„Tytus nie może stać w gablocie”. Rozmowa z Karolem Weberem, scenarzystą nowych przygód Tytusa
Karol Weber, scenarzysta nowych przygód „Tytusa, Romka i A’Tomka”, opowiada o pracy z Arturem Chmielewskim, presji mierzenia się z legendą Papcia Chmiela i o tym, dlaczego Tytus musi żyć dalej, zamiast stać się muzealnym eksponatem.
Wojtek Boczoń: „Tytus, Romek i A’Tomek” to dla wielu czytelników nie jest zwykły komiks, tylko kawałek dzieciństwa. Kiedy dostałeś propozycję napisania nowych przygód, pierwszą reakcją była radość, stres czy myśl: „lepiej tego nie ruszać”?
Karol Weber: Pierwszą myślą było raczej: „o, fajnie”. Nigdy nie byłem zwolennikiem zasady, że klasyków nie powinno się kontynuować. Uważam, że klasyczne postacie muszą żyć, bo inaczej po prostu się o nich zapomina. Dotyczy to każdego medium i każdego bohatera. Gdyby nikt nie rozwijał dalej Batmana czy Supermana, te postacie nie miałyby dziś takiego znaczenia ani nie odcisnęłyby tak mocnego piętna na kulturze.
Z Tytusem jest podobnie. To bohater z bardzo silnym i świadomym fandomem w Polsce. Wielu ludzi wspomina go jako część swojego dzieciństwa, ale właśnie dlatego, że był wtedy obecny i żywy. „Nowe Przygody” dają dzieciom tych czytelników szansę, aby za 20, 30 czy 40 lat również mogły powiedzieć: „Tytus był częścią mojego dzieciństwa”.
Właśnie tak patrzę na ten projekt. Dajemy dzieciom ludzi wychowanych na Tytusie możliwość lepszego zrozumienia pasji swoich rodziców i wejścia do tego samego świata, tylko we własnym czasie.
Dodam też, że „Nowe Przygody” nie są moją pierwszą stycznością ze scenariuszami związanymi z Tytusem. W 43. numerze magazynu Relax, przygotowanym przez PCA, ukazał się mój hołd dla Papcia Chmiela i tej serii — komiks „Tytus nauczycielem”.
Gdzie postawiłeś sobie granicę między hołdem dla Papcia Chmiela a próbą napisania czegoś własnego? Innymi słowy: kiedy jeszcze słyszymy głos klasycznego „Tytusa”, a kiedy zaczyna się już Karol Weber?
W tym konkretnym przypadku mam nadzieję, że głos Karola Webera będzie po prostu głosem „klasycznego Tytusa”. Tworząc tę historię, staraliśmy się nie zatracić charakteru oryginalnych opowieści. Nie chcieliśmy wywracać tego świata do góry nogami, ale dalej go rozwijać i wzbogacać o współczesne elementy.
Jednocześnie mieliśmy świadomość, że pewne rzeczy muszą się zmienić, bo Tytus powinien mówić do współczesnego odbiorcy jego językiem, mieć podobne skojarzenia i odnosić się do rzeczywistości, którą dzisiejszy czytelnik rozumie intuicyjnie. Bohater musi ewoluować, inaczej staje się muzealnym eksponatem, a nie żywą postacią.
Najważniejsze było jednak to, aby nie stracić duszy i serca tych historii. Humor, relacje między bohaterami, absurd, przygodowość i pewna lekkość świata Papcia Chmiela pozostały dla nas fundamentem. Jeśli gdzieś zaczyna się „Karol Weber”, to raczej w sposobie opowiadania o współczesności, a nie w próbie zmieniania samego Tytusa.
Jak wyglądała współpraca z Arturem Chmielewskim? Czy był bardziej strażnikiem ducha serii, współscenarzystą od konkretnych gagów i scen, czy kimś, kto pilnował, żeby nowe przygody nie rozminęły się z tym, czym „Tytus” był dla jego ojca?
O rany… to właściwie temat rzeka. Współpraca z Arturem była czymś naprawdę wyjątkowym i dla mnie pozostanie niezapomnianym doświadczeniem. To człowiek z ogromnym poczuciem humoru, bardzo podobnym do tego, które miał jego ojciec. Jednocześnie jest prawdziwą burzą pomysłów. Nasze spotkania często wyglądały tak, że co chwilę pojawiały się nowe koncepcje: „spróbujmy zrobić to w taki sposób… a może jednak inaczej… nie, poczekaj, lepiej będzie tak!”. I właśnie w takiej atmosferze powstawały „Nowe Przygody Tytusa” — dużo śmiechu, ogrom energii i setki pomysłów na to, jak sprawić, żeby ta seria była jeszcze ciekawsza.
Dla mnie niezwykle cenne było też to, że mogłem obcować z człowiekiem, który pamięta kulisy powstawania oryginalnych przygód Tytusa. Artur często opowiadał historie związane z pracą Papcia Chmiela, wspominał konkretne sytuacje, reakcje czy pomysły swojego ojca. To były momenty absolutnie bezcenne, bo pozwalały lepiej zrozumieć nie tylko same postacie, ale też sposób myślenia, z którego ten świat się narodził.
Czy był strażnikiem ducha serii? Myślę, że po trochu wszystkim naraz. Trochę strażnikiem, trochę współscenarzystą, a trochę też głosem Papcia Chmiela, który w naturalny sposób przemawiał przez jego doświadczenia i pamięć wspólnej pracy z ojcem. Gdyby nie Artur, bardzo możliwe, że ta seria w ogóle nie doczekałaby się kontynuacji, dlatego jego wkład w „Nowe Przygody Tytusa” jest po prostu nieoceniony.
Stare księgi „Tytusa” miały w sobie szalony rytm, dydaktykę, absurd, slapstick i komentarz do swoich czasów. Co z tego było dla Ciebie najważniejsze do ocalenia, a co dzisiaj trzeba było napisać zupełnie inaczej?
Właściwie wszystko było dla mnie ważne. Nigdy nie stworzyłem sobie listy pod tytułem: „to koniecznie trzeba zachować, a to można wyrzucić”. Zanim zacząłem pisać scenariusz, jeszcze raz przeczytałem wszystkie księgi „Tytusa”. Wiele czasu spędziłem również na rozmowach ze Zbyszkiem Larwą, który okazał się nieocenionym partnerem do dyskusji nad moimi pomysłami. Jednocześnie Zbyszek dzielił się ze mną własnymi spostrzeżeniami i pomysłami dotyczącymi Tytusa. Wtedy zobaczyłem, jak wielkim pasjonatem tej serii jest.
Dopiero później usiadłem przed pustą kartką i zacząłem zastanawiać się: „co mogłoby wydarzyć się dalej?”. Znacznie bardziej interesowała mnie kontynuacja tego świata niż budowanie czegoś całkowicie od nowa.
To właśnie dlatego zależało mi na zachowaniu charakterystycznego rytmu tych historii — humoru, absurdu, przygodowości, slapsticku i specyficznej lekkości, która zawsze była znakiem rozpoznawczym Papcia Chmiela. „Tytus” nigdy nie był zwykłym komiksem. Tam zawsze obok żartu pojawiał się komentarz do rzeczywistości, zabawa językiem czy delikatna dydaktyka, ale podana w bardzo naturalny sposób.
Najbardziej musiały zmienić się realia przedstawionego świata. Bohaterowie musieli zostać przeniesieni do współczesności, bo nie mogli już funkcjonować w realiach poprzedniej epoki. Dzisiejszy młody czytelnik nie odnalazłby się w tamtym świecie i nie potrafiłby utożsamić się z problemami czy sytuacjami bohaterów.
Dlatego dostosowaliśmy otoczenie i pewne współczesne odniesienia, ale jednocześnie bardzo pilnowaliśmy, żeby nie naruszyć samych postaci. Relacje między Tytusem, Romkiem i A’Tomkiem, ich temperamenty, sposób reagowania i duch tych bohaterów pozostały dokładnie tym, czym powinny być.
W zapowiedzi pojawia się motyw nowoczesnych technologii i kolejnej próby uczłowieczenia Tytusa. To bardzo „papciowy” temat, bo Tytus zawsze zderzał się z cywilizacją swoich czasów. Jak trudno było wymyślić współczesność tak, żeby nie brzmiała jak nachalna aktualizacja dla młodszych czytelników?
Nie było to szczególnie trudne. Wystarczy spojrzeć na to, czym żyją dziś ludzie, o czym rozmawiają i co wpływa na ich codzienność. Tytus zawsze zderzał się ze światem swoich czasów, więc naturalne było, że także tym razem pojawią się współczesne tematy.
Znacznie trudniejszym zadaniem było jednak wprowadzenie tej współczesności do świata naszych bohaterów. Nie chodziło o to, żeby przenieść Tytusa do dzisiejszych czasów, ale żeby współczesność naturalnie weszła do klasycznego komiksu.
Najważniejsze było dla nas to, aby nie sprawiało to wrażenia sztucznej aktualizacji. Nie chcieliśmy na siłę wrzucać modnych haseł czy współczesnych odniesień tylko po to, żeby udowodnić, że seria jest „nowoczesna”. Świat Tytusa zawsze opierał się na przygodzie, humorze, absurdzie i komentowaniu rzeczywistości z przymrużeniem oka — i właśnie ten sposób myślenia chcieliśmy zachować również dziś.
Wiele rozmów o pomysłach pojawiało się również podczas naszych cyklicznych spotkań z chłopakami z wydawnictwa Prószyński i S-ka, które wydaje Nowe Przygody Tytusa. Gdyby nie ich pomoc i zaangażowanie, myślę, że nie udałoby się stworzyć tak dobrego zeszytu. Szczególnie ważne okazało się ich doświadczenie, ponieważ są to osoby, które „maczały palce” również przy oryginalnych, papciowych Tytusach. Dzięki temu doskonale czuli charakter tej serii oraz zmiany, które wspólnie wprowadzaliśmy.
Starych fanów pewnie najbardziej będzie interesować jedno: czy w tym komiksie jest jeszcze ten rodzaj humoru, przy którym człowiek najpierw się śmieje, a dopiero potem zauważa, że coś mu właśnie przemycono? Jak pracowałeś nad gagami, językiem i tempem dialogów?
Dla nas tworzenie „Nowych Przygód Tytusa, Romka i A’Tomka” było przede wszystkim świetną zabawą. To nie był komiks tworzony „pod linijkę”, gdzie wszystko musi powstać mechanicznie od punktu A do punktu B. Dzięki temu mogliśmy naprawdę bawić się tekstem, sytuacjami i samym rytmem historii.
Bardzo często pracowaliśmy w taki sposób, że na bieżąco komentowaliśmy scenariusz i rysunki. Ktoś nagle mówił: „a może zróbmy to inaczej?”, więc próbowaliśmy. Patrzyliśmy, czy scena działa, czy dialog brzmi naturalnie i czy nas samych to bawi. Jeśli coś miało odpowiednią energię i wywoływało śmiech — zostawało. Jeśli czuliśmy, że czegoś brakuje albo gag nie działa tak, jak powinien, po prostu to zmienialiśmy.
Myślę, że właśnie dzięki temu udało się zachować ten charakterystyczny rodzaj humoru obecny w klasycznym Tytusie — taki, przy którym najpierw człowiek się śmieje, a dopiero chwilę później orientuje się, że między żartami przemycono jakiś komentarz do rzeczywistości albo zabawę skojarzeniami.
Duży wpływ na to miał również Artur. Jego poczucie humoru bardzo mocno czuć w tej historii i wiele naprawdę świetnych pomysłów wyszło właśnie od niego.
Jesteś bardzo tajemniczą postacią i trochę ukrywasz się przed środowiskiem, a teraz współtworzysz jedną z najbardziej rozpoznawalnych polskich serii komiksowych. Czy przy pracy nad „Tytusem” pomagała Ci anonimowość, bo pozwalała skupić się wyłącznie na historii, czy przeciwnie — było w tym coś dziwnego: pisać legendę polskiego komiksu, a jednocześnie pozostawać człowiekiem bez twarzy?
Tytus to na pewno seria wyjątkowa — pewnego rodzaju legenda z ogromną historią zbudowaną przez Papcia Chmiela. Siadając do pisania, człowiek musi się z tym zmierzyć, ale jest to przede wszystkim walka we własnej głowie.
Ta anonimowość, którą w pewnym stopniu zachowuję, właściwie nie ma tutaj większego znaczenia, bo i tak zostajesz sam ze swoimi myślami. Kiedy zaczynasz pisać, masz pełną świadomość, że dotykasz postaci, którą wielu ludzi postawiło na piedestale. Wiesz też, że część odbiorców od początku nie będzie zadowolona z samego faktu powstawania nowych przygód. Zawsze pojawią się głosy, że „Papcio zrobiłby to inaczej”.
I szczerze? To jest całkowicie naturalne. Ta krytyka często nie wynika z tego, że komiks jest słaby — wręcz przeciwnie, uważam, że wyszedł naprawdę świetnie. Bardziej chodzi o to, że dla wielu osób Tytus jest pewną świętością. Najchętniej zamknęliby tę serię w gablocie i zostawili ją dokładnie taką, jaka była.
Czasami śmieję się nawet, że gdyby Papcio Chmiel stworzył jeszcze jedną księgę, a wydano by ją dziś bez informacji, że to jego dzieło, to i tak pojawiłyby się komentarze, że „Papcio zrobiłby to lepiej”.
A jeśli chodzi o samego Webera, to pewnie rzeczywiście część osób zada sobie pytanie: „kim właściwie jest ten facet?”. I myślę, że to akurat całkiem zabawne.