„Mątwa Arystotelesa”. Recenzja komiksu
Ile razy zdarzyło Wam się zgubić coś poza domem, gdzieś na ulicy albo w miejskim zgiełku? Korzystaliście kiedyś w swoim życiu z Biura Rzeczy Znalezionych? Ja osobiście nigdy. Zawsze miałem wrażenie, że jest to miejsce nikomu niepotrzebne, zapomniane, przechowalnia wyrwanych z życia ludzi rzeczy, o których świat dawno już przestał pamiętać. Po przeczytaniu komiksu „Mątwa Arystotelesa” mój punkt widzenia mocno się zmienił.
Dzięki wydawnictwu Timof i cisi wspólnicy możemy poznać bardzo osobliwą historię opowiedzianą przez Matthew Dooleya, który odpowiada tu zarówno za scenariusz, jak i ilustracje.
Witajcie w Dobbiston. Małym, szarym, zupełnie przeciętnym miasteczku. Gdzieś w trzewiach tutejszego ratusza, w piwnicach, o których istnieniu świat wolałby zapomnieć, mieści się Biuro Rzeczy Znalezionych. To królestwo pana Danielsa. Starszy, zmęczony życiem wdowiec od kilkudziesięciu lat kataloguje ludzkie roztargnienie z pedantyczną, niemal obsesyjną dokładnością. Każdy przedmiot to dla niego osobna historia, zamknięty mikrokosmos cudzych emocji.
Danielsa znają wszyscy, ale tak naprawdę nie zna go nikt. Dla większości ludzi jest po prostu dziwny.
Po pracy wraca do domu, siada przed telewizorem i ogląda seriale, których nie znosi. Robi to wyłącznie dlatego, że jego zmarła żona je lubiła. Jedynym jego towarzystwem jest ptak w klatce, któremu nadał jej imię, Suzan.



Daniels prowadzi swoje do bólu rutynowe życie. I nagle zjawia się Toby.
Toby to nastolatek i marzyciel. Planuje muzyczną karierę swojego zespołu, choć sam nie potrafi jeszcze grać na żadnym instrumencie. Traf chce, że na szkolne praktyki zostaje przydzielony właśnie do urzędu, a konkretnie do biura Danielsa. Dochodzi tu do zderzenia dwóch światów, uporządkowanego, cichego i skatalogowanego, z chaotycznym, głośnym i pełnym młodzieńczej pewności siebie. Ta relacja, początkowo pełna niezręcznych pauz i wzajemnego niezrozumienia, z czasem staje się osią całej opowieści.
Znajomość Danielsa i Toby’ego powoli się rozwija. Początkowo bardzo nieufny kustosz z czasem zaczyna ufać i otwierać się przed młodym chłopakiem. Wpuszcza go do swojego szczelnie zamkniętego świata.
Toby odkrywa jednak coś jeszcze. Podziemia ratusza to nie tylko magazyn starych rupieci. Daniels, ten niepozorny urzędnik, prowadzi tam "alchemiczne eksperymenty". Próbował stworzyć eliksir życia. Nagrywa mityczną „muzykę sfer”. Szuka prawdy ostatecznej w rzeczach, które ktoś kiedyś zostawił na ławce. Do tego ma zupełnie inne spojrzenie na klasyczną newtonowską fizykę.
Między Danielsem a Toby'm zawiązuje się powoli przyjacielska nić. I wszystko zaczyna się układać. Do momentu, gdy do biura przychodzi ojciec z synem odebrać zagubioną zabawkę, skrzętnie skatalogowaną. Zabawki jednak nie ma. Świat pana Danielsa zaczyna się sypać…
Oczywiście nie będę zdradzał, jak kończy się ta historia. Zakończenie musicie odkryć już sami.



Scenariusz „Mątwy Arystotelesa” imponuje subtelnością i psychologiczną precyzją. Dooley zaprasza nas do introspekcji, do wspólnego szukania odpowiedzi na pytania o sens istnienia, samotność i o to, co właściwie sprawia, że w ogóle chce nam się rano wstać z łóżka. Świat Dobbiston, z jego senną atmosferą i mieszkańcami, którzy zdają się funkcjonować jakby obok rzeczywistości, staje się metaforą czegoś znacznie szerszego. To przestrzeń, w której czas płynie wolniej, a drobne ekscentryczności nikogo już nie dziwią.
Problematyka komiksu koncentruje się wokół samotności. Tej cichej, uporczywej, która zmusza ludzi do tworzenia własnych, często skomplikowanych rytuałów i teorii, byle tylko zagłuszyć pustkę. Pan Daniels, ze swoimi pseudonaukowymi eksperymentami, jest tego najlepszym przykładem. Jego dążenie do odnalezienia eliksiru życia czy nagrania muzyki sfer, choć w realiach biura rzeczy znalezionych brzmi absurdalnie, w gruncie rzeczy jest rozpaczliwą próbą nadania sensu życiu po stracie ukochanej osoby. To zderzenie wielkich ambicji z przyziemnością działa najmocniej i zostaje w głowie.
Dooley z dużą empatią pokazuje, jak ludzie, nawet ci najbardziej niepozorni, potrafią pielęgnować w sobie pasje i marzenia, które dla świata zewnętrznego pozostają zupełnie niewidoczne.
Scenariusz jest pełen humoru, ale to humor oszczędny, momentami suchy, często podszyty melancholią. Śmiech nie wybija się na pierwszy plan, raczej pojawia się gdzieś obok i równie szybko ustępuje miejsca refleksji. To opowieść o tym, jak ważne jest znalezienie punktu zaczepienia, nawet jeśli dla innych wydaje się on kompletnie bez sensu, oraz o tym, jak przypadkowe spotkania potrafią wyciągnąć nas z izolacji.
Dooley bardzo świadomie buduje emocje. Pozwala scenom wybrzmieć w ciszy, w niedopowiedzeniach, w spojrzeniach bohaterów.
Narracja prowadzona jest dwutorowo, co okazuje się bardzo trafnym rozwiązaniem. Z jednej strony mamy rozwijającą się, momentami nieporadną relację Danielsa z Tobym. Z drugiej Dooley dorzuca krótkie, autonomiczne miniopowieści o zaginionych przedmiotach, które trafiły do biura rzeczy znalezionych. Te dygresje działają jak drobne ukłucia. Kontrastują z powolnym rytmem głównej historii i nadają jej wyraźniejszy charakter.
Warstwa graficzna „Mątwy Arystotelesa” na pierwszy rzut oka może wydawać się prosta. To jednak bardzo świadoma prostota. Bez zbędnych ozdobników, bez przekombinowania. Dzięki temu cała uwaga idzie w stronę emocji bohaterów. Kadry są przemyślane. Tempo nie wynika tu z akcji, tylko z drobnych zmian w kompozycji i perspektywie.
Autor dobrze czuje układ plansz. Potrafi trzymać się regularnej siatki, żeby za chwilę ją przełamać i wrzucić większy, mocniejszy kadr tam, gdzie faktycznie ma to znaczenie. Czyta się to bardzo płynnie, momentami wręcz intuicyjnie.
Kolory są stonowane, raczej przygaszone. Pasują do klimatu tego świata, trochę sennego, trochę przykurzonego. Najlepiej wypada mimika postaci. Czasem drobna zmiana wyrazu twarzy robi więcej niż cały dialog. Widać, że Dooley ma na to oko. Całość jest oszczędna, ale działa. Bez fajerwerków, bez popisywania się. I właśnie dlatego trafia.



„Mątwa Arystotelesa” to komiks, który mocno mnie poruszył. To historia zanurzona w melancholii i cichym humorze, pełna momentów, które potrafią zaskoczyć swoim pięknem. Matthew Dooley stworzył opowieść, która skłania do refleksji nad własnym życiem. Nad tym, co gubimy i co odnajdujemy, nad samotnością oraz nad tym, jak ważne są te ciche, niepozorne więzi, które tworzymy.
To opowieść o tym, że nawet w najbardziej szarej rzeczywistości, w zakurzonym biurze rzeczy znalezionych, można odnaleźć sens, a czasem nawet coś na kształt magii. To komiks, który zachęca, by spojrzeć głębiej, dostrzec niezwykłość w zwyczajności i docenić te małe, zagubione fragmenty życia, które potrafią nagle nabrać znaczenia.
Jeśli szukacie komiksu, który Was poruszy, rozbawi i zostawi z refleksją, „Mątwa Arystotelesa” zdecydowanie jest pozycją wartą uwagi. Dajcie się wciągnąć w tę opowieść, bo jest spora szansa, że zostanie ona z Wami na dłużej.
To historia, która przypomina, że najciekawsze rzeczy często kryją się tam, gdzie najmniej się ich spodziewamy. Trzeba tylko dać sobie chwilę, żeby je zauważyć.
Komiks na potrzeby recenzji dostarczył wydawca.
Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych i promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.