„Nakarmić duchy”. Recenzja komiksu
Człowiek dziedziczy po rodzinie dużo więcej niż nazwisko - rysy twarzy, kolor oczu, charakter. Czasem w spadku dostaje także cudzy lęk. Nie wie, skąd się wziął, nie pamięta wydarzeń, które go wywołały, a mimo to nosi go w sobie jak coś własnego. Taki lęk przechodzi z dziadków na rodziców, z rodziców na dzieci, zmienia kształt, obrasta kolejnymi warstwami i po latach trudno już ustalić, gdzie właściwie wszystko się zaczęło.
Najgorsze jest chyba to, że rodzinne duchy wcale nie potrzebują nawiedzonych domów. Nie przesuwają krzeseł, nie trzaskają drzwiami i nie pojawiają się o północy w lustrze. Siedzą przy stole. Odzywają się w sposobie, w jaki rodzic patrzy na dziecko. W rzeczach, o których nikt nie chce rozmawiać. W przesadnej trosce, w gniewie pojawiającym się nie wiadomo skąd, w poczuciu winy, którego nie potrafimy przypisać do żadnego własnego grzechu.
I właśnie takie duchy postanowiła w końcu nakarmić Tessa Hulls.
Tytuł omawianego komiksu nie jest jedynie efektowną metaforą. Hulls sięga do chińskiego wyobrażenia „głodnych duchów” - istot skazanych na wieczny niedosyt, ponieważ za życia pozostało coś niedopełnione, niezamknięte, niewypowiedziane. W jej rodzinie takim głodem okazuje się przeszłość, której babcia nie potrafiła zostawić za sobą, matka przez lata dźwigała jej ciężar, a Tessa (reprezentantka trzeciego pokolenia) najpierw próbowała od niej uciekać, by ostatecznie stawić jej czoło.



Komiks „Nakarmić duchy” ukazał się w Stanach Zjednoczonych w 2024 roku. To debiut Hulls, która odpowiada zarówno za scenariusz, jak i rysunki. Polską edycję przygotowało wydawnictwo Mandioca w przekładzie Łukasza Witczaka.
Rok po premierze album zdobył Nagrodę Pulitzera w kategorii „Memoir or Autobiography” („Pamiętnik lub autobiografia”), a następnie także Nagrodę Eisnera dla najlepszego pamiętnika graficznego.
Warto tutaj przypomnieć również „Mausa” Arta Spiegelmana, który w 1992 roku otrzymał specjalne wyróżnienie Pulitzera. Spiegelman pokazał, jak komiks może opowiadać o traumie historycznej odziedziczonej przez kolejne pokolenie. Hulls idzie podobnym tropem, tylko zamiast Zagłady przygląda się pęknięciom we własnej rodzinie przez pryzmat historii Chin XX wieku.
A o czym w ogóle jest ten komiks? Najprościej mówiąc: o trzech kobietach z jednej rodziny i o czymś, co przez lata przechodziło z jednej na drugą, choć żadna z nich nie umiała tego do końca nazwać. Wszystko zaczyna się od Sun Yi, babki Tessy Hulls - dziennikarki z Szanghaju, której życie zostaje brutalnie wciągnięte w polityczne przemiany Chin XX wieku. Wojny, zwycięstwo komunistów, narastająca presja i w końcu ucieczka do Hongkongu nie przynoszą jednak spokoju. Sun Yi zabiera ze sobą córkę Rose, ale również cały bagaż tego, co wydarzyło się wcześniej.
Rose dorasta więc przy matce, której doświadczenia i późniejsza choroba psychiczna wyznaczają rytm ich wspólnego życia. Z czasem trafia do Stanów Zjednoczonych, zakłada własną rodzinę i sama zostaje matką. Wtedy do tej historii wchodzi Tessa - wychowana już w zupełnie innym kraju, ale wcale nie poza zasięgiem rodzinnej przeszłości. Dorasta pomiędzy kulturami, z poczuciem, że czegoś o swojej rodzinie nie rozumie, a jednocześnie bardzo wyraźnie odczuwa skutki tego, o czym w domu się nie mówi. Z wiekiem coraz mocniej próbuje się od tego odsunąć - podróżuje, znika na długie miesiące, wybiera miejsca możliwie najbardziej oddalone od domu.
W pewnym momencie sama odległość przestaje jednak wystarczać. Tessa zaczyna wracać do przeszłości swojej rodziny: rozmawia z matką, przegląda fotografie i dokumenty, czyta wspomnienia babki, jedzie do Chin i próbuje poskładać wszystko w jakąś całość. Nie chodzi jej przy tym o odkrycie jednej wielkiej tajemnicy ani o wskazanie winnego. Próbuje raczej zrozumieć, jak wydarzenia sprzed dziesięcioleci mogły tak głęboko odcisnąć się na relacjach między kolejnymi pokoleniami i dlaczego coś, czego sama nie przeżyła, mimo wszystko stało się częścią jej własnego życia.



Przy takim materiale bardzo łatwo było popaść albo w rodzinne rozliczenie, albo w suchą kronikę. Hulls omija jedno i drugie. Widać, że zanim usiadła do rysowania, długo dojrzewała do tej historii: uczyła się historii Chin, pracowała z archiwami, rozmawiała z bliskimi, konfrontowała rodzinne opowieści z dokumentami i szukała własnego miejsca pomiędzy tym, co odziedziczone, a tym, co rzeczywiście przeżyte. Dzięki temu całość nie sprawia wrażenia pamiętnika napisanego pod wpływem chwili. Jest w niej coś z rodzinnego dochodzenia, ale bez wygodnej pewności, że na końcu ktoś wyjmie z szuflady brakujący dokument i wszystko stanie się jasne. Hulls nie zaciera miejsc, w których brakuje pewności, pokazuje sprzeczności i nie boi się przyznać, że pamięć potrafi oszukiwać. Chyba właśnie dlatego ten komiks tak dobrze działa emocjonalnie - autorka nie próbuje na siłę porządkować przeszłości. Zostawia w niej luki, pęknięcia i niewygodne miejsca, dokładnie takie, jakie pojawiają się we wspomnieniach o rzeczach, których przez lata nie chciało się ruszać.
Równie ważne jest to, jak Hulls układa całą narrację. Nie trzyma się jednej osi czasu, tylko przeskakuje między wspomnieniem, dokumentem, rozmową, historycznym kontekstem i własnymi próbami zrozumienia siebie. Sięga też po symbole - jak choćby figurę samotnego kowboja, która początkowo wydaje się żartem z samej siebie, a z czasem odsłania coś znacznie mniej zabawnego: potrzebę ciągłego oddalania się od ludzi i własnej historii. Podobnie jest z wątkiem tożsamości. Hulls nie rozpisuje go na wielkie deklaracje, tylko pokazuje dyskomfort człowieka stojącego pomiędzy dwiema kulturami, który nie czuje się do końca u siebie w żadnej z nich. Scenariusz nie zamyka się więc w prostym pytaniu o to, kto kogo skrzywdził. Hulls bardziej interesuje to, co człowiek robi z bólem, którego sam nie wybrał, i ile z niego przekazuje dalej, nawet jeśli całe życie przysięgał sobie, że tego nie zrobi.
Rysunki Tessy od pierwszych stron są gęste i ciężkie. Autorka pracuje wyłącznie czernią i bielą i nie obchodzi się z nimi oszczędnie. Czerń często zajmuje sporą część planszy, zagęszcza tło, oblepia postacie, czasem wręcz je przytłacza. Kreska jest szorstka, nerwowa, momentami bardzo brudna, a twarze bohaterów uproszczone, choć emocje da się z nich łatwo odczytać. Nie ma tu potrzeby upiększania czegokolwiek. W tej kresce czuć napięcie, lęk, zagubienie i ciężar wiszący nad całą rodziną. Równie ważna okazuje się biel, szczególnie wtedy, gdy nagle robi się jej więcej. Po kilku stronach wypełnionych czernią taki pusty fragment naprawdę daje chwilę oddechu.



Hulls nie trzyma się też jednego sposobu budowania plansz. Obok klasycznych kadrów pojawiają się fotografie, dokumenty, mapy, schematy i bardziej symboliczne obrazy. Sposób opowiadania co jakiś czas się zmienia. Są strony spokojne, uporządkowane, niemal reporterskie, ale są też takie, na których kadry zaczynają się zagęszczać i nachodzić na siebie. Czasem trzeba się zatrzymać, wrócić wzrokiem i chwilę posiedzieć nad stroną. Nie każdemu to podejdzie, bo miejscami robi się naprawdę ciasno, ale tutaj ma to sens. Hulls zwyczajnie nie układa wspomnień, dokumentów i emocji w równy, grzeczny rządek.
Są w „Nakarmić duchy” takie momenty, przy których zwyczajnie musiałem się zatrzymać. Nie dlatego, że Hulls próbowała wycisnąć ze mnie łzy - wręcz przeciwnie. Najmocniejsze są te fragmenty, w których autorka rezygnuje z wielkich słów i zostawia bohaterki z ich złością, głupimi decyzjami, zmęczeniem, poczuciem obowiązku, ale też z uczuciami, które mimo wszystkiego nie znikają. Nikt nie zostaje ustawiony na piedestale ani sprowadzony do roli rodzinnego potwora. Te kobiety bywają trudne do zniesienia, czasem cholernie niesprawiedliwe, innym razem bardzo kruche. I dzięki temu uwierzyłem w nie wszystkie. Jest też coś jeszcze - ogromna czułość, która pojawia się dokładnie tam, gdzie najmniej się jej spodziewałem. Drobne chwile pokazujące, że nawet najbardziej pokiereszowana relacja nie składa się wyłącznie z krzywdy. Kilka razy komiks naprawdę mnie przycisnął i nie puszczał przez dobre parę stron. A kiedy już puszczał, robił to po cichu, bez fanfar. I właśnie takie rzeczy zostają w pamięci.
Nie oznacza to jednak, że przez całe czterysta stron siedziałem zachwycony. Hulls chwilami naprawdę nie zna umiaru. Potrafi domknąć bardzo mocną scenę, a za chwilę do niej wrócić, dopowiedzieć kolejną rzecz, dorzucić następną refleksję. Parę razy miałem ochotę powiedzieć: "wystarczy, już mnie trafiło". I chyba właśnie tu leży największa słabość albumu. Nie w samej długości, tylko w tym, że autorka czasami za bardzo chce wykorzystać wszystko, co przez lata zebrała i przemyślała. Były fragmenty, po których odkładałem komiks na bok (czytałem go 3 dni), bo zwyczajnie miałem go na ten dzień dość. Ale to też sporo mówi o sile tej historii - nigdy nie odkładałem go z nudów. Raczej z przesytu. Z poczucia, że ktoś przez ostatnią godzinę grzebał mi pod czaszką i dobrze byłoby przez chwilę zająć się czymś mniej wymagającym. Kilka cięć wyszłoby tej książce na dobre, ale nawet przy tych zastrzeżeniach znacznie częściej imponowała mi skala ambicji Hulls, niż przeszkadzało to, że czasem bierze na siebie odrobinę za dużo.
„Nakarmić duchy” zamknąłem z poczuciem, że przeczytałem komiks dojrzały, odważny i zwyczajnie wart poświęconego mu czasu. Wiele w nim naprawdę doceniam, ale mimo wszystko nie pojawiło się u mnie poczucie pełnego zachwytu, które czasem przychodzi przy komiksach wybitnych. Trudno wskazać jeden konkretny brak. Bardziej chodzi o ten nieuchwytny moment, kiedy lektura przekracza granicę między uznaniem a zachwytem i zostawia po sobie coś osobistego, trudnego do strząśnięcia jeszcze długo po zamknięciu albumu. Tutaj byłem blisko, ale jednak nie do końca tam dotarłem.
Pulitzer nie jest dla mnie argumentem zamykającym dyskusję i nie zamierzam wielbić tego albumu tylko dlatego, że go dostał. Mimo zastrzeżeń zdecydowanie jednak „Nakarmić duchy” polecam.
8,5/10 wydaje mi się oceną uczciwą. Wysoko, ale zostawiam sobie jeszcze kawałek skali na komiksy, które potrafią mnie naprawdę rozłożyć na łopatki.
A rodzinne duchy? Po tej lekturze chyba jeszcze bardziej wierzę, że nie wystarczy zamknąć ich w szafie i udawać, że nie istnieją. Głodne wracają. I wtedy potrafią usiąść z nami przy stole naszego życia.
Nakarmić duchy
To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.
Tu możesz zamówić komiksZamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.