Rzeźnik z Plainfield i jego dziedzictwo, czyli jak Ed Gein ukształtował współczesny horror
„Psychoza”, „Milczenie owiec”, „Teksańska masakra piłą mechaniczną” i wiele innych horrorów ma swoją genezę w Plainfield. To tu narodził się Eddie Gein, który stał się symbolem psychopaty z prowincji. Choć udowodniono mu tylko dwie zbrodnie, jego życie obrosło legendą.
Niektóre zbrodnie zostają zamknięte w aktach sądowych i z biegiem czasu powoli blakną w pamięci. Inne natomiast zaczynają żyć własnym życiem: ktoś opowie je po swojemu, ktoś doda jakiś detal, ktoś nakręci film, a potem reszta świata podchwytuje ten obraz i powtarza go w nieskończoność. Sprawa Eda Geina zdecydowanie należy do tej drugiej grupy. To jedno z tych nazwisk, które wciąż echem odbijają się w popkulturze – czasem bezpośrednio, częściej w formie motywów, które wszyscy znamy, nawet jeśli nie łączymy ich z oryginalnym źródłem.

Komiks „Słyszeliście, co zrobił Eddie Gein?” od KBoom próbuje na chwilę uciszyć to echo i przywrócić ciszę. Nie chodzi o to, by oszczędzić czytelnikowi grozy, ale by oddzielić fakty od mitów. I by pokazać, dlaczego akurat ta historia stała się paliwem dla wyobraźni twórców filmów, książek oraz całej masy klisz, które dziś uważamy za klasykę horroru.
Autorzy albumu, Harold Schechter i Eric Powell, nie idą w kierunku taniej sensacji. To istotne, bo przy Geinie łatwo dać się ponieść, przechylić szalę w stronę eksploatacji i udawać, że to „tylko opowieść”. Tutaj od samego początku wyczuwa się, że to komiks traktowany na poważnie. Schechter ma doświadczenie w true crime i w takich historiach zazwyczaj szuka tego, co nieefektowne, ale autentyczne. Zamiast delektować się potwornością, stara się zrozumieć, jak to możliwe, że zwykły człowiek z małego miasteczka staje się postacią, o której mówi cały kraj.
Powell natomiast rysuje w taki sposób, że widać ciężar otaczającego świata, a nie tylko „atrakcje” fabuły. Odcienie czerni i bieli sprawdzają się tu idealnie, bo ten komiks nie potrzebuje kolorów, by zostawić trwały ślad. Właśnie w tej oszczędności tkwi siła. Są kadry, które nie krzyczą, ale długo nie dają o sobie zapomnieć. I co ważne, nawet gdy pojawiają się naprawdę trudne obrazy, nie ma w tym żadnego popisywania się. Jest chłód, brud, prowincja i samotność. To w zupełności wystarcza.

A teraz przejdźmy do tego, co w tej historii najbardziej fascynujące z perspektywy recenzji – czyli jej popkulturowych skutków ubocznych. Gein nie zabił „dziesiątek ludzi”, jak czasem sugerują uproszczone wersje. Mówimy o dwóch potwierdzonych morderstwach, profanacjach grobów i makabrycznych przedmiotach wykonanych z ludzkich szczątków. Tyle. A jednak z tego „tyle” wyrosła cała współczesna wyobraźnia o horrorze.
Najbardziej znany trop to „Psychoza”. Mówi się, że Norman Bates powstał „na bazie Geina”. W rzeczywistości sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Film Hitchcocka był adaptacją powieści Roberta Blocha i nie opowiada bezpośrednio o Plainfield. To raczej przykład, jak realny lęk z danej epoki przenika do fikcji i zyskuje nową twarz. A ta twarz – Norman Bates – stała się potem prototypem. Nie jakiegoś potwora z zamku, nie wampira czy demona. Tylko zwykłego faceta, którego moglibyśmy minąć w drzwiach.
Drugi wielki cień Geina to „Teksańska masakra piłą mechaniczną”. Ten film uchodzi za „oparty na faktach”, ale jego „prawda” tkwi w czymś innym niż w fabule. Nie chodzi o konkretne wydarzenia, tylko o obrazy: maska z ludzkiej skóry, dom wyglądający jak magazyn koszmarów itp. Leatherface nie jest Geinem, ale bez Geina nie byłoby Leatherface’a w takiej formie, jaką znamy.
Trzeci trop to „Milczenie owiec”. Buffalo Bill też nie jest prostym przepisaniem Geina. To postać złożona z różnych inspiracji, ale jeden element jest aż nazbyt oczywisty – ten najbardziej niepokojący, związany z ludzką skórą i budowaniem nowej tożsamości. Właśnie to zrobiła popkultura: wzięła najbardziej chorobliwy symbol ze sprawy Geina i uczyniła go skrótem myślowym. Od tego skrótu trudno potem uciec, bo działa jak znak drogowy – widzisz go i od razu wiesz, w jakim typie historii jesteś.
I tu dochodzimy do tego, co w komiksie od KBoom wydaje mi się najciekawsze. On nie próbuje dowodzić, że „wszystko zaczęło się od Geina”. Zamiast tego pokazuje, jak łatwo świat dorabia znaczenia do tragedii. Jak opowieść o oderwanym od rzeczywistości człowieku staje się surowcem dla rozrywki. I jak niewiele trzeba, by rzeczywistość przegrała z legendą – bo legenda jest wygodniejsza, bardziej efektowna i lepiej się sprzedaje.

Do tego idealnie pasuje jeszcze jeden mocny detal, brzmiący jak ironiczna puenta: grób Geina przez lata był niszczony przez ludzi szukających „pamiątek”, aż w końcu sam nagrobek zniknął. To dowód, jak głęboko ta sprawa wgryzła się w kulturę i jak szybko potrafi przekształcić się w turystykę po obrzeżach makabry. W takim kontekście komiks Schechtera i Powella nabiera sensu. Bo gdy popkultura nieustannie miele temat, tym bardziej potrzebna jest opowieść, która wraca do źródła i mówi o nim spokojniej.

Czy to przyjemna lektura? Nie. Czy potrzebna? Dla wielu czytelników tak. Jeśli interesuje was true crime, ale macie dość produkcji, które żywią się czystym szokiem, ten album będzie miłą odmianą. Jeśli lubicie horror i chcecie zrozumieć, skąd wzięły się jego współczesne kody, to tym bardziej. A jeśli po prostu cenicie komiksy robione solidnie, gdzie temat idzie w parze z formą, to KBoom wybrało tytuł, który broni się sam, bez dodatkowych dopisków i marketingowej otoczki.

„Słyszeliście, co zrobił Ed Gein?” zostawia po sobie coś więcej niż obrzydzenie. Zostawia myśl, że czasem najbardziej przerażające nie jest to, co zrobił człowiek, tylko to, co zrobiła z tym historia – opowiadana w kółko.