„Rzadkie smaki”. Recenzja komiksu

„Rzadkie smaki”. Recenzja komiksu

Każdy ma chyba taki smak, który potrafi wrócić do człowieka po latach. I wcale nie musi to być wielkie danie z rodzinnej uroczystości, podane przy białym obrusie i najlepszej zastawie wyciąganej z kredensu dwa razy do roku. Czasem wystarczy herbata wypita w pośpiechu. Zupa ugotowana tak, jak kiedyś robiła ją matka. Kawałek mięsa doprawiony dokładnie w ten sposób, w jaki doprawiał je ktoś, kto od dawna nie siada już z nami przy stole. Bierzesz kęs i nagle ta cała dorosłość, tak pracowicie noszona na plecach, zaczyna się sypać. Rachunki, praca, zmęczenie, codzienna mina człowieka, który przecież „daje radę” - wszystko na chwilę odsuwa się na bok. Przez sekundę jesteś znowu kimś innym. Młodszym. Głupszym. Może szczęśliwszym. A może po prostu mniej zmęczonym życiem.

W takich chwilach najłatwiej zrozumieć, że jedzenie nigdy nie jest tylko jedzeniem. Potrafi nieść w sobie czyjś głos, dawny dom, kłótnię, której nikt już nie umie odkręcić, albo czułość okazaną tak nieporadnie, że dopiero po latach zaczynamy ją rozpoznawać. Zwykły posiłek czasem robi więcej niż długa rozmowa, bo omija wszystkie nasze zabezpieczenia. I właśnie z takiego nieoczywistego, trochę zdradliwego miejsca wyrastają „Rzadkie smaki” Ram V i Filipe Andrade’a - komiks, który na początku kusi obietnicą podróży, przypraw i opowieści snutej przy stole, ale szybko daje do zrozumienia, że ten posiłek może zostawić po sobie znacznie więcej niż tylko dobry smak. A przeczytamy to wszystko dzięki wydawnictwu Timof i cisi wspólnicy.


„Rzadkie smaki” zaczynają się od pomysłu na dokument kulinarny. Rubin Baksh, dobrze ubrany, pewny siebie i od pierwszych stron podejrzanie nietypowy smakosz, chce ruszyć przez Indie z kamerą i pokazać jedzenie, którego nie da się sprowadzić do ładnego talerza. Interesują go potrawy gotowane w domach, na ulicach, w małych lokalach, w miejscach, gdzie przepis nie jest modą, tylko czymś odziedziczonym, zapamiętanym, czasem ledwo uratowanym przed zniknięciem. Ma apetyt na historie, ludzi i smaki, których nie znajdzie się w folderze dla turystów. Problem w tym, że Rubin nie jest zwykłym prowadzącym program o jedzeniu. To rakszas, demoniczna istota z dawnych opowieści, a jego fascynacja kuchnią od początku ma w sobie coś niepokojącego.

Do realizacji filmu potrzebuje operatora i reżysera, więc zatrudnia Mo, człowieka, któremu w życiu i pracy najwyraźniej od dawna nie idzie tak, jak powinno. Mo po wstępnej odmowie ostatecznie jednak przyjmuje zlecenie i rusza za Rubinem, choć szybko widać, że nie będzie to zwykła robota z kamerą. Każdy kolejny przystanek przynosi nową potrawę i nową ludzką historię: o przepisach przekazywanych przez pokolenia, smakach zapamiętanych z dzieciństwa i pracy kucharzy, którzy potrafią robić rzeczy wielkie bez pozy, hałasu i wielkich słów. Komiks co chwilę zatrzymuje się przy samym gotowaniu: przy przyprawach, dłoniach, ogniu, cierpliwości, powtarzanych od lat ruchach. Dzięki temu ta podróż nie jest tylko pretekstem do przemieszczania bohaterów po mapie, ale serią spotkań z ludźmi, którzy przechowali w jedzeniu kawałek przeszłości.

Pod tą kulinarną wyprawą biegnie jednak drugi, ciemniejszy wątek. Wokół Rubina pojawiają się pytania, których Mo na początku nie potrafi nawet dobrze zadać. Kim naprawdę jest jego zleceniodawca? Czego szuka? Dlaczego tak bardzo zależy mu na tych smakach? I jaką cenę mogą zapłacić ci, którzy znajdą się w pobliżu jego filmu? Ram V nie prowadzi tej historii jak zwykłego thrillera, ale stopniowo zagęszcza atmosferę. Obok kuchni, wspomnień i przepisów pojawiają się ślady mitu, grozy i pościgu. Czytelnik dostaje więc opowieść, która z jednej strony karmi obrazami indyjskiej kuchni, a z drugiej cały czas daje znać, że za tym stołem ktoś ukrył coś znacznie mniej przyjemnego niż głód.

Ram V najciekawiej prowadzi „Rzadkie smaki” wtedy, gdy nie pozwala nam zapomnieć, z kim mamy do czynienia. Rubin potrafi mówić o jedzeniu z czułością, uwodzi spokojem, obyciem i elegancją, ale pod tym wszystkim cały czas siedzi Demon. Ktoś, kto nie tylko smakuje świat, lecz także go pożera. I to dosłownie. Właśnie dlatego ten komiks ma w sobie tak dobrą, nieprzyjemną dwuznaczność. Z jednej strony dostajemy opowieść o kuchni, pamięci i ludziach, którzy zostawiają po sobie przepisy. Z drugiej ślad krwi, mrok, lęk i świadomość, że zachwyt może bardzo szybko przejść w coś drapieżnego. Dilshan i Dilkush, którzy ruszają tropem Rubina, wprowadzają do tej historii potrzebny niepokój. Nie zmieniają jej w prosty thriller, ale stale przypominają, że za tą podróżą ciągnie się coś, przed czym nie wystarczy zamknąć drzwi ani odwrócić wzroku.

Podoba mi się, że scenariusz nie robi z Rubina „uroczego potwora z trudną przeszłością”, bo to byłoby najłatwiejsze i najbardziej fałszywe. Ram V zostawia w nim coś obcego, starego i moralnie brudnego. Dzięki temu relacja z Mo ma ciężar, a nie tylko funkcję fabularną. Mo nie dokumentuje po prostu ekscentryka z pomysłem na program kulinarny. Coraz głębiej wchodzi w orbitę kogoś, kto jednocześnie fascynuje, niepokoi i odpycha. Tempo jest spokojne, miejscami ryzykownie powolne, ale akurat tutaj ta powolność ma sens. Pozwala dłużej zostać przy spojrzeniu, przy pauzie, przy rozmowie, która urywa się w najmniej wygodnym momencie. Dialogi bywają nierówne. Czasem są zbyt literackie i za mocno wygładzone, przez co tracą naturalność. Kiedy jednak Ram V pisze prościej, od razu robi się lepiej. Wtedy w rozmowach Rubina i Mo słychać zmęczenie, wzajemną ostrożność i napięcie, którego żaden z nich nie potrafi już całkiem ukryć.

Bardzo dobrze wypadają też przepisy wplecione w opowieść. Nie są ozdobnikiem ani kulinarną ciekawostką dorzuconą dla klimatu. Masala chai, dal, paal payasam czy laal maas mają tu swoje miejsce, ciężar i kulturowe zaplecze. Chai niesie codzienność ulicy i domu, dal należy do fundamentów indyjskiego jedzenia, paal payasam przywołuje świętowanie, słodycz i domowy rytuał, a laal maas prowadzi w stronę ostrej, mięsnej tradycji Radżastanu. Ram V nie wykłada tego jak z encyklopedii. Pokazuje kuchnię przez ruch dłoni, kolejność czynności, cierpliwość i powtarzanie czegoś, czego ktoś kiedyś nauczył się od kogoś bliskiego. I właśnie wtedy „Rzadkie smaki” łapią najmocniejszy ton: między mitem, grozą i pościgiem nagle zostaje człowiek przy garnku, z całą swoją pamięcią, stratą i potrzebą, żeby choć odrobinę ocalić z tego, co i tak prędzej czy później zacznie znikać.

Filipe Andrade od początku nadaje „Rzadkim smakom” bardzo wyrazisty charakter. Jego rysunki nie są równe, czyste i wypieszczone do ostatniej kreski. Są luźniejsze, bardziej malarskie, momentami lekko karykaturalne, ale dzięki temu ten świat nie zastyga w ładnej ilustracji. W twarzach bohaterów jest zmęczenie, zachwyt, głód, odraza, strach i nagłe przebłyski czułości. Andrade dobrze rozumie, że w tej historii ciało jest równie ważne jak słowo. Groza nie pojawia się tu wyłącznie w scenach przemocy. Czasem siedzi w spojrzeniu Rubina, w nienaturalnym uśmiechu, w kadrze, który przed chwilą wydawał się ciepły, a nagle robi się obcy.

Bardzo dobrze wypada też kolor. Barwy budują nastrój scen: raz są ciepłe i gęste, innym razem przygaszone, czasem nagle mocniejsze, niemal agresywne. Dzięki temu komiks potrafi być zmysłowy, ale nie staje się pocztówką z kulinarnej wyprawy. Kadrowanie ma podobną funkcję. Są plansze bardziej przestrzenne, spokojniejsze, dające poczucie drogi i oddechu, ale są też sekwencje ciaśniejsze, skupione na twarzach, dłoniach, talerzach, fragmentach gestów. To dobrze prowadzi rytm lektury: raz pozwala zatrzymać się przy atmosferze, raz przyspiesza i podbija niepokój. Nie każdemu ta oprawa od razu przypadnie do gustu, bo bywa zbyt rozchwiana i daleka od klasycznej urody. Mnie jednak przekonuje właśnie dlatego. W „Rzadkich smakach” rysunki nie wygładzają historii. Zostawiają w niej pot, zmęczenie, brud, czułość i mrok. Dzięki temu komiks nie tylko dobrze wygląda, ale naprawdę ma własny smak.

Największą siłą „Rzadkich smaków” jest to, że ten komiks ma własny puls. Nie możemy go jednoznacznie zaszufladkować do konkretnego gatunku i właśnie dlatego potrafi nas zaskoczyć. Raz idzie w stronę mrocznej baśni, za chwilę robi się niemal obyczajowy, potem znów przypomina, że pod spodem cały czas pracuje groza. Cenię w nim przede wszystkim to, że Ram V i Filipe Andrade nie traktują swojego pomysłu jak efektownej sztuczki. Mogli zrobić z tego po prostu historię o demonie, który podróżuje po Indiach i poznaje lokalne potrawy. Zrobili coś dużo ciekawszego: komiks o apetycie, twórczości, samotności i potrzebie zostawienia po sobie śladu. Najlepsze sceny mają w sobie rzadką mieszankę czułości i niepokoju. Człowiek czyta je spokojnie, a po chwili orientuje się, że coś w nich zaczęło uwierać. I to jest bardzo dobre uczucie przy lekturze. Nie komfortowe, ale prawdziwe.

Nie wszystko jednak działa z równą siłą. Momentami „Rzadkie smaki” za bardzo wierzą we własną poetyckość. W kilku miejscach chciałoby się mniej komentarza, więcej ciszy i zaufania do obrazu. Wątek pościgu i grozy jest potrzebny, ale nie zawsze ma ten sam ciężar co fragmenty bardziej kameralne. Czasem sprawia wrażenie, jakby musiał przypominać czytelnikowi, że to jednak nie jest tylko nastrojowa podróż kulinarna. Mimo tego te słabsze momenty nie psują całości. Raczej pokazują, że autorzy mierzyli wysoko i nie zawsze trafiali idealnie.

Wolę jednak taki komiks - trochę nierówny, chwilami zbyt ambitny, ale żywy - niż rzecz poprawną, wygładzoną i zapomnianą zaraz po odłożeniu na półkę.

„Rzadkie smaki” nie są komiksem idealnym i chyba nawet nie próbują nim być. Są zbyt dziwne, zbyt nierówne, zbyt uparte w swoim rytmie, żeby ładnie ustawić się w szeregu obok bezpiecznych, dopracowanych komiksów do szybkiego polecenia każdemu. Ale mają coś, czego takim równym komiksom często brakuje: ryzyko.

To ryzyko czasem kosztuje. Ta opowieść ma swoje pęknięcia, lecz właśnie przez nie wpada do środka coś prawdziwego. Nie zawsze wygodnego. Nie zawsze pięknego. Za to żywego.

Jeśli szukacie ciekawej historiii z głębszym przekazem, a jednocześnie jesteście smakoszami, to powinniście sięgnąć po ten tytuł. Przeczytać, przekąsić i poczuć sytość w żołądku.

A z autorami omawianego komiksu będziecie mieli okazję spotkać się na najbliższej Komiksowej Warszawie.

Ram V gościem festiwalu Komiksowa Warszawa
Organizatorzy Komiksowej Warszawy ogłosili kolejną zagraniczną gwiazdę tegorocznej edycji. Do grona gości dołącza Ram V, jeden z najciekawszych współczesnych scenarzystów komiksowych.

Komiks na potrzeby recenzji dostarczył wydawca.

RZADKIE SMAKI

Ram V, Filipe Andrade

Tu kupisz komiks
Informacje o komiksie
Tytuł „Rzadkie smaki”
Wydawca Timof i cisi wspólnicy
Scenarzysta Ram V
Rysownik Filipe Andrade
Kolorysta Filipe Andrade
Tłumacz Marceli Szpak
Rok wydania 2026
Format 195x280mm
Okładka twarda
Liczba stron 160 (kolor)
Cena okładkowa 99,00 zł

Zamieszczone w recenzji obrazy pochodzą z omawianego komiksu i zostały wykorzystane wyłącznie w celach informacyjnych i promocyjnych, w ramach dozwolonego użytku recenzenckiego. Nie są w żaden sposób używane ani udostępniane w celach szkolenia systemów sztucznej inteligencji.