Islander. 1 - Wygnanie. Recenzja komiksu

Islander. 1 - Wygnanie. Recenzja komiksu

Czasami koniec świata nie przychodzi z hukiem. Nie ma atomowego grzyba ani inwazji obcych, która jednoczy ludzkość w ostatnim zrywie bohaterstwa. Czasami apokalipsa to po prostu moment, w którym przestajesz odbierać telefon, bo wiesz, że nikt nie dzwoni z dobrą wiadomością. To chwila, gdy uświadamiasz sobie, że drzwi, które zawsze były otwarte, nagle zatrzasnęły się tuż przed twoim nosem - a ty zostałeś na zewnątrz, na zimnie, bez kurtki.

Są komiksy, które próbują nas zabawić wizją postapokalipsy, podając ją w opakowaniu przygody i bohaterów w lśniących zbrojach. I są takie opowieści, które wchodzą pod skórę jak drzazga - jątrzą się, nie pozwalają o sobie zapomnieć i przypominają, że granica między cywilizacją a barbarzyństwem jest cieńsza niż kartka papieru.


To, co dostajemy od duetu Caryl Férey – Corentin Rouge, nie jest przygodą. To symulacja tonięcia. Autorzy nie wymyślają przyszłości - oni tylko uważniej niż my przyglądają się teraźniejszości i z sadystyczną precyzją dokręcają śrubę.

Przed państwem pierwszy tom serii „Islander - „Wygnanie”. W Polsce album ukazał się nakładem wydawnictwa Non Stop Comics.

Kiedy zapoznałem się z zapowiedziami wydawnictwa na styczeń 2026 roku, od razu wiedziałem, że muszę mieć ten komiks. Być może jest we mnie coś z masochisty, ale uwielbiam dystopijne opowieści - szczególnie te, które zahaczają o klimat postapo lub stoją na jego granicy.

Po lekturze wiem jedno: wiem niewiele. I wcale nie jest to zarzut. Wręcz przeciwnie.

Historia otwiera się we francuskim porcie w Hawrze, gdzie funkcjonuje ogromny obóz uchodźców. Z kolejnych plansz dowiadujemy się, że świat w jakimś stopniu ulega destrukcji - Ziemia się nagrzewa, klimat wymyka się spod kontroli, a ludzie próbują uciekać jak najdalej na północ. Nie każdy ma jednak taką możliwość. Resztki władzy próbują desperacko kontrolować migrację, a my jesteśmy świadkami brutalnej selekcji tych „szczęśliwców”, którzy dostają się na statek płynący w stronę Szkocji.

To tutaj poznajemy głównego bohatera - Liama. Postać skrajnie tajemniczą, i taką pozostanie do końca tomu. Nie znamy jego przeszłości ani motywacji, nie wiemy, kim był wcześniej. Wiemy tylko, że podczas zamieszek w porcie kradnie kobiecie paszport i pozwolenie na rejs. Ten jeden czyn wystarcza, by uruchomić lawinę zdarzeń.

Na pokładzie statku znajduje się także osobliwa grupa: profesor Zyzek, jego asystentka Livia oraz ich ewidentnie podejrzany ochroniarz. Sam profesor jest postacią niejednoznaczną - nosi w sobie wiedzę, która może okazać się zarówno zbawieniem, jak i przekleństwem. Grupa przejmuje statek siłą i zmienia kurs. Celem staje się Islandia.

Tyle że Islandia nie jest ziemią obiecaną. To twierdza. Uchodźcy nie trafiają do ciepłych domów, lecz do obozów przejściowych przypominających gułagi XXI wieku. Liam szybko orientuje się, że uciekł z jednego więzienia tylko po to, by trafić do innego - zimniejszego, bardziej bezlitosnego i zarządzanego przez ludzi, dla których słowo „humanitaryzm” brzmi jak kiepski żart.

I to dopiero początek. Okazuje się bowiem, że Liam mimowolnie wplątał się w intrygę, która znacząco przerasta jego instynkt przetrwania.

Islandia przedstawiona w komiksie to kraj pęknięty na pół - dosłownie i w przenośni. Z jednej strony mamy rząd w Reykjavíku, próbujący zachować resztki państwowych struktur i pozory demokracji. Z drugiej - secesjonistów z północy, ludzi, którzy powiedzieli „dość” i odcięli się od stolicy, tworząc własną strefę wpływów. To tam, w tej dzikiej, niekontrolowanej przestrzeni, rodzi się coś nowego i niepokojącego. Konflikt między południem a północą Islandii nie jest jedynie tłem. To pulsująca rana determinująca los każdego, kto postawi stopę na tej ziemi.

Islander jest dla mnie opowieścią niezwykle intrygującą i gęstą od tajemnic. Pierwszy tom pełni przede wszystkim rolę fundamentu pod dalszą historię, co dla części czytelników może okazać się frustrujące. Dla mnie to jednak świadomy i odważny wybór narracyjny.

Caryl Férey, autor znany z powieści kryminalnych, wyraźnie przenosi swoje doświadczenie na grunt komiksu. Doskonale rozumie, że - podobnie jak w najlepszym kinie noir - najważniejsze jest to, czego się nie mówi. Dialogi są oszczędne, szorstkie, pozbawione nachalnej ekspozycji. Nie dostajemy prostych odpowiedzi na pytanie, dlaczego świat się wali. I bardzo dobrze. To właśnie to milczenie buduje atmosferę paranoi i nieustannego zagrożenia.

Autor traktuje czytelnika poważnie. Wrzuca nas w środek wydarzeń i zmusza do samodzielnego składania sensów. Każde spojrzenie, każdy niedopowiedziany dialog i każdy urwany wątek mają znaczenie. To świat, w którym moralność staje się luksusem, a decyzje sprowadzają się do wyboru między złem a czymś jeszcze gorszym. Wątek profesora Zyzeka i tajemniczego projektu, mogącego wpłynąć na losy świata, prowadzony jest z precyzją znaną z najlepszych powieści szpiegowskich. Tu nie można ufać nikomu. Nawet narratorowi.

Warstwa graficzna to osobny temat i jeden z największych atutów albumu. Corentin Rouge wykonał tu kawał znakomitej roboty. Jego kreska nie flirtuje z estetycznym „ładnym rysunkiem”. To realizm obciążony emocjonalnym ciężarem. Twarze są zmęczone, sylwetki nieidealne, światło rzadko bywa łaskawe. Każda linia wygląda tak, jakby niosła w sobie ślad bólu.

Mimika bohaterów jest wyjątkowo sugestywna. Paleta barw - chłodna, przybrudzona, momentami wręcz lodowata. Kolory nie krzyczą, ale wciągają. Islandia jawi się jako przestrzeń ogromna, surowa i absolutnie niekojąca. Im większy kadr - a jest kilka rozkładówek zapierających dech - tym wyraźniej czujemy, jak bardzo człowiek jest tu mały.

Rouge doskonale operuje sekwencją kadrów, które pozornie niewiele się różnią, a jednak w każdym kolejnym coś delikatnie się przesuwa, jakby rzeczywistość traciła stabilność. Artysta doskonale rozumie, że w tej historii najstraszniejsze rzeczy dzieją się pomiędzy wydarzeniami.

Największą siłą „Islandera jest atmosfera. To jeden z tych komiksów, które czuje się niemal fizycznie. Gęsty, lepki klimat zagrożenia i niepewności nie opuszcza czytelnika ani na moment. Ogromnym atutem jest także konstrukcja świata - wiarygodna, boleśnie aktualna wizja geopolityczna, unikająca prostych klisz science fiction. Postacie drugoplanowe nie są dekoracją - to pełnokrwiste osoby z własnymi dramatami. A warstwa graficzna to absolutna czołówka współczesnego komiksu europejskiego.

Jeśli chodzi o wady, największą z nich może być tempo. Narracja momentami wyraźnie zwalnia, skupiając się na detalach i budowaniu nastroju, co mniej cierpliwych czytelników może znużyć. Liam bywa także bohaterem biernym - bardziej świadkiem rozpadu świata niż jego aktywnym uczestnikiem. Brakuje tu humoru i chwil wytchnienia, przez co lektura potrafi przytłoczyć. Ale czy w opowieści o końcu świata naprawdę powinno być lekko?

Islander nie jest komiksem, po którym zaparzasz herbatę i idziesz spać z uśmiechem. To historia, która zostaje w głowie i drąży ją długo po zamknięciu albumu. Férey i Rouge stworzyli lustro, w którym - chcąc nie chcąc - możemy zobaczyć własną, poturbowaną twarz za dziesięć, może piętnaście lat.

Czekam na kontynuację z niepokojem i ciekawością. I z nadzieją, że kolejne tomy odkryją więcej kart - nawet jeśli prawda okaże się jeszcze mniej komfortowa niż dotąd.

Informacje o komiksie
Współpraca recenzencka (redakcja otrzymała bezpłatny egzemplarz) Tak
Tytuł „Islander. 1 - Wygnanie”
Wydawca Non Stop Comics
Seria Islander
Scenarzysta Caryl Férey
Rysownik Corentin Rouge
Tłumacz Jakub Syty
Rok wydania 2026
Format 235x310 mm
Okładka twarda
Liczba stron 160 (kolor)
Cena okładkowa 99,90 zł

Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.