Panel o krytyce komiksowej. Głos z zewnątrz
Na kanale Otwarte Komiksy Tomasza Kołodziejczaka pojawił się zapis panelu o stanie krytyki komiksowej w Polsce. Mój komentarz pod filmem nie przeszedł, więc zostaje ta forma. Kilka rzeczy wybrzmiało za cicho albo wcale.
Na kanale Otwarte Komiksy, prowadzonym przez Tomasza Kołodziejczaka, pojawił się zapis panelu zamykającego Komiksową Warszawę. Temat brzmiał: „Czy czytelnikom (i wydawcom) potrzebni są krytycy komiksowi? I właściwie do czego?". Rozmowa była mądra, miejscami szczera, prowadzona przez ludzi, którzy o komiksie wiedzą dużo. Napisałem pod filmem komentarz. Nie został zaakceptowany albo został usunięty (to też wymowne). Trudno, zostaje blog.
Najpierw uczciwie: z częścią tez podnoszonych przez panelistów się zgadzam. O tym, że recenzuję te komiksy, które mi się podobają, i że nie pastwię się nad słabymi pozycjami, pisałem już na Facebooku, na Spec Forum Komiks i mam to wprost w bio na stronie. Nie z lenistwa ani z wygody. Po prostu te teksty są subiektywne — jeśli coś mi nie podchodzi, nie znaczy jeszcze, że ma się nie podobać komuś innemu, więc niekoniecznie czuję się powołany, żeby publicznie to zjeżdżać. Kołodziejczak rozłożył krytykę na trzy poziomy — naukowy, publicystyczny i ten najniższy, prezentacyjny — i to dobry, użyteczny podział. Artur Cimikiewicz słusznie zwrócił uwagę na rankingi roczne udające obiektywny obraz rynku. Z tym wszystkim trudno polemizować, bo to po prostu prawda.
Polemika zaczyna się gdzie indziej. Przy tym, czego na panelu zabrakło, i przy tym, kto przy stole nie siedział.
Ponieważ w komiksowie "duzi" uzurpują sobie prawo do krytykowania małych i środowisko postrzega to za naturalną kolej rzeczy, tym razem mały odszczeknie się tym dużym. Bo jak słusznie zauważono, każdy ma prawo do wypowiedzi.
Dyskusja o nieobecnych
Na panelu sporo mówiono o tych „mniejszych" — o blogerach od unboxingów, o ludziach, którzy „kartkują komiksy" i robią „fajna krecha, dziękuję wydawcy". To właśnie ten najniższy poziom z typologii Kołodziejczaka był regularnie przywoływany jako problem. Tyle że nikogo z tego poziomu do rozmowy nie zaproszono.
Cztery krzesła, na nich krytyk-publicysta, wieloletni wydawca i redaktor, bloger-instagramer i prowadzący portal. Sami ludzie ze środowiska, sami w jakimś sensie zawodowcy tej niszy. Rozmawiano o tych mniejszych, niezależnych, niezwiązanych z branżą — ale rozmawiano o nich, a nie z nimi. To różnica fundamentalna. Dyskusja o czyimś problemie, prowadzona bez udziału tego kogoś, ma swoją nazwę i nie jest to nazwa pochlebna.
I tu wraca wątek, który na panelu wybrzmiał mocno: kolesiostwo. Paneliści analizowali je u innych — że recenzent zna wydawcę, że autor jest kumplem autora, że trudno zjechać kolegę. Słusznie. Tylko że oni sami też są kolegami. Też tworzą środowisko z własnymi relacjami, lojalnościami i interesami. Padło zresztą wprost, w innym kontekście: „wpadamy w toksyczną pozytywność". Otóż przy ocenie tych z zewnątrz mechanizm bywa odwrotny. Mały, niezależny bloger, niezwiązany z branżą, jest nieprzewidywalny. Nie da się go urobić pod tezę, nie zależy mu na recenzenckich egzemplarzach, nie ma układów do pielęgnowania. To czyni go niewygodnym. Łatwiej go zbyć jako „gadaninę po socjalnych mediach" niż potraktować jako konkurencję, która gra według innych reguł.
Mówię o tym nie abstrakcyjnie. Jakub Oleksak z Komiksopedii, który ten panel prowadził, regularnie krytykuje mnie za to, że na blogu poruszam tematykę sztucznej inteligencji, i wyszydza przy okazji mnie i mój zawód. W komiksowie jest zmowa milczenia o AI. Branża komiksowa nie powinna o AI pisać — a skoro nie powinna, to najlepiej, żeby tekstów nie było, bo wtedy problem sam zniknie (zaskoczę ich: WOŚP nie zniknęło jak TVP nie relacjonowało zbiórek).
Otóż piszę o AI właśnie dlatego, że rolą dziennikarza jest informowanie, również o tematach niewygodnych dla branży. Jestem spoza środowiska, więc nie muszę przymilać się autorom ani rysownikom. Sam wybieram, o czym piszę i co recenzuję, i mówię wprost, bez taryfy ulgowej. To nie jest spór o jakość. To spór o to, kto ma prawo głosu i o czym wolno mówić. Ciekawe, że na panelu o wolności krytyki ta logika nie została wyłożona na stół.
Z chęcią wyjaśnię to zresztą z Jakubem przy okazji któregoś z kolejnych komiksowych eventów, na spokojnie i w cztery oczy. W internecie każdy czuje się mocny, zwłaszcza z gronem branżowych klakierów za plecami. Twarzą w twarz rozmawia się znacznie inaczej i lepiej.
Dorzucę jeszcze jeden fakt, który warto mieć w głowie przy ocenie reprezentatywności tego grona: dwóch z czterech panelistów współpracuje lub współpracowało z Komiksopedią — serwisem założonym przez człowieka od lat związanego z branżą, a nie przez obserwatora stojącego z boku. I tu kolesiostwo, o którym tyle mówiono na panelu, pokazuje swoją drugą stronę. Założyciel Komiksopedii jest PR-owcem w pewnym wydawnictwie. Zgodnie ze sztuką swojego zawodu powinien zapewniać wszystkim mediom równy dostęp do treści. Praktyka jest inna: newsy z wydawnictwa bierze najpierw dla siebie i swojego serwisu, a reszcie rzuca ochłapy kilka dni później. W innych branżach byłoby to nie do pomyślenia. W bankowości, którą znam z pracy zawodowej, takie wykorzystywanie informacji insiderskich przez pracownika dla własnej działalności dałoby KNF spore pole do popisu. Tu nie obowiązują żadne zasady. Nie zarzucam nikomu łamania prawa, bo go nie ma. Zwracam tylko uwagę, że „głos środowiska" i „głos niezależny" to dwie różne rzeczy, a panel reprezentował głównie ten pierwszy.
Czego nie powiedziano o ekonomii blogowania
Najmocniej zabrakło mi jednej rzeczy, którą trzeba powiedzieć wprost: blogerzy prowadzą blogi bez zaplecza finansowego. To nie są redakcje. Nikt nam nie płaci, nie mamy budżetu na zakupy, nie dostajemy pełnej palety tytułów wychodzących co miesiąc.
Z tego wynika prosta konsekwencja, której paneliści dotknęli tylko przy okazji „preselekcji". Kupujemy to, na co nas stać, i to, co leży w obrębie naszych zainteresowań. Ja nie kupuję Marveli ani mangi, więc ich nie omawiam. Nie wydam dwustu złotych na „Epic Spider-Mana" po to, żeby napisać, że mi się nie podoba. Kołodziejczak mówił, że przeczytał 600 komiksów rocznie, czyli jakieś 25 procent rynku, i że to nadal mało. Ma rację — tylko nie padło, ile z tych sześciuset trafiło do niego za darmo od Egmontu, z którym współpracuje. I nie chodzi o żaden zarzut, bo facet ma naprawdę zdrowe podejście: nie wymądrza się, nie jedzie po innych, robi swoje. Człowiek z klasą.
Chodzi o coś innego. Kołodziejczak wiele lat pracował w Egmoncie i współkształtował jego politykę wydawniczą. Zwykły bloger nie ma komfortu czytania za darmo wszystkiego, co wydawca wypuszcza. Punkt startu jest po prostu nierówny — on rusza z dojściami, pozycją i pełnym dostępem, mały bloger z tym, co zmieści się w prywatnym budżecie po opłaceniu rachunków.
Z przesyłkami od wydawców jest podobnie. Egmont proponuje małym blogom trzy komiksy miesięcznie. Jest nas w redakcji trzech, więc każdy bierze po jednym i o nim pisze. Naturalne, że nikt nie wybierze tego, co go nie interesuje. Pole manewru jest minimalne i z góry zawężone do tego, co przyśle wydawca. To ważne, bo „preselekcja", o której z panelu mówił Kołodziejczak, u dużych graczy jest wyborem, a u małych — przymusem ekonomicznym.
I tu dochodzimy do nierówności, o której nie padło ani słowo. Większe pakiety do wyboru dostają media zasięgowe. Weźmy przykład: Wojtek ze Starych Koni dostaje od Egmontu Epiki, wystarczy, że napisze, że komiks jest zajebisty — i tyle. Nie musi niczego uzasadniać ani zgłębiać tematu. Nie wątpię, że ma ogromną wiedzę, lubię jego bloga, a jego cenię za zajawkę i szczerość. Rzecz nie w nim. Rzecz w tym, że jemu wystarczy fotka i polecajka na 500 znaków, bo ma kilkadziesiąt tysięcy obserwujących. Wydawcy faworyzują wybranych, i to faworyzowanie idzie dokładnie w stronę tych, którzy najmniej muszą się tłumaczyć. Małemu blogerowi, którego nikt nie ogląda masowo, paradoksalnie stawia się wyższą poprzeczkę merytoryczną niż zasięgowcowi z jednozdaniową rekomendacją. O tej asymetrii panel milczał.
Hobby, nie etat
Skoro kupujemy za własne pieniądze, to przejdźmy do rzeczy, której czytelnicy często nie chcą przyjąć do wiadomości. To jest praca hobbystyczna. Nie pracujemy w redakcjach, które na tym zarabiają. Robimy to po 8 godzinach pracy na etacie w normalnej tyrce.
Jeśli mam poświęcić dwie godziny wieczorem na tekst o komiksie, który mi się nie podoba, to wolę poświęcić ten czas rodzinie. To mój blog i moje zasady. Wolę podzielić się z czytelnikami tym, co sprawia mi frajdę, niż narzekać dla zasady. I warto dopowiedzieć, ile ta zabawa kosztuje. Czytelnicy nie kwapili się, żeby ją sfinansować — poza trzema osobami na Patronite zrzucającymi się po 10-20 zł miesięcznie, nikt nie dołożył się do założenia bloga. A to nie są drobne. Postawienie strony i migracja treści to dwa tysiące złotych, do tego wykup i utrzymanie domeny, system do mailingu, wsparcie IT, dorzućmy wyjazdy na eventy: bilety, paliwo, czas, jedzenie. Wszystko z własnej kieszeni. Co nie przeszkadza tym samym czytelnikom regularnie komentować jakości moich nagrań — kup sobie lepszy mikrofon, kup lepszą kamerę. Chętnie kupię, podrzućcie tylko numer konta, na które wpłacacie.
I tu akurat paneliści trafili w sedno, sami może nie wyciągając z tego pełnych wniosków: cisza wokół komiksu też jest opinią. Jeśli nikt o czymś nie pisze, to zwykle znaczy, że rzecz jest słaba albo nikogo nie obeszła. Nie potrzeba do tego miażdżącej recenzji. Brak recenzji bywa wystarczająco wymowny.
Zostają czytelnicy. Włączają się w dyskusję, oceniają blogerów, wymagają — co i jak ma być zrecenzowane. Tylko że nikt im nie płaci za naszą pracę, więc trudno, żeby stawiali warunki. Chcą czytać za darmo, nie wrzucają złotówki do Patronite, a oczekiwania mają takie, jakby co najmniej kupili kolorowy magazyn z recenzjami za cztery dychy. Krytyka konsumencka jest w porządku, każdy ma do niej prawo. Ale roszczenie wobec kogoś, kto robi coś za darmo i po godzinach, ma swoje granice.
Na koniec
Panel skończył się tak, jak zauważył sam prowadzący: nikt nie powiedział wprost, czy stan krytyki jest dobry, czy zły. Mili ludzie powiedzieli miłe rzeczy. Nie mam o to pretensji, taka jest natura tego typu spotkań.
Mam pretensję o coś innego. O to, że rozmowa o kondycji krytyki komiksowej w Polsce po raz kolejny odbyła się w gronie, które samo siebie reprezentuje, i po raz kolejny narzekała, że „kiedyś to było". Kołodziejczak — którego cenię i którego argumenty zwykle kupuję — sam zauważył, że to nisza w niszy, a mnogość głosów jest naturalna i nie da się protestować przeciwko przyrodzie i fizyce. Zgoda. Tylko że jeśli już się o tej niszy rozmawia, to warto czasem posadzić przy stole kogoś, kto patrzy na nią od dołu, a nie tylko z poziomu, na którym dostaje się pełne pakiety i zaproszenia do panelu. Bez tego głosu cała diagnoza jest niepełna. A miejscami, niestety, wygodnie niepełna.
EDIT (po publikacji): Pisałem wyżej o trzech wspierających na Patronite. Po ukazaniu się tego tekstu jeden z nich wycofał wsparcie. Zostało dwóch - razem dwadzieścia złotych miesięcznie. Trudno o lepszą ilustrację tezy całego wpisu 😉