„Przeznaczenie X. Wolverine. Tom 3”. Recenzja komiksu
Wydawnictwo Egmont zaprezentowało nam niedawno trzeci tom „Wolverine’a” z okresu „Przeznaczenia X” to komiks, który właściwie od pierwszych stron mówi: nie przyszliście tu na herbatkę i ploteczki. Przyszliście po pazury, krew i Logana, który znowu musi sprzątać po cudzych genialnych pomysłach.
Benjamin Percy, który moim zdaniem świetnie pisał Ghost Ridera w ostatnim runie, dostarcza dokładnie to, czego można było oczekiwać po jego runie - brudną, brutalną, bardzo fizyczną historię, w której Krakoa coraz mniej przypomina raj dla mutantów, a coraz bardziej laboratorium bez nadzoru etycznego. A wszystko to za sprawą mutanta, którego - być może błędnie, bo przyznam się wam szczerze, nie miałem za dużego kontaktu z X-Menami - uważałem przede wszystkim za naukowca i… no może nie do końca pacyfistę, ale kogoś kto bardziej stawia na dialog, negocjacje i rozum, niż bitkę. Chodzi oczywiście o Beasta. Mam wrażenie, że przez całą krakoańską erę błękitnofutry mądraliński siedział gdzieś na uboczu cicho niczym stonka. Dopiero w poprzednim tomie zaczął się udzielać i pokazywać pazurki. I powiem wam, że to jaki jest tutaj, totalnie mi nie pasuje z obrazem, który kreowała chociażby kreskówka. Bo tak, znam X-Menów z filmów, z kreskówek właśnie i gościnnych występów u innych bohaterów Marvela. Wcześniej nieszczególnie miałem z nimi styczność. Ale już wracam do głównego wątku. O czym to ja… Ach, tak, Beast.

Jest on najważniejszą postacią tego tomu, oczywiście poza Loganem. Percy od dłuższego czasu konsekwentnie prowadzi Hanka McCoya w stronę moralnego upadku i tutaj ten proces wchodzi na naprawdę groteskowy poziom. Tego niestety nie do końca jesteśmy świadkami i niektórzy czytelnicy mogą drapać się po głowie o co chodzi. Też tak miałem, nie jesteście sami! Beast stanął na czele X-Force (o czym Percy pisze na łamach właśnie „X-Force”) i nowe obowiązki nie wpłynęły na niego zbyt dobrze. Obsesja na punkcie bezpieczeństwa nowego państwa mutantów sprawiła, że Beast coraz częściej działał na własną rękę, zasłaniając się dobrem ogółu. Skąd my to znamy? Daleko nie trzeba szukać, Ozymandias ze „Strażników”, Anakin Skywalker z „Gwiezdnych wojen” czy Daenerys Targaryen z „Pieśni lodu i ognia” - oni wszyscy chcieli dobrze, a wychodziło… no jak zwykle - czyli źle. Beast nie jest już tylko aroganckim strategiem, który czasem przekracza granice. To ktoś, kto tak mocno wierzy we własną rację, że nawet kolejne okrucieństwa potrafi traktować jak konieczność. Wątek klonowania Wolverine’a może na pierwszy rzut oka brzmieć jak czysty komiksowy absurd - Peter Parker potwierdza! - ale pasuje do tej historii. Bo co może być lepszą bronią, jak nie obiekt programu Broń X? Logan przez całe życie był wykorzystywany jako broń, a Krakoa, mimo całej swojej otoczki postępu i wspólnoty, powtarza wobec niego bardzo podobny schemat.

Najlepsze w tym tomie jest to, że Percy rozumie Wolverine’a bez nadmiernego komplikowania. Logan nie potrzebuje wielkich manifestów. On działa instynktownie, czasem brutalnie, czasem naiwnie, ale jego moralny kompas bywa zdrowszy niż kompas tych wszystkich polityków, naukowców i szpiegów z Krakoi. Właśnie dlatego konflikt z Beastem ma ciężar. To nie jest zwykłe „dobry bije złego”. To starcie dwóch wizji przetrwania: jedna mówi, że wolno zrobić wszystko, by zabezpieczyć przyszłość mutantów; druga odpowiada, że jeśli w tym procesie robisz z ludzi narzędzia, to już przegrałeś. I muszę przyznać, że Percy odwalił kawał dobrej roboty. Świetnie pokazał obu mutantów, to jak ich pisze… no bardzo mi przypadło do gustu. Logan, który raczej wolałby żeby dano mu święty spokój musi zostać bohaterem, Beast który przechodzi na ciemną stronę i staje się hmm… no właśnie, kim? Faszystą? Tyranem? Terrorystą? Bojownikiem? Kim by nie był, tutaj naprawdę wygląda na kawał złola, zupełnie jakby mógł przypić piątkę z Red Skullem czy innym Doktorem Doomem.
Juan José Ryp świetnie pasuje do tej historii. Jego rysunki są szczegółowe, ostre, momentami wręcz nieprzyjemnie organiczne. Czuć mięso, metal, zęby, szpony, krew… Nie twierdze, że jego rysunki są piękne, bo momentami mnie odrzucają (jak scena, w której Beast zajada się homarem), ale… coś w sobie mają. Ryp dobrze sprzedaje też skalę szaleństwa Beasta - jego laboratoria, klony, chodzącą człekokształtną bazę. Ilustracje jakby oddawały, a może wręcz podkreślały, że sytuacja wymknęła się spod kontroli.

Nie znaczy to jednak, że tom jest bez wad. Największy problem polega na tym, że konflikt z Beastem momentami zaczyna kręcić się w kółko. Logan odkrywa kolejną manipulację, Beast okazuje się jeszcze gorszy, sytuacja eskaluje, po czym historia znów zostawia sobie furtkę na dalszy ciąg. Dla czytelnika śledzącego także „X-Force” - czego polski czytelnik zrobić niestety nie może - będzie to pewnie satysfakcjonujące, bo te serie mocno się zazębiają. Dla kogoś czytającego wyłącznie „Wolverine’a” może pojawić się lekkie zmęczenie: ile razy jeszcze mamy oglądać Hanka, który przekonuje samego siebie, że potworność jest rozsądkiem? Muszę przyznać, że brak znajomości „X-Force” nieco mnie boli, że znajomość tej serii nieco by podkręciła atmosferę tego komiksu. Myślę, że wtedy upadek Beasta byłby bardziej spektakularny i zrozumiały.
Mimo tego trzeci tom „Wolverine'a”, to bardzo solidny, mięsisty komiks. Nie udaje czegoś, czym nie jest. To brutalna sensacyjna wręcz opowieść o człowieku, który całe życie ucieka od roli broni, i o „systemie”, który z uśmiechem próbuje go w tę rolę wepchnąć ponownie. Solidne, krwawe czytadło z pazurem.
"Przeznaczenie X - Wolverine - 03"
To jest link afiliacyjny. Kupując za jego pomocą, wspieracie rozwój bloga, a cena dla Was pozostaje bez zmian.
Sprawdź cenę w GildiiZamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych oraz promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.