszkańców. Co ciekawe, autor nie musi nawet pokazywać żadnego potwora, żeby człowiek poczuł, że coś jest nie tak. Wystarczy widok farmy Whateleyów albo ponurego wzgórza majaczącego na horyzoncie.

Muszę przyznać, że właśnie za to najbardziej cenię twórczość Tanabe. Lovecraft bardzo często opisywał rzeczy, których ludzki umysł nie potrafi pojąć, a przecież komiks z definicji opiera się na obrazach. Jak więc narysować coś, czego nie sposób sobie wyobrazić? Japoński artysta od lat udowadnia, że znalazł na to sposób. Nie próbuje na siłę wyjaśniać wszystkich tajemnic ani zamieniać kosmicznej grozy w zwyczajny pokaz potworów. Zamiast tego wykorzystuje szczegóły, perspektywę i odpowiednio dobrane kadry, żeby wywołać u czytelnika podobny niepokój, jaki towarzyszy lekturze oryginału.
A same rysunki? O rety, jest na czym zawiesić oko! Tanabe po raz kolejny zachwyca dbałością o detale. Architektura, wnętrza budynków, roślinność czy twarze mieszkańców Dunwich wyglądają znakomicie. Szczególnie spodobał mi się sposób przedstawienia rodziny Whateleyów. Ich wygląd i zachowanie budzą niechęć, ale jednocześnie trudno oderwać od nich wzrok. Autor doskonale potrafi uchwycić tę charakterystyczną dla Lovecrafta mieszaninę fascynacji i odrazy.
Warto również zwrócić uwagę na tempo opowieści. Tanabe nie spieszy się z przechodzeniem do najbardziej widowiskowych wydarzeń. Pozwala nam poznać Dunwich, przyjrzeć się jego mieszkańcom i stopniowo odkrywać kolejne niepokojące szczegóły. Niektórym czytelnikom taki sposób prowadzenia historii może wydać się zbyt powolny, ale dla mnie stanowi jedną z jej największych zalet. Lovecraftowska groza potrzebuje przecież odpowiedniego przygotowania. Gdyby od pierwszych stron rzucić nam przed oczy wszystkie koszmary, szybko przestałyby robić wrażenie.
Nie sposób też pominąć samego wydania. Studio JG ponownie stanęło na wysokości zadania, przygotowując piękny, powiększony omnibus w twardej oprawie, zbierający trzy oryginalne tomy mangi. To naprawdę imponująca cegła, która znakomicie prezentuje się na półce obok pozostałych części kolekcji. Co ważniejsze, większy format pozwala w pełni docenić szczegółowość rysunków Tanabe. Przy takiej liczbie drobnych elementów ma to ogromne znaczenie.

Czy mam jakieś zastrzeżenia? Właściwie tylko jedno, choć dotyczy ono bardziej samego materiału źródłowego niż jego adaptacji. „Zgroza w Dunwich” jest opowieścią mocno zakorzenioną w charakterystycznym dla Lovecrafta sposobie budowania napięcia. Nie znajdziemy tutaj zawrotnego tempa ani nieustannych zwrotów akcji. Jeśli ktoś oczekuje dynamicznego horroru, może poczuć się nieco rozczarowany. Z drugiej strony trudno byłoby mi wyobrazić sobie tę historię opowiedzianą inaczej, bez utraty tego, co stanowi o jej wyjątkowości.
Jako fan Lovecrafta jestem jednak więcej niż usatysfakcjonowany. Tanabe ponownie udowodnił, że jego adaptacje nie są zwyczajnym przepisywaniem literackiego oryginału na język komiksu. To pełnoprawne interpretacje, które pozwalają spojrzeć na dobrze znane historie z nieco innej perspektywy. I choć doskonale wiedziałem, czego spodziewać się po wydarzeniach w Dunwich, niejednokrotnie zatrzymywałem się przy kolejnych planszach, podziwiając pomysłowość japońskiego artysty.
„Zgroza w Dunwich” to kolejny znakomity album w kolekcji Studia JG i pozycja, którą bez wahania polecam wszystkim miłośnikom kosmicznej grozy. Tanabe znakomicie oddaje atmosferę pierwowzoru, a jego rysunki sprawiają, że nawet doskonale znana historia potrafi ponownie wywołać ciarki na plecach. Po zamknięciu tego potężnego tomu utwierdziłem się w przekonaniu, że trudno byłoby znaleźć lepszego artystę do adaptowania prozy Lovecrafta.
Więcej komiksów na Twoim radarze.
Nowe tytuły, ciekawe recenzje i najważniejsze wydarzenia. Prosto na e-mail.
Możesz się wypisać w każdej chwili.
I kurczę, mam nadzieję, że Gou Tanabe jeszcze długo nie zamierza rozstawać się z mitologią Cthulhu. Bo jeśli kolejne adaptacje będą prezentowały podobny poziom, z ogromną przyjemnością znajdę dla nich miejsce na półce. Nawet jeśli wkrótce będę musiał kupić nową.
"Zgroza w Dunwich"
To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.
Sprawdź cenę w GildiiZamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.




