"Ice Cream Man". Tom 2. Wykręcone neapolitańskie. Recenzja komiksu

"Ice Cream Man". Tom 2. Wykręcone neapolitańskie. Recenzja komiksu

Czy czujecie ten chłód? Ten, który nie pochodzi z lodówki, lecz z czegoś głębszego, czającego się w cieniu waszych wspomnień? Lodziarz wrócił, a wraz z nim ta melodia, która kiedyś niosła obietnicę słodyczy, a dziś brzmi jak requiem dla zagubionych dusz. Po pierwszym tomie, który zostawił mnie z dreszczem niedosytu, sięgnąłem po drugi — i tym razem nie było już litości.

Wydawnictwo Shock Comics kontynuuje serię Ice Cream Man. Tym razem mamy okazję posmakować nowych lodowych smaków, a Lodziarz serwuje nam „Wykręcone neapolitańskie”. To powrót do świata, który udowadnia, że najgorsze koszmary nie potrzebują nadnaturalnych potworów, by wgryźć się w psychikę czytelnika. Wystarczy zwyczajność. Wystarczy rutyna. Wystarczy moment, w którym wszystko zaczyna się kruszyć.

Ice Cream Man. Tom pierwszy. Recenzja komiksu
Czy pamiętasz ile razy w dzieciństwie słyszałeś z oddali znajomą melodię, z dźwiękami której miałeś w głowie tylko jedną myśl – pyszne lody? W latach 90. XX wieku lodowa furgonetka Family Frost była dość powszechnym zjawiskiem na polskich osiedlach, zwłaszcza w słoneczne niedziele. Kiedy tylko ów wehikuł zjawił się pod blokiem,

Drugi tom ponownie składa się z czterech odrębnych historii, ale tym razem od samego początku czuć, że stawka jest wyższa. Twórcy nie próbują już jedynie zaskoczyć formą. Zamiast tego celują prosto w emocje, w lęki, których zwykle nie dopuszczamy do świadomości.

Zaczynamy od „Ballady o spadającym człowieku” — opowieści, która bawi się dynamiką czasu i grawitacji. Poznajemy bohatera, którego życie rozpada się w tempie swobodnego spadku z wieżowca. To przejmująca lekcja anatomii porażki, gdzie każda sekunda lotu staje się okazją do rozliczenia z własnym życiem. Widzimy drobne decyzje, niedopowiedzenia, momenty, które wydawały się nieistotne, a które po latach urastają do rangi nieodwracalnych błędów. Równolegle śledzimy losy młodej kobiety, desperacko próbującej uciec z budynku opanowanego przez oszalałych pracowników. Chaos narasta powoli, niemal niezauważalnie, by nagle uderzyć z pełną siłą.

Druga opowieść, tytułowe „Wykręcone neapolitańskie”, to mistrzostwo eksperymentalnej narracji: trzy równoległe linie czasowe splatają się w jednym punkcie po tym, jak mężczyzna kosztuje lodów od znajomego Lodziarza.
Poznajemy go jako nieszczęśliwego męża i ojca, który musi zmierzyć się z rodzinną tragedią. W innej wersji rzeczywistości ten sam człowiek wiedzie samotne życie w towarzystwie psa-znajdy. Jeszcze gdzie indziej staje się ofiarą porwania przez tajemniczego mężczyznę. Każda z tych ścieżek jest równie wiarygodna, równie bolesna, równie nieunikniona. Ta historia szczególnie mocno zostaje w głowie, bo zmusza do zadania niewygodnego pytania: co by było, gdyby nasze życie mogło potoczyć się inaczej? I czy którakolwiek z tych dróg naprawdę prowadzi do szczęścia?

Trzecia opowieść - „Mój mały Poltergeist” - uderza w najbardziej czułe struny. To historia o żałobie i dziecięcej naiwności, opowieść o dziewczynce, która nie potrafi pogodzić się ze śmiercią przyjaciółki i rusza w makabryczną podróż, by „odczarować” rzeczywistość. Twórcy budują napięcie niezwykle subtelnie. Atmosfera narasta, a niewinność zaczyna pękać. To jeden z tych fragmentów, które przypominają, że horror działa najmocniej wtedy, gdy dotyka emocji, które znamy z własnego życia.

Finał tomu, „Nagłe wypadki”, to chaos wylewający się na ulice miasta. Towarzyszymy parze ratowników medycznych, którzy próbują przetrwać dyżur w świecie stojącym na krawędzi obłędu. Widzimy zmęczenie, cynizm, wypalenie. Widzimy ludzi, którzy widzieli już niemal wszystko, a mimo to nadal próbują pomagać. Gdy rzeczywistość zaczyna się rozpadać, rutyna przestaje działać jak tarcza. Ich rozmowy, pełne czarnego humoru i rezygnacji, stopniowo odsłaniają pęknięcia w psychice. Ten segment ma w sobie coś z dusznej kroniki końca świata, ale jednocześnie pozostaje niezwykle intymny.

I przez cały ten czas on tam jest.
Lodziarz.

Czasem tylko stoi. Czasem patrzy. Czasem pojawia się w tle, niemal niezauważalny. Czasem uśmiecha się odrobinę zbyt szeroko. A czasem znika, zanim zdążymy zrozumieć, czy w ogóle był realny. Jego obecność działa jak cichy szept, jak przeczucie nadchodzącego nieszczęścia. Lodziarz nie jest jednoznaczny. Nie wiadomo, czy jest sprawcą, czy jedynie katalizatorem. Być może pokazuje ludziom ich własne demony. Być może tylko obserwuje. A może gra z nimi w okrutną grę, której zasad nigdy nie poznamy.

Muszę jednak przyznać, że w drugim tomie jest go zdecydowanie mniej. Twórcy chowają go jeszcze głębiej za strukturą opowieści. Z jednej strony wzmacnia to tajemnicę, z drugiej pozostawia lekki niedosyt. Mam nadzieję, że w kolejnych częściach nie stanie się jedynie cieniem. To właściwie największa wada tego tomu, bo same historie czyta się jednym tchem. Są intensywne, momentami brutalne emocjonalnie, czasem zahaczają o estetykę gore, ale nigdy nie tracą ludzkiego wymiaru.

Scenariusz W. Maxwella Prince'a osiąga tutaj nową głębię. Autor nie boi się eksperymentów z formą, ale robi to świadomie. Narracja, fragmentaryczność, zabawa czasem - wszystko podporządkowane jest emocjom. Świat ukazany w drugim tomie staje się przedłużeniem amerykańskiego koszmaru z pierwszej części: przedmieścia, korporacje, samotność w tłumie, poczucie, że sens życia jest iluzją. Problematyka krąży wokół kruchości egzystencji, nieuchronności straty oraz braku kontroli. To horror egzystencjalny, który działa powoli, ale skutecznie.

Warstwa graficzna drugiego tomu uderza prostotą, która szybko przestaje być bezpieczna. Morazzo nie próbuje epatować detalami ani efekciarskimi stylizacjami – jego kreska jest surowa, niemal kliniczna, a jednocześnie groteskowa w miejscach, gdzie codzienność pęka. Rysunki nie straszą nagle; groza wnika powoli, przez drobne spojrzenia, krzywe uśmiechy, zniekształcenia proporcji.

Najbardziej przerażające jest jednak to, jak artysta manipuluje układem strony, by oddać psychologiczną dynamikę historii. Widać to w każdej z opisanych historii.

Bardzo dobrze w wykonaną robotę przy rysunkach wpasował się swoimi kolorami Chris O’Halloran.

Ten tom ma swoje blaski i cienie, ale właśnie ta niejednoznaczność czyni go tak interesującym. Niektóre historie urywają się nagle, nie dając odpowiedzi. Nie każdy czytelnik zaakceptuje tę fragmentaryczność. Ponurość może przytłoczyć, a brak jednoznacznych wyjaśnień pozostawia poczucie dyskomfortu. Jednak to właśnie te elementy sprawiają, że „Wykręcone neapolitańskie” wyróżniają się na tle współczesnych horrorów.

„Ice Cream Man. Tom 2 – Wykręcone neapolitańskie” to lektura, wobec której trudno pozostać obojętnym. Wciąga, kąsa i zostawia z dreszczem. To komiks, który nie tylko straszy, ale zmusza do refleksji nad własnym życiem. W świecie zdominowanym przez bezpieczne historie i przewidywalne schematy ta seria przypomina, że prawdziwy horror nie polega na potworach, lecz na ludziach.

Jeśli pierwszy tom was zaintrygował, drugi sprawi, że staniecie się stałymi klientami tej przeklętej furgonetki. A kiedy zamkniecie okładkę, przez chwilę będziecie nasłuchiwać.

Bo ta melodia nigdy nie znika na dobre.

Smacznego. Choć wątpię, byście po tym jeszcze cokolwiek przełknęli.

Informacje o komiksie
Współpraca recenzencka (redakcja otrzymała bezpłatny egzemplarz) Tak
Tytuł „Ice Cream Man. Tom 2. Wykręcone neapolitańskie”
Wydawca Shock Comics
Scenarzysta W. Maxwell Prince
Rysownik Martín Morazzo
Kolorysta Chris O’Halloran
Tłumacz Paweł Bulski
Rok wydania 2026
Format 170×260 mm
Okładka miękka
Liczba stron 128 (kolor)
Cena okładkowa 71,99 zł

Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.