„We wnętrzu Ziemi". Opowieść sprzed 100 lat w wersji komiksowej. Recenzja
Egmont wydał komiksową adaptację „We wnętrzu Ziemi" Edgara Rice'a Burroughsa. Scenariusz napisał Jean-David Morvan, rysunki stworzył Argentyńczyk Rafael Ortiz. Wyszła z tego solidna pulpowa przygoda z niezłą dawką humoru.
Album Egmontu zbiera cały francuski dyptyk wydawnictwa Glénat. Pod jedną twardą okładką dostajemy obie części, publikowane wcześniej osobno. To adaptacja pierwszej powieści z cyklu o Pellucidarze, którą Burroughs wypuścił w odcinkach w 1914 roku. Ponad sto lat temu. Ten wiek metryki tłumaczy zarówno to, co w komiksie działa świetnie, jak i to, co momentami zgrzyta.
Rok 1917. Genialny wynalazca Abner i młody awanturnik David testują maszynę do drążenia w głąb ziemi. Trwa I Wojna Światowa i urządzenie ma pomóc przedostać się za linię wroga. Bohaterowie trafiają do Pellucidaru, wewnętrznego kontynentu oświetlonego przez jądro planety, gdzie słońce nigdy nie zachodzi i noc nie zapada. Świat pełen prehistorycznej fauny, latających bestii i ludzi z epoki kamienia. Rządzą nim Maharowie, gadzi władcy trzymający resztę stworzeń w niewoli. Bohaterowie lądują na samym dole tej hierarchii i muszą się z niej wygrzebać.
Pomysł na Pustą Ziemię Burroughs zapożyczył od dziewiętnastowiecznych spekulantów pokroju kapitana Johna Cleves'a Symmesa, który na poważnie głosił, że planeta jest w środku pusta i zamieszkiwalna.

Rysownik Rafael Ortiz robi tu robotę na medal. Jego kreska jest gęsta i szczegółowa. Bujna roślinność i panoramy jaskiniowego świata bez horyzontu. To wszystko żyje na kartach i wciąga wzrok. Dodatkowym atutem w tym przypadku są intensywne kolory. I dbałość o detale - na przykład, gdy bohaterowie kryją się w listowiu i promienie słońca przebijają się przez gęstwinę. Miodzio!

Rafael Ortiz zaczynał na rynku amerykańskim od serii pokroju „Crossed" czy „God is Dead", czyli od twardego gore spod znaku Avatar Press. Tymczasem jego dorobek jest znacznie szerszy. Rysował biografię Mao Zedonga, komiks o Czerwonym Krzyżu w afrykańskich konfliktach, historię Reims od Chlodwiga po Joannę d'Arc. W „We wnętrzu Ziemi" widać rysownika, który buduje obcy świat z detalu, a nie tylko epatuje. Przygoda wygląda dokładnie tak, jak powinna wyglądać dobra pulpowa fantazja. Soczyście i groźnie.

Komiks ma spory ładunek humoru. Abner na bieżąco komentuje otaczającą go rzeczywistość, więc mamy w kadrze kogoś, kto reaguje na kolejne dziwy podziemnego świata mniej więcej tak, jak zareagowałby czytelnik. David to z kolei niepoprawny optymista. Nawet w sytuacjach bez wyjścia widzi światełko w tunelu, co w tandemie z sarkazmem Abnera daje przyjemną dynamikę. Ta dwójka nadaje opowieści rytm nawet wtedy, kiedy sama fabuła zaczyna się gubić.

A gubi się regularnie. W samej opowieści widać skróty, przeskoki i uproszczenia. Bohaterowie wpadają z opresji w opresję w tempie, które nie zostawia miejsca na oddech ani na napięcie. Coś się dzieje, potem dzieje się coś innego, a czytelnik nie zawsze zdąży poczuć, dlaczego miałby się bać o naszych śmiałków. Nie znam oryginału, ale czuć, że momentami coś się "gubi" i przeskakujemy za bardzo do przodu z fabułą.
Trudno o wielką pretensję do Morvana. Powieść z 1914 roku rządzi się swoją logiką. Pędzi od sensacji do sensacji, bohaterowie dogadują się z mieszkańcami podziemnego świata podejrzanie gładko, a rola kobiecej bohaterki sprowadza się do księżniczki do uratowania. Morvan mógł to albo przepisać od nowa, albo zostać wiernym duchowi oryginału. Wybrał wierność i trzeba z tym wyborem żyć.
Najciekawsze jest to, że sam autor doskonale zdawał sobie sprawę z ograniczeń swojego pisarstwa. Kiedy jeden z redaktorów odrzucił drugi tom „Tarzana", Burroughs tłumaczył mu, że jego możliwości literackie są skromne, bo pisać zaczął dopiero w 1911 roku, mając 36 lat. Nazywał siebie „autorem kiczów", a swój poziom angielskiego określił jako „raczej kiepski". Nie miał złudzeń co do stylu ani głębi swoich tekstów. Wiedział za to jedno: na rynku nie było wtedy nikogo, kto dorównywałby mu barwnością fabuł. I to jego zdaniem miało znaczenie.

Zanim został najlepiej opłacanym autorem amerykańskich magazynów pulpowych, imał się różnych zajęć. Zaciągnął się do 7. Pułku Kawalerii, ale zdiagnozowano u niego problemy z sercem i zwolniono ze służby. Bywał kowbojem na ranczu brata w Idaho, próbował kierować kopalnią złota, przez siedem lat handlował temperówkami. Fantazje o żołnierce, kowbojce i poszukiwaniu skarbów, których nie udało mu się zrealizować w życiu, przelał ostatecznie na papier. Samo „We wnętrzu Ziemi" powstało w ramach jednego z najbardziej płodnych okresów w jego karierze. Przez siedem miesięcy napisał wtedy między innymi ciąg dalszy przygód Johna Cartera i to właśnie długie opowiadanie, które dziś znamy jako pierwszą powieść o Pellucidarze.
Warto dodać kontekst, bo pomysł Pustej Ziemi nie wziął się znikąd. Burroughs wpisał się w bogatą tradycję. Zaginione krainy odkrywali już bohaterowie Henry'ego Ridera Haggarda, Juliusza Verne'a i Arthura Conana Doyle'a, a sama idea podziemnego świata sięga korzeniami dawnych wyobrażeń o piekle. Pellucidar nigdy nie zdobył sławy Tarzana, ale zostawił po sobie zaskakująco wyraźny ślad w popkulturze, bardziej dzięki oryginalnej scenerii niż literackiej klasie. Powstała nawet ekranizacja z 1976 roku w reżyserii Kevina Connora, z Dougiem McClure'em i Peterem Cushingiem w rolach głównych.
Traktuję „We wnętrzu Ziemi" jak to, czym jest. Fajny miks pulpowego opowiadania i przygodówki w stylu Indiany Jonesa. Nie szukajcie tu fabularnej głębi, bo jej tu nie ma. Szukajcie świetnie narysowanego, egzotycznego świata, przez który przelatuje się z frajdą i uśmiechem.
A ten album mnie tak nakręcił, że od razu po lekturze odpaliłem na VOD trzecią część „Parku Jurajskiego". Nigdy jej nie widziałem, a Indianę Jonesa znam na pamięć. W latach 90. obejrzałem tylko dwie pierwsze części "Jurajskiego Parku", a tu nagle poczułem głód oldschoolowej przygodówki z wielkimi gadami i ludźmi uciekającymi przed paszczą. Komiks zagrał mi na pulpowej nutce i chciałem więcej.
Biorąc pod uwagę, że pierwowzór ma na karku ponad sto lat, to i tak całkiem niezły pomysł na opowieść. Jako obiekt do oglądania album broni się bez najmniejszego problemu. Kupujecie to dla oczu i dla humoru, nie dla zwrotów akcji, i przy takim założeniu nie ma prawa Was rozczarować.
[WSPÓŁPRACA REKLAMOWA] Egzemplarz komiksu na potrzeby recenzji dostarczył wydawca. Wydawca nie miał wpływu na moją opinię i nie czytał tekstu przed publikacją.