Pisanie Gacka na nowo - „Absolute Batman. Tom 1 - Zoo". Recenzja komiksu
Są historie, które znamy już tak dobrze, że ich kolejne opowiadanie zaczyna przypominać rodzinny rytuał. W przypadku Batmana wystarczy kilka obrazów: noc, Gotham, rodzina wracająca z kina, zaułek, strzały i sznur pereł rozsypujący się po bruku. Widzieliśmy to tyle razy, że naprawdę trudno jeszcze poczuć coś poza lekkim znużeniem. Dlatego kiedy DC po raz kolejny zapowiedziało „nowe otwarcie” dla Bruce’a Wayne’a, podchodziłem do niego z dużą rezerwą. Znów zadałem sobie pytanie: „Po co?”. Ile razy można przestawiać meble w rezydencji Wayne’ów i przekonywać czytelników, że właśnie wydarzyła się rewolucja?
Scott Snyder i Nick Dragotta podeszli do tego jednak inaczej. Zamiast po raz kolejny przestawiać meble w rezydencji Wayne’ów, pozbyli się niemal całego wyposażenia i zostawili Bruce’a z tym, czego nie da się kupić ani odziedziczyć. Nie próbowali przy tym przekonywać, że blisko dziewięćdziesiąt lat historii Batmana nagle przestało mieć znaczenie. Przeciwnie - wykorzystali naszą znajomość tej postaci, żeby sprawdzić, co naprawdę stanowi jej fundament, a co przez dekady zdążyliśmy za ten fundament uznać. Odebrali Wayne’owi fortunę, jaskinię i Alfreda w znanej nam roli, ale nie pozbawili go tego, co najważniejsze. I właśnie dlatego, ku mojemu początkowemu zaskoczeniu, ta kolejna geneza nie sprawiała wrażenia odgrzewania starej historii.
Wydawnictwo Egmont zaprezentowało nam niedawno pierwszy tom nowej serii „Absolute Batman”, zatytułowany „Zoo”, i wydarzyło się coś, co mocno zaskoczyło: pierwszy nakład zniknął z głównych kanałów sprzedaży praktycznie od razu. Kto się spóźnił, musi czekać na zapowiedziany dodruk. Świetny wynik sprzedażowy buduje zainteresowanie, ale nie zamierzam robić z niego argumentu za jakością. Komiks musi obronić się tym, co ma w środku, a nie liczbą sprzedanych egzemplarzy.



W Stanach zamieszanie zaczęło się jeszcze zanim pierwszy zeszyt oficjalnie trafił do sprzedaży - premierowy nakład rozszedł się już na poziomie dystrybucji, a później DC uruchamiało kolejne dodruki. Ostatecznie „Absolute Batman” #1 został najlepiej sprzedającym się zeszytem komiksowym 2024 roku na rynku amerykańskim, więc trudno mówić wyłącznie o chwilowej ciekawości związanej z nowym uniwersum. Sukcesowi sprzedażowemu towarzyszyło również uznanie branży - w 2026 roku „Absolute Batman” zdobył Nagrodę Eisnera dla najlepszej serii kontynuowanej, a pierwszy tom „The Zoo” otrzymał nominację do Nagrody Harveya w kategorii Book of the Year. Jak na kolejną próbę opowiedzenia Batmana od początku, zrobiło się wokół niej całkiem sporo hałasu - i tym razem nie wynikał on wyłącznie z nazwiska bohatera na okładce.
Przy takim starcie trudno było się dziwić, że wokół serii zrobiło się naprawdę głośno. Wielu czytelników było i nadal jest, a zapewne jeszcze długo będzie zainteresowanych wejściem do zmienionego uniwersum, choćby po to, żeby zobaczyć, o co tu kaman.
Tom pierwszy – „Zoo” – zbiera sześć pierwszych zeszytów serii. A co w nim znajdziemy? Hmm… Trudno napisać coś więcej, żeby nie zdradzić zbyt wiele z fabuły. W końcu ten nowy świat czytelnicy powinni odkrywać sami.
Bruce Wayne dorasta w zupełnie innym świecie niż ten, który znamy z klasycznych historii o Batmanie. Wayne’owie nie należą do najbogatszych rodzin Gotham, a Thomas, ojciec Bruce’a, pracuje jako nauczyciel. Wszystko zmienia szkolna wycieczka do zoo, podczas której dochodzi do tragedii i Thomas ginie. Martha zostaje samotną matką, a Bruce przez kolejne lata zmaga się z traumą po stracie ojca. Gdy spotykamy go już jako dorosłego mężczyznę, nie jest dziedzicem fortuny ani właścicielem technologicznego imperium. Pracuje, zdobywa wiedzę techniczną, projektuje i buduje, a nocami wykorzystuje te umiejętności jako Batman. Musi radzić sobie z tym, co ma pod ręką.
A problemów w Gotham szybko mu nie zabraknie. Wkrótce miasto staje się celem coraz brutalniejszych ataków Imprezowiczów, zamaskowanej grupy, za którą stoi ktoś znacznie groźniejszy - Czarna Maska. Ich działania szybko przestają wyglądać jak zwykła uliczna przemoc, a Batman próbuje zrozumieć, do czego właściwie zmierzają i jak daleko sięga cała sprawa. W tym samym czasie do Gotham przybywa Alfred Pennyworth, ale w tej rzeczywistości nie jest kamerdynerem Wayne’ów. To doświadczony agent, który zaczyna obserwować Batmana i z własnych powodów interesuje się tym, co dzieje się w mieście. Snyder dorzuca do tego kilka doskonale znanych nazwisk i relacji, ale układa je na nowo, dlatego najlepiej nie wiedzieć o nich zbyt wiele przed lekturą. Spora część przyjemności z „Zoo” bierze się właśnie z odkrywania, jak bardzo ten świat przypomina Gotham, które znamy – i jak szybko potrafi nas z tego przekonania wyprowadzić.



Najciekawsze było jednak dla mnie to, że Snyder nie zatrzymał się na prostym pomyśle „Batman bez pieniędzy”. Gdyby chodziło wyłącznie o odebranie Bruce’owi fortuny i kilku drogich zabawek, cały eksperyment bardzo szybko straciłby sens. W tej wersji brak majątku rzeczywiście wpływa na sposób jego działania. Bruce nie może po prostu sięgnąć po rozwiązanie przygotowane przez zaplecze Wayne Enterprises, więc musi kombinować, projektować i wykorzystywać to, co zna najlepiej - technikę, konstrukcje oraz samo Gotham. Nie stoi ponad miastem - jest jego częścią. Dorastał pośród jego mieszkańców, pracuje razem z nimi i zna ludzi, których mogą dotknąć wydarzenia rozgrywające się na jego ulicach. Dzięki temu jego walka od początku staje się bardziej osobista.
Nie oznacza to jednak, że Snyder nagle zaczął opowiadać o Batmanie z umiarem. Wręcz przeciwnie. Lubi przesadę i tutaj korzysta z niej bez skrępowania. Bruce jest zbudowany jak szafa pancerna, jego wyposażenie wygląda chwilami tak, jakby powstało podczas wyjątkowo nerwowej narady inżyniera z pracownikiem złomowiska, a niektóre rozwiązania ocierają się już o czyste komiksowe szaleństwo. Tyle że pod warstwą mięśni, metalu i brutalności wciąż znajduje się Batman. Bruce obserwuje, planuje, analizuje sytuację i przygotowuje się na różne możliwości. Nie jest więc wyłącznie wielkim facetem, który każdą przeszkodę zamierza rozwiązać przy pomocy pięści. Siła jest jednym z jego narzędzi, a nie całym pomysłem na tę postać.
Podobało mi się również to, jak Snyder zmienił miejsce Bruce’a wśród innych ludzi. Ten Wayne nie zamyka się w rezydencji i nie odcina od świata, kiedy kończy nocną robotę. Ma znajomych, przyjaciół, pracę i codzienność, od której nie może się po prostu odciąć po założeniu maski. To sprawia, że zagrożenie wiszące nad Gotham dotyczy go w trochę inny sposób niż zazwyczaj. Nie broni anonimowego miasta oglądanego z dachu wieżowca, lecz ludzi i miejsc, z którymi naprawdę jest związany. Snyder dopiero zaczął rozwijać ten wątek i w pierwszym tomie nie wykorzystał jeszcze wszystkich możliwości, jakie daje takie ustawienie Bruce’a, ale już tutaj widać, że jego pochodzenie nie jest jedynie efektowną zmianą wpisaną do nowej biografii.
Nick Dragotta doskonale rozumie, że nowa wersja Bruce’a musi być rozpoznawalna już po sylwetce. Jego Batman jest ogromny, kanciasty i ciężki. Nie wygląda jak akrobata, który zaraz zniknie pomiędzy gargulcami. Kiedy pojawia się w kadrze, natychmiast zaczyna nad nim dominować. Wielki emblemat na piersi, masywne rękawice, peleryna oraz elementy kostiumu zamieniane w broń składają się na projekt balansujący gdzieś pomiędzy funkcjonalnością a świadomą komiksową przesadą. Początkowo patrzyłem na niego z lekkim niedowierzaniem. Po kilkudziesięciu stronach trudno było mi już wyobrazić sobie tę historię narysowaną inaczej.



Najwięcej przyjemności sprawiło mi obserwowanie, jak Dragotta prowadzi akcję. Na planszach dobrze widać kontrast pomiędzy scenami rozmów a momentami przemocy. Przy stole czy w spokojniejszych sekwencjach kadry są mniejsze, rytm bardziej regularny, a sporo znaczą spojrzenia i gesty. Kiedy zaczyna się walka, kompozycja pęka. Postacie wychodzą poza ramy, perspektywa się przechyla, onomatopeje stają się częścią obrazu, a uderzenia mają ciężar. Nie ma tu baletu. Jest zwarcie.
Jeden z zeszytów zilustrował Gabriel Hernández Walta. Choć jego styl wyraźnie różni się od kreski Dragotty, nie burzy wizualnej spójności tomu i pozostaje zgodny z kierunkiem wyznaczonym przez głównego rysownika.
Należy też wspomnieć o kolorach Franka Martina. Robią robotę i ożywiają kadry.
Najbardziej zaskoczyło mnie jednak to, że pod całą tą brutalnością, przerysowanymi mięśniami i pomysłami balansującymi czasem na granicy absurdu znalazłem historię znacznie mniej ponurą, niż sugerował jej wygląd. Spodziewałem się Batmana przepuszczonego przez filtr „więcej, mocniej, brutalniej”, tymczasem Snyder zostawił w samym środku opowieści zaskakująco dużo zwyczajnej przyzwoitości. Im bardziej chore stawało się Gotham, tym wyraźniej widziałem, że Snyder nie zrobił z Bruce’a kolejnego zgorzkniałego mściciela, któremu wszystko jedno, co zostanie po jego krucjacie. Wręcz przeciwnie - w tym całym szaleństwie nadal chodziło mu o ludzi. I to chyba przekonało mnie najbardziej.
„Absolute Batman” potrafił jednocześnie traktować własną historię serio i puszczać oko do czytelnika, kiedy kolejny pomysł przekraczał granicę zdrowego rozsądku. Nie próbował wmówić mi, że człowiek o takich gabarytach, używający takiego wyposażenia i robiący z przeciwnikami rzeczy, po których w rzeczywistym świecie ortopeda mógłby od razu kupować nowy samochód, jest realistycznym ulicznym mścicielem. Przyjąłem więc tę umowność i bawiłem się nią znacznie lepiej, niż gdyby Snyder próbował wszystko śmiertelnie poważnie uzasadniać. Pod efektowną powierzchnią znalazłem też coś, czego brakowało mi w wielu mrocznych historiach o Batmanie - przekonanie, że nawet w paskudnym świecie warto próbować zrobić coś dobrego. Dzięki temu „Zoo” nie zamieniło się dla mnie w ponurą paradę okrucieństwa, ale w opowieść o człowieku, który zobaczył, jak nisko może upaść jego miasto, i mimo wszystko nie uznał tego za stan normalny. Podobny kontrast pomiędzy skrajnie przerysowaną otoczką a zaskakująco ludzkim środkiem pojawiał się również w dyskusjach amerykańskich czytelników.
Znacznie bardziej uwierało mnie natomiast to, że Snyder czasami nie wiedział, kiedy powiedzieć sobie: „wystarczy”. Chcąc pokazać, że Imprezowicze są zwyrodnialcami, potrafił podkręcić ich okrucieństwo do takiego poziomu, że groza zaczynała ustępować miejsca niedowierzaniu. W pewnym momencie łapałem się na tym, że kolejna informacja o potwornościach popełnianych w Gotham nie robiła już większego wrażenia, bo poprzednia zdążyła ustawić poprzeczkę niemal pod sufitem. A przecież przemoc działa najmocniej wtedy, kiedy ma ciężar, a nie wtedy, gdy autor za każdym razem próbuje pobić własny rekord.
Podobny problem miałem z innymi elementami tej koncepcji. Z jednej strony kupiłem założenie tej wersji Bruce’a; z drugiej kilka razy zastanawiałem się, czy Snyder rzeczywiście chciał sprawdzić, jak wygląda Batman pozbawiony ogromnych zasobów, czy tylko szukał innych sposobów, żeby ostatecznie dać mu równie spektakularne zabawki. Im bardziej rozbudowane stawało się jego wyposażenie, tym wyraźniej czułem zgrzyt pomiędzy punktem wyjścia a tym, na co bohater ostatecznie mógł sobie pozwolić. Do tego dochodziła wyraźna chęć jak najszybszego pokazania czytelnikowi, że niemal każdy znany element batmanowskiej mitologii otrzyma tutaj własne „absolutne” odbicie. Początkowo dawało mi to frajdę, później zacząłem się zastanawiać, czy kolejne znajome nazwisko rzeczywiście było potrzebne już teraz. Wolałbym, żeby Snyder chwilami bardziej zaufał własnemu światu i pozwolił mu spokojniej dojrzeć, zamiast co chwilę przypominać mi: „patrz, tego bohatera też zmieniliśmy”.
„Absolute Batman. Zoo” okazał się dla mnie całkiem dobrym komiksem, ale jeszcze nie takim, przy którym miałbym ochotę stawiać wykrzykniki przy każdym zdaniu. Snyder i Dragotta mieli pomysł, energię i odwagę, tylko momentami brakowało mi jeszcze tej jednej warstwy, która wyniosłaby całość ponad efektowną reinterpretację znanej legendy. Mimo to po zamknięciu tomu zamiast przesytu czułem ciekawość, dokąd ten eksperyment zaprowadzi twórców. W grudniu 2026 roku ma ukazać się drugi tom – „Abominacja” – i wtedy okaże się, czy „Zoo” było jedynie bardzo solidnym początkiem, czy zapowiedzią czegoś naprawdę większego.
Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.