Cztery osobowości, kilkunastu rysowników i jeden zespół. „Queen w komiksie" - recenzja
Są zespoły, które się lubi, i takie, z którymi się dorasta. U mnie Queen należał do tych drugich. „Queen w komiksie" porządkuje biografię legendy rocka w formie antologii rysunkowej — i robi to na tyle dobrze, że po lekturze zostaje nie tylko wiedza, ale i bardzo osobiste echo wspomnień.
Queen był moim pierwszym zespołem słuchanym naprawdę świadomie. Wcześniej muzyka po prostu gdzieś była — leciała w radiu, przewijała się w telewizji, wpadała w ucho trochę przypadkiem. Z Queen wszystko wyglądało inaczej. Przesłuchiwałem całe albumy, sprawdzałem tytuły piosenek i nazwiska muzyków, zbierałem kasety. Na ścianie wisiał mi duży plakat Freddiego w tym słynnym czerwonym kostiumie z piórami i naszytymi oczami. Moja przygoda z zespołem zaczęła się już po śmierci Mercury'ego, gdzieś w 1991 albo 1992 roku, ale właśnie wtedy zaczął mi się układać gust muzyczny. Queen, obok Led Zeppelin i Black Sabbath, do dziś pozostaje dla mnie jednym z najważniejszych zespołów w historii.

Może właśnie dlatego ten album od początku miał u mnie wysoko zawieszoną poprzeczkę. Muzyczne biografie łatwo zamieniają się albo w bezpieczne laurki, albo w suche kompendia faktów. „Queen w komiksie" idzie inną drogą. To nie jest klasyczna fabuła prowadzona od sceny do sceny jak opowieść filmowa. Mamy tu raczej komiks dokumentalny złożony z krótkich rozdziałów, w których narracja przeplata się z materiałem faktograficznym. Taka forma zaskakująco dobrze pasuje do historii zespołu, który sam był zlepkiem różnych temperamentów, estetyk i osobowości.

Twórcy zaczynają od dzieciństwa Farrokha Bulsary, potem prowadzą czytelnika przez Indie, Londyn, etap Smile, narodziny Queen i dalszą drogę ku największym sukcesom. Całość ułożono przejrzyście, więc nawet ktoś, kto zna zespół głównie z największych hitów albo z filmu „Bohemian Rhapsody", bez trudu odnajdzie się w tej historii. Jednocześnie album nie ogranicza się do najoczywistszych punktów biografii — pojawiają się wątki, których w filmie nie było albo które ledwie tam zaznaczono. I właśnie za to cenię ten komiks najbardziej. Nie próbuje wyłącznie odtwarzać legendy. Schodzi czasem poziom niżej, pokazuje kulisy, drobne napięcia, codzienność zespołu, dojrzewanie do sukcesu.

Dużą zaletą jest to, że nie dostajemy tu wyłącznie opowieści o Freddiem. Oczywiście to on przyciąga największą uwagę i trudno się temu dziwić, ale album zostawia miejsce także dla Briana Maya, Rogera Taylora i Johna Deacona. Queen nie jest więc pokazany jako zespół orbitujący wokół jednej gwiazdy, tylko jako organizm złożony z czterech bardzo różnych ludzi. To ważne, bo właśnie w napięciu między osobowościami kryje się spora część fenomenu tej grupy.

Podobało mi się też przypomnienie, jak niezwykła była droga Queen. Od ambitnych początków, przez walkę o własne brzmienie, aż po moment, w którym zespół staje się jedną z największych marek w historii rocka. To rzeczy powszechnie znane, ale dobrze jest zobaczyć je na nowo uporządkowane. Zwłaszcza że opowieść nie kończy się na samych przebojach — zahacza również o konflikty, zmęczenie, samotność Mercury'ego, jego życie prywatne i chorobę.

Forma antologii jest jednocześnie atutem i źródłem pewnych problemów. Każdy rozdział rysuje inny artysta. Z jednej strony lubię takie rozwiązania — dają poczucie różnorodności, a przy temacie takim jak Queen wręcz proszą się o formalny rozmach. Z drugiej strony nierówność stylów naprawdę jest widoczna. Nie wszystkie interpretacje graficzne przypadły mi do gustu. Niektórzy autorzy świetnie wyczuli ton tej historii, inni potraktowali temat zbyt kreskówkowo albo wręcz karykaturalnie. Przy zespole, który bywał teatralny, przerysowany i widowiskowy, można to jeszcze zrozumieć, ale kilka rozdziałów wypada przez to zbyt lekko.


Mimo to album czytałem z przyjemnością. W dużej mierze dlatego, że czuć w nim autentyczną fascynację tematem. To nie jest produkt zrobiony wyłącznie po to, żeby odcinać kupony od legendy Mercury'ego. Widać, że autorzy chcieli opowiedzieć o Queen szerzej i uczciwiej — pokazać zespół jako całość, nie tylko zbiór najbardziej znanych obrazków z popkultury. Dla kogoś, kto zna płyty, zbierał kasety i pamięta, jak rodziło się jego własne słuchanie muzyki, jest to lektura przyjemna i miejscami wzruszająca.
Mam jednak jeden wyraźny niedosyt. Rozumiem, że klamrą opowieści miał być okres działania oryginalnego składu i że właśnie tam autorzy chcieli postawić kropkę. To ma sens, dobrze domyka biografię w jej najbardziej klasycznym wymiarze. A jednak po lekturze brakowało mi ciągu dalszego. Chętnie przeczytałbym o tym, skąd wziął się Adam Lambert, jak wyglądała ta współpraca, jak Brian May i Roger Taylor odnaleźli się w nowej formule koncertowej. To materiał na osobną opowieść, ale właśnie dlatego czuć, że historia Queen nie kończy się tu całkiem definitywnie.

„Queen w komiksie" uważam za rzecz udaną. Nie bezbłędną i nie równą od początku do końca, ale zdecydowanie wartą przeczytania. To komiks, który bardziej przekonuje jako opowieść o zespole niż jako pokaz jednolitej sztuki komiksowej. I chyba właśnie w tym tkwi jego siła. Po zamknięciu albumu zostają nie tyle pojedyncze plansze, ile sama historia Queen. Dla mnie to wystarczy. Bo z tym zespołem mam tak od lat — zostają płyty, wspomnienia i to bardzo osobiste poczucie, że właśnie od nich zaczęło się moje naprawdę świadome słuchanie muzyki. Polecam, nie tylko fanom Queen!
Egzemplarz recenzencki dostarczył wydawca.