Gdy Jedi byli jeszcze strażnikami pokoju - „Star Wars. Rycerze Jedi. Strażnicy Republiki. Tom 1” - recenzja
Muszę przyznać, że do „Star Wars. Rycerze Jedi. Strażnicy Republiki” podchodziłem z pewną ostrożnością. Historii rozgrywających się w odległej galaktyce mamy przecież zatrzęsienie i nie każda luka pomiędzy filmami naprawdę domaga się zapełnienia. Tymczasem pierwszy tom serii Marca Guggenheima, wydany na naszym rynku przez Egmont, okazał się przyjemną niespodzianką.
Akcja rozgrywa się przed „Mrocznym widmem”, kiedy Republika wciąż jako tako funkcjonuje, a Jedi rzeczywiście mogą uważać się za strażników pokoju. Na scenę wchodzą więc Qui-Gon Jinn, młody Obi-Wan, Yoda, Mace Windu, Yaddle i sporo mniej znanych rycerzy. I o rety, jak dobrze czasem zobaczyć Jedi zajmujących się czymś innym niż wojną z Sithami.
Spodziewałem się klasycznej, ciągłej historii rozpisanej na kilka zeszytów. Guggenheim zrobił jednak coś ciekawszego. Niemal każdy odcinek opowiada osobną przygodę, zabiera nas na inną planetę i pozwala skupić się na innych bohaterach. Raz Jedi próbują wygasić konflikt, innym razem mierzą się z niecodziennym zagrożeniem albo zostają wrzuceni w sytuację, której nie da się rozwiązać samym wymachiwaniem mieczem świetlnym. Dzięki temu album ma trochę klimat serialu, w którym co odcinek dostajemy nową misję.
Żeby jednak całość nie rozpadła się na zbiór przypadkowych historyjek, scenarzysta podrzuca wspólny mianownik. Ktoś poluje na Qui-Gona. Tajemniczy zabójca pozostaje gdzieś na obrzeżach kolejnych opowieści, a Obi-Wan otrzymuje niepokojącą wizję śmierci swojego mistrza. Pomysł bardzo mi się spodobał, chociaż tutaj pojawia się też jeden z problemów tomu - ten wątek rozwija się naprawdę powoli. Czasem można wręcz zapomnieć, że zabójca nadal gdzieś tam czeka na swoją okazję. Liczyłem na to, że z zeszytu na zeszyt pętla będzie zaciskać się wokół Qui-Gona coraz mocniej, a tymczasem Guggenheim dawkuje tę historię wyjątkowo oszczędnie.

Nie przeszkadzało mi to jednak aż tak bardzo, bo same przygody są zwyczajnie sympatyczne. Seria dobrze wykorzystuje okres, w którym się rozgrywa. Jedi nie są jeszcze generałami prowadzącymi armie klonów. Są mediatorami, dyplomatami, odkrywcami i - kiedy sytuacja tego wymaga - wojownikami. Co więcej, nie zawsze mają rację. Czasami ich pewność siebie zaczyna przypominać arogancję, a wiedząc, dokąd ostatecznie doprowadzi Zakon jego przekonanie o własnej nieomylności, trudno tego nie zauważyć.
Bardzo podobało mi się również mieszanie doskonale znanych postaci z zupełnie nowymi Jedi. Owszem, widok Yody czy Mace'a Windu automatycznie wywołuje u fana uśmiech, ale gdyby album opierał się wyłącznie na nostalgii, szybko zrobiłoby się nudno. Nowi bohaterowie pozwalają Guggenheimowi na większą swobodę, nawet jeśli po pierwszym tomie nie wszyscy zapadają w pamięć równie mocno.
A potem dochodzimy do ostatniego zeszytu i… właśnie on zaciekawił mnie najbardziej. Tym razem porzucamy główny wątek zabójcy Qui-Gona i skupiamy się na Yaddle, Seerze Londze oraz hrabim Dooku. I nagle seria wskakuje poziom wyżej.

Dooku znajduje się tutaj w jednym z najciekawszych momentów swojego życia – opuścił już Zakon Jedi, ale nie jest jeszcze tym człowiekiem, którego znamy z „Ataku klonów”. Wiemy oczywiście, co go czeka. Wiemy też, jaki los spotka Yaddle. Guggenheim bardzo dobrze wykorzystuje tę przewagę czytelnika nad bohaterami. Kiedy Yaddle decyduje się pomóc Dooku, trudno nie pomyśleć: „Nie rób tego”. Tyle że ona nie zna przyszłości. My znamy. I właśnie dlatego zwykła decyzja Jedi nabiera znacznie większego ciężaru.
Co więcej, Dooku nie zostaje przedstawiony jako facet, który pewnego ranka obudził się z czerwonym mieczem świetlnym i postanowił zostać złoczyńcą. Już widać jego rozczarowanie Zakonem, przekonanie, że Jedi są zbyt słabi i przywiązani do zasad, których inni bez skrupułów wykorzystują przeciwko nim. Sądzę, że właśnie takich historii z okresu prequeli chciałbym więcej. Nie takich, które na siłę dopisują wielkie wydarzenia pomiędzy filmami, lecz takich, które sprawiają, że dobrze znane postacie nabierają dodatkowych odcieni.

Bardzo dobrze prezentują się również rysunki Madibeka Musabekova. Są dynamiczne, czytelne i świetnie oddają filmową estetykę prequeli. Miecze świetlne mają odpowiednią energię, obce światy potrafią wyglądać naprawdę efektownie, a znane postacie są podobne do swoich ekranowych odpowiedników bez sprawiania wrażenia przerysowanych fotografii aktorów.
„Strażnicy Republiki” nie są komiksem, który wywraca uniwersum „Star Wars” do góry nogami. I chyba dobrze. To zbiór sprawnie napisanych przygód z czasów, kiedy Jedi byli jeszcze u szczytu potęgi, choć pierwsze pęknięcia w ich idealnym obrazie już zaczynały być widoczne. Początkowo spodziewałem się jednej większej opowieści, a dostałem coś w rodzaju komiksowej antologii spiętej tajemnicą zabójcy Qui-Gona. Ku mojemu zaskoczeniu taki układ sprawdził się bardzo dobrze.
A najlepsze zostawiono na koniec. Jeśli następne tomy częściej będą oferować historie na poziomie spotkania Yaddle z Dooku, to bardzo chętnie zostanę z „Rycerzami Jedi” na dłużej.
[Współpraca reklamowa] Komiks do przygotowania recenzji otrzymałem od wydawnictwa Egmont. Wydawnictwo nie miało żadnego wpływu na moją ocenę.
Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.