„Legendy Jarocina" - kiedy rock dopiero uczył się buntu. Recenzja komiksu

Nigdy nie byłem w Jarocinie. Znam za to płyty tych, którzy się tam rodzili jako muzycy albo przyjeżdżali już jako legendy. Album jest antologią i nie opowiada historii festiwalu. To migawki i wspomnienia uczestników "Jarocina" sprzed kilku dekad.

„Legendy Jarocina" - kiedy rock dopiero uczył się buntu. Recenzja komiksu

Scenariusze pisało sześcioro ludzi: Renata Przemyk z Anną Saraniecką, Walter Chełstowski, Marek Piekarczyk, Olaf Deriglasoff i Arkadiusz Jakubik. Całość narysował jeden człowiek, Jacek Kowalski. To daje antologii rzadką spójność - sześć różnych głosów, jedna kreska. Nie czyta się tego jak przypadkowej zbieraniny, tylko jak album z wieloma narratorami.

Opowiadania nie próbują opowiedzieć historii festiwalu. To migawki. Pojedyncze sceny, które komuś utkwiły w głowie na trzydzieści czy czterdzieści lat i nie chcą wyjść. Zamiast kroniki dostajemy pamięć, wybiórczą i emocjonalną, przez to prawdziwą.

Renata Przemyk wspomina moment, gdy jej wejście na scenę oburzyło publiczność, a skończyło się ciepłym przyjęciem. Nawet skini z szacunkiem pytali jej w pewnym momencie, czy mają spuścić łomot złapanemu punkowi (kazała im go oszczędzić). Marek Piekarczyk zasypia zmęczony na murawie po koncertach, a rano budzi się na pustym już polu, przykryty przez fanów, którzy zostawili go w spokoju. Jest wspomnienie Ryśka Riedla i Dżemu, koncert, na którym odcięto prąd, więc impreza przeniosła się na pole namiotowe. Jest Walter Chełstowski, przed którym nastolatki chowają butelki, tak że organizator festiwalu nie może nigdzie znaleźć nic do picia. Do tego jego starcia z cenzurą, która kontrolowała każdy tekst.

Ta ostatnia rzecz ma mocne oparcie w faktach. Teksty zespołów trafiały do Urzędu Kontroli Publikacji i Widowisk w Kaliszu, a w archiwach zachowały się kartony z naniesionymi przez cenzora ingerencjami. W komiksie to anegdota, w rzeczywistości był to system. Podobnie historia Piekarczyka i TSA. Zespół związał się z Jarocinem, tam doszło do spotkania wokalisty z grupą, które zdecydowało o jego karierze.

Osobny wątek dostaje Jurek Owsiak i pierwsza zbiórka Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Kawałek historii, który wielu ludziom umyka. Pierwsza kwesta na WOŚP odbyła się właśnie w Jarocinie, w sierpniu 1992 roku, podczas festiwalu. Bywa nazywana „półfinałem", bo właściwy pierwszy Finał, transmitowany już przez telewizję, przyszedł kilka miesięcy później, 3 stycznia 1993 roku. Pieniądze zbierano wtedy do czarnych worków na śmieci, a banknoty trzeba było potem prostować i prasować.

Festiwal wystartował w 1970 roku jako lokalny przegląd Wielkopolskie Rytmy Młodych, organizowany przez zapaleńców skupionych wokół klubu Olimp. Przez dekadę pozostawał imprezą regionalną. W 1980 roku zainteresowali się nim Jacek Sylwin i Walter Chełstowski, którzy przekształcili go w Ogólnopolski Przegląd Muzyki Młodej Generacji, później znany jako Festiwal Muzyków Rockowych. Ta formuła, konkursowe przesłuchania dla debiutantów obok koncertów gwiazd, uczyniła z Jarocina na lata największy festiwal rockowy w całym bloku wschodnim. W szarych realiach PRL-u był oazą wolności. Część komentatorów widziała w nim jednak celowo otwarty przez władze wentyl bezpieczeństwa dla zbuntowanej młodzieży.

Ciekawostek jest więcej, niż zmieściłoby się w komiksie. Na pierwszej edycji nowej formuły w 1980 roku wystąpiły Maanam i Kombi, a Nocne Szczury przeszły do historii jako pierwsza punkowa kapela na festiwalu. W latach osiemdziesiątych impreza ściągała po kilkanaście, czasem trzydzieści tysięcy ludzi i dorobiła się przydomka „polskiego Woodstocku". Publiczność zaczęła się dzielić na skłócone subkultury punków i skinów, a bójki przy tak zwanej Małej Scenie stały się częścią festiwalowego folkloru. Sielanki nie było. Zespoły uznane za zbyt radykalne, jak Dezerter, bywały do Jarocina niezapraszane i lądowały na konkurencyjnym warszawskim Róbrege, prowadzonym po części przez tych samych ludzi.

Logo
To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie moją pracę, a cena dla Was pozostaje bez zmian.

Kowalski rysuje to wszystko czysto i z wyczuciem. Jego portrety muzyków są rozpoznawalne bez przerysowania, a kadry koncertowe mają energię, którą trudno oddać na papierze. Widać rękę zawodowca, Kowalski to storyboardzista i ilustrator reklamowy, jarocinianin i muzyk. Nie ma tu jednak chłodu, jaki czasem idzie za rzemiosłem. Wstępniak Chełstowskiego stylizowano na przekaz z przyszłości, jakby ktoś za tysiąc lat próbował z ocalałych obrazków odtworzyć, co się w Jarocinie działo. Nadaje to całości ładny, trochę żartobliwy dystans.

To komiks o początkach. O momencie, w którym rockowy bunt w Polsce dopiero się rodził i nikt jeszcze nie wiedział, że tworzy legendę. Nie ma tu pomnikowego tonu ani martyrologii. Są ludzie, którzy byli młodzi, robili muzykę i przy okazji weszli do historii. Album pokazuje ich w chwilach, które zapamiętali, a nie w tych, o których pisze się w podręcznikach.

Bardzo mi się to podoba. Nie jest to opracowanie ani przewodnik, tylko zbiór osobistych przebłysków, opowiedzianych przez samych bohaterów i narysowanych przez kogoś, kto ten festiwal ma we krwi. Dla kogoś, kto Jarocina nie widział, jak ja, to świetne wejście za kulisy. Dla tych, którzy tam byli i to pamiętają, na pewno komiks znaczy znacznie więcej.

Informacje o komiksie
Tytuł Legendy Jarocina
Seria
Wydawca Muzeum Regionalne w Jarocinie
Scenarzysta Renata Przemyk z Anną Saraniecką, Walter Chełstowski, Marek Piekarczyk, Olaf Deriglasoff i Arkadiusz Jakubik
Rysownik Jacek Kowalski
Kolorysta Jacek Kowalski
Tłumacz
Rok wydania 2026
Format
Okładka twarda i miękka
Liczba stron 80
Cena okładkowa 40-70 zł
Logo
To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie moją pracę, a cena dla Was pozostaje bez zmian.
Obserwuj Blog o komiksach w Google