Western ze stepów Azji. Recenzja „Laleczki z kości słoniowej" od Lost In Time
Pograniczne miasto, oblężenie, banda ze stepu i para uciekinierów, którzy wolność muszą zdobywać wciąż od nowa. Brzmi jak western? Bo w gruncie rzeczy nim jest, tylko przeniesionym do Chin dynastii Tang. Lost In Time wskrzesza „Laleczkę z kości słoniowej", klasykę francusko-belgijskiej szkoły.
Są komiksy, które starzeją się jak dobre wino, i takie, które kończą jak kanapka zostawiona w plecaku na wakacje. „Laleczka z kości słoniowej" należy do tych pierwszych. To jednak wino z rocznika, w którym nikt jeszcze nie sprawdzał, czy etykieta jest odpowiednio inkluzywna.
Trzy albumy w jednym
Lost In Time zebrało pod jedną okładką trzy pierwsze części oryginalnej serii, wydawane przez Glénat rok po roku od 1988 do 1990. Cały cykl liczy dziewięć albumów i powstawał osiemnaście lat, do 2005 roku. Korzenie sięgają jeszcze głębiej: pierwsze odcinki drukował już w 1987 roku francuski miesięcznik historyczny „Vécu", ten sam, z którego wyrósł np. „Giacomo C.".

Oprócz samych komiksów dostajemy obszerny wstęp przypominający omawiający twórczość Franza. Sam komiks ma 168 stron, twardą oprawę i duży format. I oczywiście obwolutę, co nie jest standardem w komiksach Lostów. Ma to związek z wpadką, która pokazała, jak wiele może się posypać na ostatniej prostej. Na grzbiecie albumu wydrukowano „złoniowej" zamiast „słoniowej". Wydawnictwo mogło rozesłać nakład i liczyć, że nikt nie zauważy (bo czcionka jest stylizowana). Zamiast tego wstrzymało wysyłkę i razem z drukarnią dodrukowało do każdego egzemplarza obwolutę z poprawnym tytułem. Kosztowna decyzja, za to elegancka. Gdy Egmont pomylił strony w serii DC Compact, zamieścił prawidłowe... do poczytania online.
IX wiek, czyli głęboka noc europejskiego średniowiecza
Akcja rozgrywa się w Chinach dynastii Tang, konkretnie w IX wieku. Odległe dzieje. Żeby sobie to zobrazować, warto porównać to do naszego podwórka. Gdy Yu Lien przemierza stepy Azji Środkowej, na ziemiach dzisiejszej Polski trwa jeszcze pogańskie wczesne średniowiecze. Do chrztu Mieszka I zostało ponad sto lat. Nie ma państwa Piastów, nie ma murowanych grodów w dzisiejszym rozumieniu. Są plemiona, drewniane osady, święte gaje. A po drugiej stronie kontynentu działa już jedno z najbardziej wyrafinowanych imperiów świata, z rozbudowaną administracją, poezją, jedwabiem i dalekosiężnym handlem.

Podczas researchu znalazłem zabawną ciekawostkę związaną z datowaniem akcji tego komiksu. Francuski opis wydawniczy, powielany latami przez księgarnie i bazy danych, lokował akcję „u progu XII wieku". To niemożliwe, bo Tangowie upadli w 907 roku. Błąd tkwił jednak w opisie, nie w komiksie. Ponoć przez ponad trzy dekady sprzedawano tę serię z błędną metryką.

Intrygujący tytuł
„Laleczka z kości słoniowej" intryguje, bo w samym komiksie nie pada w zasadzie żadne zdanie, które by go wyjaśniało. Zostaje interpretacja, którą można odczytać tak: kość słoniowa to materiał luksusowy, kosztowny, kolonialny w swojej symbolice. Rzeźbi się z niej cacka na półkę. Tak zaczyna się los bohaterki komiksu - Yu Lien: jako towar. Sprzedana, wystawiona na pokaz, przeznaczona do „domu kwiatów". Piękny przedmiot na sprzedaż. Jak się jednak okazuje, laleczka szybko odmawia bycia laleczką. Tytuł może być ironiczną etykietą, obietnicą kruchej ozdoby, pod którą kryje się ktoś zupełnie inny.

Jak wynika z zebranych na potrzeby tego tekstu inform,acji, za granicą wcale nie trzymano się dosłownego określenia. W Holandii całą serię przemianowano na „Kwiat lotosu", a pierwszy album wyszedł tam jako „Noc pełna przemocy". Holenderski wydawca uciekł od dwuznacznego, uprzedmiotawiającego oryginału ku egzotycznej, romantycznej metaforze. Polski wydawca postawił na wierność oryginałowi.
Autor, który naprawdę umiał rysować konie
Za scenariusz, rysunki i kolory odpowiada jednoosobowo Franz, czyli Franz Drappier (1948–2003), Belg, jeden z filarów realistycznej szkoły francusko-belgijskiej. Jest w tym komiksie szczegół, który wychwyci każdy uważny czytelnik: konie. Zwierzęta u Franza żyją, poruszają się naturalnie, mają ciężar i ruch. Autor od dziecka pasjonował się końmi i jeździł konno.

Skąd u belgijskiego rysownika taki zmysł do budowania pogranicznej przygody? Franz jako chłopiec pochłaniał western „Red Ryder", i to widać w każdym kadrze. Przy budowaniu chińskiego tła sięgał z kolei do prozy Roberta van Gulika, holenderskiego dyplomaty i sinologa, którego kryminały o sędzim Di rozgrywają się w epoce Tang. „Laleczka…" nie jest detektywistyczna, ale wyrasta z tej samej zachodniej fascynacji dawnymi Chinami.

Komiks drogi z niezłym tempem
Fabuły nie będę szczegółowo omawiał, bo połowa frajdy to obserwowanie, jak Franz raz po raz wpędza bohaterów w tarapaty. Wykształcona Yu Lien z dobrego domu trafia w tryby handlu ludźmi, a na jej drodze staje porywczy Timok, syn stepowego wodza. Rodzi się między nimi uczucie, które zamiast prowadzić do stabilizacji, skazuje oboje na ucieczkę.
Tu wraca westernowy szkielet zapowiedziany na wstępie. Bohaterowie niemal od początku są w ruchu, ścigani, zmuszeni do ciągłej wędrówki. Miłość oznacza tu wygnanie. Akcja nie zwalnia ani na moment: pościg, starcie, zwrot, ucieczka. Franz miesza przemoc z humorem, gwałtowną scenę z żartem albo kłótnią zakochanych, co ratuje całość przed ponurym patosem.
Rzecz, o której trzeba powiedzieć wprost
Nie da się, i nie należy, przemilczeć jednej kwestii. „Laleczka z kości słoniowej" powstawała pod koniec lat 80., gdy nikt nie przykładał obsesyjnej wagi do poprawności politycznej. To widać, i to mocno.

Yu Lien jest silna, sprawcza, zabawna, prowadzi tę opowieść za rękę. Jest też skrajnie zseksualizowana. Franz oddaje jej charakter i decyzyjność, a jednocześnie bez przerwy eksponuje jej ciało, wpisując bohaterkę w bardzo męski sposób patrzenia. Kto sięga po ten komiks z inkluzywnymi oczekiwaniami rodem z lat 20. XXI wieku, zderzy się ze ścianą. Kto, jak ja, lubi tę klasykę z całym dobrodziejstwem inwentarza i czyta ją w kontekście epoki, dostanie kawał świetnie narysowanej przygody.
Warto?
Zdecydowanie, choć ze świadomością, po co się sięga. To nie jest komiks, który udaje współczesny. To pełnokrwista, egzotyczna, brutalna i zmysłowa przygoda. Franz nie pisał podręcznika o dynastii Tang. Zrobił rozpędzony spektakl, w którym imperium ściera się z plemieniem, porządek z wolnością, step z miastem. Dla miłośników starej francusko-belgijskiej szkoły pozycja obowiązkowa.