Kiedy morze zaczyna patrzeć, czyli "Widmo nad Innsmouth" - recenzja mangi.
Jakiś czas temu rozpływałem się nad mangowym zbiorem lovecraftowych opowiadań autorstwa Gou Tanabe. Teraz w moje ręce wpadł kolejny tom wydany przez Studiu JG. Proszę państwa, autobus do Innsmouth zajechał!
„Widmo nad Innsmouth” to jedna z tych mang, które najlepiej czytać późnym wieczorem, kiedy za oknem jest ciemno, w mieszkaniu panuje cisza, a każdy szmer dobiegający z klatki schodowej zaczyna brzmieć podejrzanie. Gou Tanabe po raz kolejny bierze na warsztat prozę H.P. Lovecrafta i udowadnia, że mało kto potrafi przełożyć jego kosmiczną grozę na język komiksu tak sugestywnie. Nie próbuje unowocześniać opowiadania ani na siłę nadawać mu tempa współczesnego horroru. Zamiast tego cierpliwie prowadzi czytelnika przez brudne ulice, podupadłe domy i duszną atmosferę miasteczka, do którego rozsądny człowiek nie powinien nawet wjeżdżać.
Historia zaczyna się niewinnie. Młody bohater podróżuje po Nowej Anglii, interesując się historią swojej rodziny, i trafia na ślad Innsmouth - portowego miasta otoczonego wyjątkowo złą sławą. Mieszkańcy okolicy mówią o nim niechętnie, kierowcy omijają je szerokim łukiem, a ludzie pochodzący z Innsmouth mają podobno charakterystyczny wygląd. Oczywiście wszystko to tylko podsyca ciekawość protagonisty. Czytelnik doskonale wie, że ta podróż nie skończy się dobrze, ale właśnie na tym polega przyjemność: obserwujemy, jak niewinna wycieczka stopniowo zmienia się w zejście do świata, którego istnienia bohater wolałby nigdy nie odkryć.

Jejku, jakie to było dobre! Największą siłą tej mangi są oczywiście rysunki. Tanabe nie potrzebuje efektownych potworów pojawiających się co kilka stron. Grozę buduje architekturą, cieniem i twarzami ludzi (czy aby na pewno?). Innsmouth wygląda jak miejsce przegniłe od środka. Budynki stoją krzywo, ulice sprawiają wrażenie wymarłych, a mieszkańcy patrzą na przybysza trochę zbyt długo. Autor świetnie operuje czernią i szczegółem. Niektóre plansze można oglądać przez kilka minut, wyłapując kolejne elementy rozpadającego się miasta. Kiedy zaś historia odsłania swoje bardziej potworne oblicze, Tanabe nie zawodzi. Jego Istoty z Głębin są odrażające, mokre, ciężkie i niepokojąco cielesne. Nie wyglądają jak fantastyczne bestie, lecz jak coś, co naprawdę mogłoby wyczołgać się nocą z oceanu. Jeśli miałbym je sobie wyobrażać, to właśnie w ten sposób!
Bardzo dobrze wypada także słynna sekwencja nocna w hotelu. Manga, która wcześniej rozwijała się spokojnie, nagle przyspiesza. Kolejne kadry stają się ciaśniejsze, cienie gęstnieją, a poczucie osaczenia rośnie z każdą stroną. Tanabe potrafi zamienić ucieczkę przez korytarz, zamknięte drzwi czy odgłosy na schodach w sceny równie emocjonujące jak widowiskowa walka. To horror oparty nie na zaskoczeniu, lecz na świadomości, że coś zbliża się nieuchronnie.

Najlepsza część zaczyna się wtedy, gdy napięcie wreszcie pęka i opowieść zmienia się w desperacką walkę o ucieczkę. Tanabe świetnie prowadzi sceny nocnego pościgu. Kadry stają się dynamiczniejsze, ale nadal pozostają czytelne, a kolejne przeszkody naprawdę dają poczucie osaczenia. To nie jest bohater, który nagle odkrywa w sobie zdolności komandosa. Jest zmęczony, przerażony i przez większość czasu zwyczajnie nie wie, dokąd uciekać. Dzięki temu nawet dobrze znany fragment odzyskuje napięcie. Czytelnik zna prawdę o Innsmouth, ale nadal chce przewracać strony szybciej, żeby sprawdzić, czy bohater zdąży przed tym, co wychodzi na ulice.

Nie znaczy to jednak, że manga będzie idealna dla każdego. Tanabe pozostaje bardzo wierny literackiemu pierwowzorowi, przez co w komiksie pojawia się sporo tekstu, opowieści i wyjaśnień. Pierwsza połowa rozwija się powoli, a osoby oczekujące szybkiej akcji mogą poczuć zniecierpliwienie. Sam bohater również jest bardziej przewodnikiem po historii niż wyrazistą postacią. Mnie to nie przeszkadzało, ba, mam wrażenie, że właśnie dzięki temu Innsmouth staje się prawdziwym głównym bohaterem tej opowieści.
Polskie wydanie Studia JG zbiera w jednym tomie dwa tomy oryginalnej mangi, dzięki czemu dostajemy całą historię bez czekania na kontynuację. To solidna, obszerna książka, która świetnie prezentuje się na półce obok pozostałych adaptacji Lovecrafta autorstwa Tanabego. Jestem pod mega wrażeniem tego wydania, bardzo ładnie wygląda na półce. Takich mang mógłbym mieć zdecydowanie więcej.

„Widmo nad Innsmouth” to dla mnie jedna z tych adaptacji, które nie próbują zastąpić literackiego oryginału, lecz dają mu drugie życie. Gou Tanabe zachowuje ducha Lovecrafta, a jednocześnie wykorzystuje wszystko, co oferuje komiks: skalę, rytm plansz, ciszę między kadrami i obrazy, które zostają w głowie na długo. Nie jest to manga dla osób szukających szybkiej akcji ani horroru opartego na ciągłych szokujących scenach. To gęsta, duszna wyprawa do miasta, w którym od pierwszych stron wszystko wygląda źle, a później robi się już tylko gorzej. Jako fan komiksów i lovecraftowskiej grozy dostałem dokładnie to, na co liczyłem: pięknie wydany, potwornie narysowany koszmar, do którego z przyjemnością nie chciałbym trafić. Po lekturze zostaje przede wszystkim jedno wrażenie - zapach wilgoci, ryb i starego portu, którego nie da się łatwo wyrzucić z pamięci.
Mimo, że historię przedstawioną w tym komiksie znam praktycznie na pamięć, czytanie go było niemal tak fajne, jak lektura samego opowiadania po raz pierwszy. Strasznie mi się podobała ta manga i już zacieram łapki, bo nie mogę się doczekać lektury "W górach szaleństwa"! Już wkrótce wybierzemy się na Antarktydę!
"Widmo nad Innsmouth"
To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.
Sprawdź cenę w GildiiZamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.
